Duch Wieszcza na Scenie Narodowego
30 stycznia 1968 roku Gustaw Holoubek
stał się legendą. Postać Gustawa-Konrada w DZIADACH Mickiewicza
sprawiła, że Duch Wieszcza pojawił się na sali Teatru Narodowego.
Byłem tam i w każdej chwili mogę przywołać owo szlachetne
uniesienie wolnych ludzi napełnionych Światłem płynącym z
Niebios Poezji. Od razu stało się oczywiste, że hufce ciemności,
które ustawiły na Placu Teatralnym milicyjne kordony, nie
mają żadnych szans na skuteczne działania. Widzowie wynieśli z
gmachu Teatru Narodowego niewidzialne Serca, a tyrania utraciła
moc. Wielka Improwizacja wygłoszona przez Gustawa Holoubka wzbudziła
Wielką Falę, która przelała się przez cały kraj i przez
indywidualne losy wielu osób, obecnych wówczas na
widowni. A potem…
Opowiadam o tym w liście do Janusza
Warmińskiego.
List do Janusza Warmińskiego - Dyrektora Teatru Ateneum w Warszawie luty 1991
Szanowny Panie, chciałbym Pana prosić, aby Pan przejrzał dwa teksty, które przekazuję. Powstały one w szczególnych i dziwnych okolicznościach, wiele lat temu. Być może najważniejszy z nich, o znaczeniu dzisiaj już historycznym, to Słowianie czyli Dziadów ciąg dalszy.
Było to jakoś tak, że w roku 1968 znalazłem się na widowni podczas ostatniego przedstawienia (Pan doskonale wie dlaczego ono było ostatnie) Dziadów Mickiewicza w inscenizacji Dejmka w Teatrze Narodowym.
Wówczas dużo pisałem, a także przez wiele lat praktykowałem u mistrza jogi klasycznej. To wszystko ma związek z sytuacją, ponieważ w Teatrze Narodowym zdarzyło się, (nie wiem czy Pan też był wtedy na tym spektaklu), że wyraźnie poczułem - na sali obecny jest Duch Wieszcza.
O przeżyciach i uniesieniach możemy sobie przy okazji opowiedzieć. Dla mnie najważniejsze było to, że kiedy wyszedłem z teatru, rytm frazy mickiewiczowskiej towarzyszył mi nieustannie, nie mogłem się zeń otrząsnąć. Przed teatrem stały suki milicyjne, czekając na niepokornych. Jakoś je wyminąłem i wsiadłem do autobusu. W ścisku i gorączce, pośród pasażerów, przed chwilą jeszcze widzów, kołysany autobusem, czując szczególne promieniowanie rozgorączkowanych nawiedzeniem Ducha współtowarzyszy, jechałem na Saską Kępę. Tam, nieco machinalnie, a przecież doskonale zdając sobie sprawę z tego, co się ze mną dzieje, wszedłem do mieszkania. ...i nie zdejmując z siebie okrycia usiadłem i zacząłem pisać. Można by powiedzieć, że był to zapis nieomal mechaniczny. A przecież wiedziałem, że każdy szanujący się poeta stara się nie naśladować kogokolwiek, a przynajmniej wieszcza narodowego. W tym przypadku wersyfikacja powstawała mechanicznie, na fali frazy mickiewiczowskiej, ale doświadczenie było moje - pamięć, funkcjonowanie ciała, umysłu, wiedza o życiu. Jestem uważnym obserwatorem, widziałem i uważnie obserwowałem różnorakie środowiska w Polsce, od samego szczytu do samego dołu.
Może byłoby lepiej, gdybym wtedy Adama Mickiewicza nie spotkał. Ale tak się jakoś stało, więc pisałem. Przez całą noc, cały dzień i nadal aż do późna w nocy, od czasu do czasu drąc coś, wyrzucając, a czasami bez jakichkolwiek skreśleń, na gładko. Po czym zasnąłem. Zasnąłem i spałem chyba 36 godzin. Wstałem, znowu podszedłem do stołu. Chyba pojono mnie jakąś herbatą. Domownicy zaczęli się niepokoić.
Przepisałem to na maszynie, po czym odniosłem dwóm swoim przyjaciołom. Jeden z nich to śp. Bolesław Baranowski, później tłumacz książki Eliadego Joga, wolność i nieśmiertelność. Drugi jest skrzypkiem i pracuje w Kopenhadze w filharmonii. Był rok 1968 i - jak Pan pamięta - inna to była sytuacja niż obecnie.
Bolek Baranowski przyszedł do mnie bardzo poruszony, ponieważ stwierdził, że trzyma w ręku coś w rodzaju bomby i bał się, że ona wybuchnie. Zrozumiałem, że to, co zrobiłem, zaistniało, ale czy ja to zrobiłem? Tego nie wiedziałem.
W owym czasie byłem spokrewniony duchowo i organizacyjnie z ludźmi, którzy zajęli się obalaniem ustroju. Zdecydowałem się na rozpowszechnienie. Wiem, to gromkie słowo, było tego raptem jedenaście egzemplarzy, które puściłem w świat po 8 marca 1968r. Minęło parę miesięcy i kiedy bezpieka dobrała mi się do skóry, to wśród zarzutów, które mi postawiono był i taki, że ośmieliłem się napisać parę sztuk teatralnych. Zabrano mi je przy rewizji i usiłowano udowodnić, że Gall Anonim XX, bo pod takim pseudonimem wypuściłem Słowian w świat, to na pewno ja. Przyznałem, że to moje dziecko i że je mam z Adamem Mickiewiczem, co jak Pan sam rozumie jest przeciwne naturze i dlatego trochę zawsze się obawiałem, że jest to dziecko nieco pokraczne.
Problem polegał wtedy na tym, że władzom bardzo się to nie podobało. Bardonowa była naprawdę wystrachana, gdy w swojej prokuratorskiej oracji na procesie wezwała nawet Imię Pańskie: Musiałam przywołać całe swoje poczucie obowiązku prokuratorskiego, żeby przeczytać to, pożal się Boże, „dzieło”! Skończyło się wyrokiem sądowym. Potem były różne amnestie, zwolnienie warunkowe i w końcu opuściłem dwunasty pawilon Mokotowa. Ale bez moich rękopisów, maszynopisów i notatek, ponieważ wszystkie zostały wygarnięte przez bezpiekę. Od czasu do czasu wzywano mnie na przesłuchania prewencyjne, gdzie mówiono do mnie mniej więcej w ten sposób: Panie... my mamy informacje, że Pan znowu pisze. Na moje nieskromne pytania czy pisanie jest czymś przeciwnym naturze, uśmiechano się i dawano mi do zrozumienia: Pan wie, nie każdy pisze tak samo.
Teksty te znalazły się w archiwum sądu. Aresztowano też owo dziecko, spłodzone na skutek sztucznej inseminacji i wyhodowane w retorcie ducha narodowego - dramat sceniczny Słowianie czyli Dziadów ciąg dalszy. Usiłując przypomnieć sobie, co się wtedy wydarzyło, nie bardzo już wiedziałem, czy to ja sam, czy to Mickiewicz dyktował spoza grobu, czy też jakaś Fala, której i on w swoim czasie się poddał, uniosła teraz mnie. W każdym razie, wiedziałem na pewno, że w sytuacji naszego społeczeństwa, na tej szerokości geograficznej, nic się nie zmieniło. I nie dlatego, że Rosjanie nas gnębią, a Niemcy są z drugiej strony, ale ponieważ w teatrze narodów świata takie jest nasze emploi.
Kiedy nastały tzw. nowe czasy polegające m.in. na tym, że można było odgrzebać stare bez obawy, że człowiek sobie poparzy ręce, doradzano mi, żebym swoje szpargały wyciągnął z archiwum. W końcu, jeden z kolegów adwokatów powiedział, że jeśli tego nie wyjmę, to puszczą wszystko na przemiał. Poszedłem i zapytałem czy to prawda. Ponieważ potwierdzili, poprosiłem o zwrot wszystkich moich papierów. Okazało się, że archiwum sądu nie odda mi moich własnych utworów, należy je zmielić i koniec - to już nie jest moją własnością. Tego było już za wiele, nawet jak na człowieka, który praktykuje mówienie prawdy i przestrzega przykazania nie kradnij. Wydostałem to, co było moją własnością, a co dwadzieścia pięć lat temu mi zabrano. Przyniosłem do domu, usiadłem, zapaliłem fajkę i patrzałem na swoje dziecko, które cudem ocalało, ma dwadzieścia dwa lata i zastanawiałem się, co z niego wyrosło. Pokazałem je swoim bliskim i znajomym. Chciałem zobaczyć czy to żyje. Zdania ludzi, którzy to przeczytali były takie, że to chyba żyje. Teraz po wielu, wielu latach widzę rożne naiwności sformułowań, czasami frazy, ale czuję, widzę, że w tym coś jest.
Nie chodzi mi wcale o to, żeby to było wystawiane. Nie roję sobie na ten temat, nie mam na to czasu. Wiem, że tacy ludzie jak Pan są zajęci. Kiedy dowiedziałem się, że Pan może przyjrzeć się mojej pracy, poczułem się nieswojo.
Czy ja czegoś od Pana oczekuję? No właśnie nie umiem nawet tego sformułować. Gdyby utwory te kiedykolwiek miały być publikowane, to pod pseudonimem Gall Anonim XX, ponieważ on to napisał, on jest jedną z moich biografii i jemu się to należy.
Mam też jeszcze taką obiekcję dotyczącą tych sztuk: napisane są w młodym wieku, kiedy człowiek jeszcze jest odurzony, kiedy podnieca się złudzeniem, że istnieje sprawiedliwość. Ja już nie jestem odurzony. Teraz nie napisałbym takich rzeczy. Mam do siebie pretensję o to, że Słowianie to dramat nadmiernie bogoojczyźniany, że polskość tak ostro wychodzi. A to teraz jest modne, robią na tym karierę i pieniądze mądralowate gaduły, dlatego nie chcę dolewać oliwy do ich nacjonalizmu zabełtanego na głupocie. Odstręcza mnie wszelki fanatyzm. Ale bunt jest zdrowym odruchem, gdy nie zgadzamy się na podłość. Ten zdrowy odruch sprawił, że coś się zmieniło.
Jeśli Pan zechciał mnie wysłuchać, to bardzo za to dziękuję. Jeśli nie, to też dziękuję, ponieważ miałem okazję skupić się, żeby Panu przekazać ważne dla mnie sprawy, a to było dla mnie niezwykle pouczające.
Życzę Panu wszystkiego dobrego. Jeżeli Pan się poczuje bardzo zmęczony albo radosny i pogodny, i będzie Pan miał ochotę, żeby było jeszcze jaśniej i wspanialej, to niech Pan w coś wsiądzie i przyjedzie do mnie - tam są góry, tam jest niebo i tam, niech Pan sobie wyobrazi, nie ma intelektualistów.
Z Bogiem, Leon Zawadzki
GALL ANONIM XX
S Ł O W I A N I E czyli Dziadów ciąg dalszy
Polskiemu Teatrowi Narodowemu poświęcam
 Strona tytułowa oryginału SŁOWIAN
O S O B Y
Stefan Gordon generał
Helena Gordon jego żona
Piotr Gordon syn
Borkowski major
O. Józef zakonnik
Adam
Jan
Marek
Łukasz
Raczkiewicz urzędnik MSW
Adiutant
Agent pierwszy
Agent drugi
A K T I
Scena 1
Gabinet generała Stefana Gordona. Generał. Wchodzi adiutant.
Adiutant Przyszedł jakiś człowiek.
Gordon Któż taki ?
Adiutant Nie wiem. Boję się, by draki nie było, panie generale.
Gordon Młodyś, to się boisz. Masz coś na sumieniu ?
Adiutant Ten człowiek mówi, że niedawno był jeszcze w więzieniu.
Gordon Cóż, więzienie rzecz ludzka. Dziś po świecie chodzi niejeden, za którym Temida ślepym okiem wodzi.
Adiutant Borkowski, panie generale.
Gordon Borkowski !? Mój oficer ! Ty się nie bój wcale.
Adiutant Mówi: jak nie wpuszczą, będą go wynosić.
Gordon Poznaję, to Borkowski.
Adiutant Więc?
Gordon Prosić go tu, prosić!
Adiutant wychodzi. Po chwili, krokiem oficera liniowego wchodzi Borkowski. Zatrzymuje się i wyprężony przyjmuje postawę zasadniczą.
Borkowski Major Borkowski, panie generale. Melduję - nie zdradziłem !
Gordon Nie zdradziłeś ?! ... No, siadaj, kochanie. Nie zdradziłeś, powiadasz ? No to miej staranie, by i wprzódy tak czynić. Nie wiem tylko, czego nie zdradziłeś ?
Borkowski Jak mi życie miłe, pana, obywatelu generale.
Gordon Mnie?! Jak to?! Dlaczego ty o zdradzie mówisz? Cóżem ja takiego uczynił, byś mnie musiał bronić? Oj, Borkowski, a może tobie wolność w głowie dzwoni?
Borkowski Lat piętnaście mi dzwony w więzieniu dzwoniły, a wolność mi teraz miła tak, jak mi Bóg miły.
Gordon Ty mi Boga nie wzywaj w państwowym urzędzie, bo tu śpi biały orzeł na czerwonej grzędzie. Borkowski Dobrze, że nie słyszy kapitan Góralczyk. To on właśnie mawiał: "Ty dasz materialczyk, a na twoim generale my zrobim karierę".
Gordon My? ...
Borkowski To znaczy, ja z nim. Bo nawet w niedzielę Góralczyk kapitan nic nie odpoczywał, tak się do robienia kariery wyrywał.
Gordon Czekaj ! Góralczyk ? Ta pluskwa z Dziesiątki, który w polskim rządzie miał czynić porządki ?
Borkowski Ten sam.
Gordon Ten pierwszy w Dziesiątce sawietnik, jeden z tych, co nam z Polski uczynili śmietnik, w którym każda świnia swoje złoto ryje, a my w ich, bracie, gównach siedzimy po szyję. Toś ty, major, z nim w takich stosuneczkach bywał ?
Borkowski Tak, bo to właśnie on mnie przesłuchiwał.
Gordon Co ?! Przecież ta bestia słynęła z okrucieństwa ! ...
Borkowski Gdyby go nawet ziemia pochłonęła, gdybym go w piekle spotkał w diabła czarnej świcie, to i wtedy bym przeklął swoje krótkie życie za to, że w ojczyźnie, choć takich widziałem, ja, oficer polski, do nich nie strzelałem. I nie za to, że bił...
Gordon Bił cię ?
Borkowski Związanego. I ciągle przygadywał: "Wolnego, wolnego ! Ty mi wsio podpiszesz, jak żeś z generałem w angielskim był wywiadzie..."
Gordon Stara pieśń, słyszałem.
Borkowski
"My was nauczym pisać memoranda !" wrzeszczał.
Gordon
A jednak ta banda dzięki naszej pracy dość się zeszczupliła.
Borkowski Ale Polskę rozkradła.
Gordon Siedziała i tyła. Brzuchy sobie, panie, takie hodowali, i nas na wiarę swoją strachem nawracali. "Sawietnik" przy ministrze, "sawietnik" przy klubie oficerskim...
Borkowski A wszyscy dobrze mieli w czubie, tak im władza w smak była.
Gordon Wrony ! Gdym zobaczył, że z Polski żer skubią czerwony, i chociaż się cała Europa dziwiła, o im Warszawa się jeszcze nie tak wykrwawiła jak trzeba, by mogli, nam łotry, powiedzieć, co w domu własnym mamy czynić i na czym w nim siedzieć. Rozkaz dałem, bom prawo z urzędu posiadał.
Borkowski ...bym ja, Borkowski, każdego z nich z osobna zbadał. Ledwom pracę poleconą rozkazem dokończył, gdy Góralczyk...
Gordon Pies gończy ! Pierwszego ciebie puścił w żelazne obroty, a mnie na deser zostawił.
Borkowski Dużo miał roboty, ale nic nie zdziałał.
Gordon Ja tobie dziękuję, choć nie w moim zwyczaju, wiesz, mówić, co czuję. Ale myśmy twej pracy tu nie zmarnowali. Spisy sporządzili, chodzili, pisali, dwa raporty do Moskwy ja sam odwoziłem, i znając ich, żem żywy, mocno się dziwiłem. Potem, kiedym mosty już za sobą spalił, i myślał, że to koniec, nagle mnie wezwali, pochwalili, order za służbę przypięli, no, a sawietników ichni diabli wzięli.
Borkowski Wszystkich ?
Gordon Niezbyt, bo tak się przebrali, że diabli, co ich wzięli, by ich nie poznali. Ale o sobie powiedz. Słuchaj, jak tam było ?
Borkowski Było tak, jak się nawet w gorączce nie śniło.
Gordon Bili mocno ?...
Borkowski Na początek wodą oblewali i na mrozie nagiego całą noc trzymali. Teraz krwią pluję.
Gordon A ja, bracie, czuję, jak mi kocur łapą w środku serca grzebie. Majorze, ja jeszcze będę na tym ich pogrzebie ! Potem już sam się do trumny położę, pewny, że jak bez nich leżę, to nie cudzołożę. Mów dalej...
Borkowski Góralczyk miał krzesło wymyślne. I po śmierci się takie krzesło może przyśnić: druty, uchwyty, zaczepy stalowe i drewniany kołek pod siedzenia spodem schowany. Kołek wysuwany.
Gordon Kołek ?!
Borkowski Do stropu przytwierdzono liny i wisiałeś nad stołkiem minuty, godziny, potem wchodził Góralczyk, liny odwiązywał, przymilał się, uśmiechał, przeklinał, wyzywał, potem znów w górę ciągnął. Dyndałem nad stołkiem, a Góralczyk smakował już badanie kołkiem. Zdzierał ze mnie spodnie, pośladki rozchylał, i jak motyla na szpilkę, na ten kołek wbijał. I tak do tego krzesła, jak owad przybity
siedziałem wieczność całą. Żelazne uchwyty ręce przy poręczach mi twardo trzymały, a Góralczyk przede mną głosił ideały. Mówił o wierności, żołnierskiej przysiędze, ja mu w oczy patrzyłem czytając jak w księdze. I taką miałem w duszy pokoju obfitość, bo życie się rozpękło na wieczność i nicość, bo zbadałem sam sobą na tym strasznym stołku, że nasz naród na Góralczykach siedzi jak na kołku.
Gordon Twoja racja - siedzimy wszyscy na rządowym trupie, lecz trzymamy ich wszystkich jak ten kołek... Czy ciebie sądzono ?
Borkowski Nie. Do celi wyrok przyniesiono. Miałem go przy sobie do ostatniej chwili. Ale mi go zabrali, nim mnie wypuścili. Lat dwadzieścia dostałem.
Gordon A Góralczyk ?
Borkowski Jeszcze go raz widziałem.
Gordon Wiem, że siedział.
Borkowski Tak. I wtedy go do nas przywieziono. Dostrzegłem go jak dreptał na widzenie z żoną. Potem na tartaku, gdzieśmy pracowali, współwięźniowie się nad nim wymyślnie znęcali. Nie poznał mnie. Raz prosił: - Daj kawałek chleba!
Gordon Dałeś?
Borkowski Dałem.
Gordon Tak trzeba, majorze, tak trzeba.
Borkowski Mam pytanie... Czy mogę? Bardzo mnie męczyło...
Gordon Wiem, o co pytać będziesz. Mnie nie było miło, gdy wszystkich moich ludzi jak głupie szczenięta powsadzano do łagrów. Ja im popamiętam własną niemoc, bezsiłę i noce bezsenne, moje prośby i groźby, jak zwykle daremne, te rozmowy z szefami, gdzie mi włosy siwe opluwali, jad sącząc jak zgniłą oliwę, bubka, co miast łapać za warkocz dziewczyny, za pióro chwytał i pisał do mnie anonimy o tym, że cela siódma wymieciona czysto czeka na mój koniec. Ot, polski służbista ! Tyle zdziałał, że przez wiele lat codziennie żona telefonów czekała ode mnie, bojąc się, że już z pracy nie wrócę do domu, a powiedzieć o tym nie miałem nikomu. I po uszy sterczałem w ponurej zgniliźnie ja - polski generał w swej polskiej ojczyźnie. W końcu mnie ci nasi nad mistrzami mistrze wepchnęli w pustą dziurę. I tak kwatermistrzem zostałem przy okręgu. Odtąd, przyznam, cicho siedziałem i czekałem. Na co ? Niech go licho, nie wiem ! Teraz Polska się budzić zaczyna. Ale tę robotę zostawiam dla syna.
Borkowski Ja tam myślałem, generale...
Gordon ...że my tutaj z uciechy wyprawiamy bale.
Adiutant wprowadza Helenę i Piotra Gordonów
Adiutant Pani generałowa pozwoli.
Helena Gordon W swojej roli jestem żoną i basta. Po co tytułować ? Nie przystoi w mym wieku za męża się chować. [patrzy na Borkowskiego] Chwileczkę, pana już widziałam. Twarz jest mi znajoma.
Gordon Jak to, nie pamiętasz ?
Helena Gordon Ach, tak ! - Major doma?! Głos jeszcze słyszę tego Rosjanina, który pana ukochał jak własnego syna.
Borkowski Konstanty Gerasimowicz! Co z nim ?
Helena Gordon Umarł. Atak serca.
Gordon Nie wytrzymał wieści, że Stalin - morderca. Pamiętasz, mówił: Ja się mordem brzydzę!
Borkowski Ja ich nienawidzę !
Piotr Wszystkich? Dlaczegóż?
Gordon [do Borkowskiego] Choć ty wprost z męczarni, on cię, bracie, tu jeszcze nie tak umoralni.
Piotr [do Borkowskiego] Przecież oni są wszyscy internacjonalni. [do ojca] Tato, jeśli nie ma tu u ciebie podsłuchu, zaraz was opowieścią podtrzymam na duchu.
Gordon Podsłuchu, synu ?! A skąd ja mogę wiedzieć ! Ja już niedługo do trumny, to ty pójdziesz siedzieć. Jakież to wieści ? Piotr Mocno przygłuszone, o tym, co się zdarzyło w Rostowie nad Donem.
Borkowski Cóż takiego ?
Piotr Szli ludzie setkami do nieba. Bo lud wyszedł na ulice. Z hasłem "Wolności i chleba!" szły tysiące i ten jeden transparent niesiono w milczeniu strasznym, bo głuchym. Policję czerwoną strach blady trupią ręką za gardło pochwycił, bo tłum gęsty walił wprost na nich. Bandyci jeszcze próbowali do narodu gadać, jeszcze mu stare bajki chcieli opowiadać. Lecz, gdy nie pomogły wyświechtane śpiewki o wierności ojczyźnie... ...że to nie przelewki w lot pojęli, bo tłum im ostatnią godzinę gotował, pod gmach znosząc drewno i benzynę. Wtedy, by ład bolszewii do życia przywrócić, zdecydowano do ataku pułk piechoty rzucić. Dowódca dostał rozkaz. To młody pułkownik, któremu naród cześć winien, a historia pomnik. Apel pułku ogłosił, przed frontem żołnierzy przy sztandarze stanął, powiedział: "Nam mierzyć dzisiaj rozkazano w serca naszych braci. My na ziemi rosyjskiej narodem bogaci. Tam nasze kobiety i nasi ojcowie. Ja strzelać nie będę. Ja wolę już w grobie leżeć". To zdążył powiedzieć i nim mu komisarze słowo to odjęli, nagan z kabury wyrwał i tu z niego strzelił.
Gordon Żołnierz! Widywałem już takich żołnierzy!
Borkowski Narodowi się także od nas coś należy.
Piotr Żołnierze zaszemrali. Lecz, nim pułk ochłonął, już go zbyt dokładnie zewsząd otoczono pierścieniem pancernym. Pierścień to był dziki - w czołgach siedzieli Tatarzy, Kirgizi, Kałmuki. Pułk musiał broń złożyć. A potem runęła na miasto pancerna dywizja dzikusów i zrobiła ciasto. Gąsienice czołgów tłum na miazgę tarły i raz jeszcze wygrały w stal odziane karły.
Borkowski Finał Azji godny.
Helena Gordon W Azji człowiek głodny.
Piotr Jeśli w Rosji naród się budzić zaczyna, to jaki będzie człowiek, taki będzie finał. I jeśli pan się Azji przyjrzeć zechcesz bliżej, to petersburskich cerkiewek spiłowane krzyże zechciej zauważyć.
Borkowski Co, tam krzyże piłują?
Gordon Widać, jak krzyża nie widzą, to lepiej się czują.
Borkowski Petersburg, według geografii, to jeszcze Europa.
Piotr Tam teraz Leningrad.
Helena Gordon Co wam za ochota przyszła, by sę kłócić, w jakiej świata stronie człowiek cierpi ? ...
Piotr Czekaj, mamo. To jeszcze nie koniec. Gdy się wieść o masakrze w Rostowie rozniosła i po cichu mówiła o tym cała Rosja, gdy zagrały propagandy partyjne bałałajki, na Donbasie w czas ten zaczęły się strajki. W trzech kopalniach. Strajk uspokojono, żądania robotników w czymś tam uwzględniono, i kiedy wszystko na Donbasie wróciło do normy, ministerstwo zarządziło w kopalniach reformy. Reformy jakoś dziwnie tak przeprowadzono, że aktywnych buntowników w jednej zgromadzono kopalni. I tam nasi bracia mili, gdy górnicy pod ziemię zeszli, sztolnię zatopili.
Borkowski Generale, pański syn, widzę, w tłuszcze nie obrośnie. Zgnije w więzieniu.
Helena Gordon Chyba, że z tego wyrośnie.
Piotr Jeszcze wam opowiem...
Helena Gordon To cię, synku, zmęczy.
Gordon Ty go, matko, nie ruszaj, bo w nim dusza jęczy.
Piotr Mamo, zgoda, milczeć będę.
Gordon [do żony] No, nam pora na grzędę. Czas do domu, moi drodzy. [do Borkowskiego] Ciebie zapraszamy. Helena Gordon [do Borkowskiego] Dziś wieczorem na pana z kolacją czekamy.
Borkowski Dziękuję. Życie mi ucieka, stęskniłem się za domem i ciepłem człowieka. Przyjdę na pewno. Teraz życzę spokoju i ciszy. [kłania się i wychodzi]
Piotr [do Borkowskiego] Jeśli pan pozwoli, będę towarzyszył. [Piotr i Borkowski wychodzą razem]
Helena Gordon Ja się o tego smarkacza wciąż boję.
Gordon Strachu to tu wszędzie dosyć. Chodź, kochanie moje.
[wychodzą]
Scena 2
Mieszkanie Borkowskiego. Wchodzą Piotr i Borkowski.
Borkowski Proszę. To mój dom. W snach go widywałem. Gdy tutaj z więzienia wróciłem, żony nie zastałem.
Piotr Żona zmarła?
Borkowski Nie. Żyje. Mówią, dobrze żyje. Proszę, proszę spocząć. Czy pan się napije?
Piotr Dziękuję, nie trzeba. Tak jakoś bez trunku Bóg mi w głowie pomieszał.
Borkowski A ja podarunku swojej nie odmówię. A w tej pana głowie...
Piotr [przerywając mu] Nie w pustej przyszedłem brać udział rozmowie.
Borkowski "Świnia pusta, bo pusta, byle była tłusta" - mawiał starszy strażnik.
Piotr Powściągnij pan usta, serce otwórz, bo dzisiaj nam w kraju potrzeba tych, co piekło zwiedzili po drodze do nieba.
Borkowski Tylko bez morałów! Morałem się brzydzę.
Piotr Ja widzę, żeś ty z piekła powrócił. Ja się łez nie wstydzę. I jeśli w tym piekle tyś nam się uchował, ja ci, za to żeś wrócił, będę prorokował.
Borkowski Tam właśnie dwa razy z Bogiem się widziałem. Niestety, swoje racje wtedy przemilczałem.
Piotr Gdyby zaprawdę Bóg na tobie dłoń zechciał położyć, już on by ci serce potrafił otworzyć.
Borkowski Mnie ludzie za życia pchnęli do mogiły, i pamiętać o sercu?... No nie, jak Bóg miły !
Piotr W oczach swoich nie szukaj ludzkiego imienia, ale Tego, kto w tych oczach jest treścią patrzenia.
Borkowski Ja? Skąd przychodzę, dokąd zmierzam - nie wiem.
Piotr Nas w Polsce zrodzono, a Polska w potrzebie. [po chwili] Jak się tu znalazłem, jakimi wyroki ? Ja tego też nie wiem. Świat przecież szeroki, różne na nim ludy, różne obyczaje. Słowian rozdzieliły granice i kraje, byt się im narodowy odmiennie kształtował. Nam Bóg wolność zabrał, lecz Polskę zachował. Po co, jak, dlaczego ? Nie nam o to pytać. Żyć dla niej musimy, kochać ją i kwita.
Borkowski Wszędzie człowiek żyje.
Piotr Nam by się przydały z ducha, a nie z miecza internacjonały, gdzie człowieka zmierzy nie wydajność pracy, lecz wydajność serca...
Borkowski Czyż nasi rodacy światu serca własnego nie udowodnili ?
Piotr Wtedy, gdy się bili.
Borkowski My się bić umiemy.
Piotr Z tą szlachecką pychą. Gdy nas wszy oblezą, to siedzimy cicho. By do garnka włożyć, dosyć gospodarni, lecz wolności własnej gospodarze marni. Los nas lubi zwodzić, obietnicą łudzić, my na cud czekamy, aby rąk nie zbrudzić. Opór, walka, gorączka... Potem już statyści. Dla innych krew lejemy, a u siebie - czyści.
Borkowski Cudzoziemcy nam wdzięczni, chociaż tym zdumieni...
Piotr Naród, widać, Kościuszkę tak wysoko cenił, że ten wsiadł na okręt i kontynent zmienił. Rosjanie, Austriacy, Niemcy - kto tam wyzna jakie psy nas szarpały?! Bóg, Wiara, Ojczyzna, rewolucja, przewrót, tron spadał za tronem, aż się nam sen wyśnił o Placu Czerwonym. Teraz na nas ludowa przyszła demokracja, by się mogła dopełnić nasza edukacja narodowa.
Borkowski Słowa, chłopcze, słowa...
Piotr Słowa?! Patrz - pośrodku stoi mauzoleum czarne, wokół tłumy wiernych karne, rojne, gwarne, tłumy sprzęga idea ponad narodowa, w środku zaś trup leży jak lalka woskowa. To jest centrum Ziemi. Tutaj duma pawia dziś Bogu urąga. Tu się msze czarna odprawia, tutaj postawiono trybuny. Tu świata narody przed tym trupem tańczą swoje korowody, krew czerwona sławią. To symbol epoki, co w Paryżu stawiała swoje pierwsze kroki. Robespierre, Danton, Marat - mściciele wieku: w imię trupa zabić co żywe w człowieku - oto cel. A środki?
Na trybunę wchodzą ci, co siłę głoszą a upadek płodzą, gasząc iskrę ducha wrzaskiem defilady, sławią wierność ziemi i syte obiady. Ja - człowiek chleba żądam! Napełniam ulice, na ołtarzu stawiam tłustą jajecznicę, żyję póki żyję, aby świat mnie zbawił. Bracie, patrzmy, by nas ten chleb nie zadławił. ...bo jeśli bez pokory ten chleb jest spożyty sytość zabić może, gdy duch chlebem bity, gdy nie przez brata dla brata ten chleb przyrządzony. Człowiek skona z pragnienia, gdy duch jest wzgardzony. To jest prawo.
Borkowski Brawo, mój młodzieńcze, brawo! /do siebie/ Geniusz czy szarlatan?
Piotr Wszystkie końce świata tu, w sercu trzymam jak napięte struny i gram na nich pieśń własną, a nie pieśń fortuny.
Borkowski Cóż czynić? Nie pojmuję, wyznam...
Piotr Czynić? Czyn największy jest jeden - decyzja. Dzisiaj, gdy się Ziemia rozpękła na dwoje, nie ma naszych i waszych, nie ma moje - twoje. Tylko światło lub ciemność.
Borkowski Widzę nadaremność każdej walki. To tylko do więzienia droga.
Piotr Ty podejmij decyzję. Reszta w ręku Boga.
Borkowski Koniec, koniec rozmowy!
Piotr Majorze, słucha, ty jesteś wojskowy!
Borkowski Człowieku, znowu bronią chcesz swych praw dochodzić?
Piotr Bronią, by bez broni.
Borkowski I ty mnie chcesz zwodzić? Mnie, starego wygę.
Piotr Ja cię nie ostrzygę. Już cię raz przystrzyżono.
Borkowski Racja, krwią pluję czerwoną. Wystarczy!
Piotr To już uwiąd starczy.
Borkowski Z moich popiołów feniks już więcej nie wstanie. Czas na nas, chodźmy.
Piotr Mam jeszcze spotkanie. Potem przyjdę. /z żarem i nadzieją/ Majorze, musi być organizacja.
Borkowski Chodźmy, chodźmy, bo stygnie kolacja.
Scena 3
Spotkanie młodzieży. Adam, Jan, Łukasz, Marek.
Adam ...jak ten dziennikarz w Warszawie, którego rząd poświęcił narodowej sprawie.
Jan Narodowej? Powiedz lepiej - sprawie socjalizmu. Ale kto kogo poświęcił i po co? Przyznam, nie rozumiem.
Adam Ja zaś ani umiem, ani chcę o tym mówić.
Marek Opowieścią taka łatwo jest się zgubić. Tak zagubił się dziennikarz, zdolny publicysta, którego miej w opiece święta Mario czysta!
Łukasz Odkąd powszechnie w Polsce jej imienia wzywać zaprzestano - zdrętwiały sumienia.
Jan Opowiedz, jak było?
Marek Dobrze, ale po porządku.
Łukasz Oczywiście, to jasne, tylko nie trać wątku.
Marek Wpierw pytanie - czy znasz w polskiej mowie słowa, którymi bys rozpoczął powieść o Chruszczowie?
Jan Opój i błazen.
Adam Rubaszny wesołek.
Łukasz Spośród władzę dzierżących najpierwszy matołek.
Jan Dowcipniś. bałaguła, bałamut, kręciołek.
Marek Cherubin nowej ery, co uznał, że wina za zbrodnicza iluzję obciąża Stalina. Zaś on sam, ze swymi kompany pospołu milczał, wstać nie mogąc od carskiego stołu, na którym podawano przeróżne frykasy w imię szczęścia ludzkości i zniszczenia klasy ludzi wyzysk czyniących. Tak oto wyzyski zwalczane twardą ręką zamieniono w zyski sławy i bogactwa pierwszych spośród równych. Nigdy jeszcze idea tylu środków zgubnych nie stworzyła dla sprawy ludzi ocalenia.
Łukasz Dzisiaj się historię inaczej ocenia.
Marek Jeśli rzucać nie umiesz, nie podnoś kamienia. Chruszczow był premierem rządu sowieckiego, czy też, jak dawniej mówiono, rządu moskiewskiego. A w Rosji, choć zmieniono nazwy i sztandary, metody nie zmieniono, nraw pozostał stary.
Łukasz Co znaczy nraw?
Marek Znaczy: stosunek do ludzi i świata.
Jan U nas też się nie zmienił - czym chata bogata tym rada...
Łukasz A naród wciąż biada.
Jan Wszy najlepiej karmi, kto sam nie dojada. By plugastwa nie mieć, trzeba myć się często, bo raz kołtun zapuścisz i robactwa gęsto. Ale cicho! /do Marka/ Mów dalej!
Marek Chruszczowa zwycięstwo poprzedził historia znanego ministra. O tym, że nieczysta domyślali się wszyscy. Szczegółów nikt nie wiedział. Minister błąd popełnił. Potem ponoć siedział, następnie go za zdradę pospiesznie sądzono, wyrok śmierci wydano i raz-dwa zgładzono.
Łukasz Beria, oczywiście?!
Jan Gdy jeden z proroków z uczniami swymi szedł brzegiem potoku, uczeń mędrca dostrzegł płynącego na fali trupa. - Mistrzu, wiem, on zabił - powiedział. - A ci, co jego zabijali - odparł prorok - zabici będą. Bowiem śmierć sądzona temu, kto miast życia śmierć narodził z łona.
Marek Tak, Beria. Namiestnik Dzierżyńskiego...
Jan ...którego zwą krwawy Feliks...
Marek Menżynskiego następca, następca Jagody...
Jan ...który strachem połączył te „wolne narody”.
Łukasz Następca Jeżowa.
Jan Tę postać diabeł w pamięci zachowa na wieki wieków...
Marek Beria, mając absolutna władze policyjną...
Łukasz ...co u Rosjan oznacza władze nieomylną...
Marek ...chciał skorzystać ze śmierci Stalina, by z pierwszego pucharu zakosztować wina, balsamu władzy, którym w Rosji namaszczają bogów.
Łukasz Obrzęd poganina!
Marek Wtedy reszta starej świty zmarłego tyrana decyzję powzięła, że bity będzie każdy, kto zechce rozdzielać ochłapy, a gdy krzykną, że mało - poutrąca łapy. Ale bano się Berii, jego pułkowników i ich powiedzonka: W razchod! i po krzyku. A że Beria mógł im taką zgotować zabawę i z uśmiechem podać ołowianą strawę wiedzieli, znając Stalina nawyki.
Łukasz ...gdy męczonych prośby, złorzeczenia, krzyki goniły po Kremlu carów obudzonych duchy, pupilowi rozkazał: Bić i kuć w łańcuchy!
Marek Słuchajcie! Na tajnej naradzie umówili się zdradzić, by zapobiec zdradzie. Kto tam ze zdrajców zdradzony tylko Bóg się wyzna.
Łukasz Zdrajcy zdradzają siebie, a cierpi ojczyzna.
Marek Wiedząc, że wszyscy śledzeni, postanowili udawać. Prawda się rumieni, ale im nie do prawdy, gdy w każdym telefonie podsłuch. - Ty do mnie, ja do ciebie dzwonię: wiesz, trzeba będzie Berii miejsce Stalina powierzyć. Ten nikomu nie wierzył, lecz gdy słuch się szerzyć i rosnąć począł - uwierzył. Zwołano zebranie wszystkich pogrobowców. Beria przyszedł na nie, pewny, że w ręku mocno teraz trzyma puściznę sławy i władzy Gruzina. Salę obrad strzeżono i pilnie zamknięto.
Łukasz Diabeł lubi w ukryciu fetować swe święto.
Marek Jeden ze spiskowców odczytał dokument. Beria w mig pojął, co to za instrument - był to akt oskarżenia, w którym zdradą stanu jego życie w służbie mordu dość słusznie nazwano.
Jan Tak oto Bóg łotrów nagradza, gdy ich przy jednym stole z podobnymi sadza.
Marek Zerwał się oberpolicmajster na równe kopyta, zbladł, chciał krzyknąć pomocy. Ale ci go świta pierwszych głów państwowych zwarcie otoczyła i nim słowo rzucił, już go uchwyciła ręka marszałka za gardło. Wicepremier obłapił tors skazańca, byłby się poszkapił, lecz ministra policji opuściły siły, zsiniał i już gotów do trumny i mogiły.
Łukasz Widzę sami swoi.
Jan Tak to już na Rusi - jak cię rząd nie kupi, to rychło udusi.
Marek Chruszczow na tym koszmarnym posiedzeniu był obecny. Czy jego sumieniu ciążył koniec życia moskiewskiego kata, czy też bał się sypiać, gdy już nie czuł bata, dość, że gdy w Warszawie ostatnio zabawił upił się i pijany rzecz całą wyjawił.
Łukasz Jak to? On sam?
Marek W rządowych salonach, gdy się już rozchodzić poczęła hałastra zmęczona, wziął Rolanda pod rękę i wyrzucił spiesznie bełkocąc swoje grzechy. Czy działał niewcześnie, czy też nie wiedział, z kim gada?... Roland słuchał chciwie, pewny, że na jego dziennikarskiej niwie przytrafia mu się nagle gratka niesłychana.
Łukasz Co dalej było?
Marek Nie zdzierżył tajemnicy i tak poznał pana.
Jan Więc dlatego?...
Marek Tak, dlatego. Najpierw go zamknięto, przesłuchano, badano, drogę do świata odcięto, potem do własnego domu zawieziono niby rewizję czynić. I tam wyrzucono z piątego piętra na bruk. A w gazecie umieszczono notatkę. Resztę to już wiecie.
Jan Tak. Samobójstwo. Metody, metody.
(wchodzi Piotr)
Łukasz Nic nowego - przestępstwo, a końce do wody.
Piotr A gdy się końce już w wodzie wymoczą zbrodnia ciążyć zaczyna i ludziska psioczą. Co słychać nowego?
Łukasz Jeszcze się starego miarka nie przebrała.
Adam Ale się już nowego Polska doigrała.
(do Piotra)
Wesołyś. Można wiedzieć z czego?
Piotr Przynoszę nowinę.
Adam Pewnie spotkał w tramwaju taaaką dziewczynę.
Piotr Nie, nie spotkałem dziewczyny ni czarta. Słuchajcie - Rosja zrodziła bękarta.
Jan Co znaczy?... Piotr Jeśli sto sześćdziesiąt lat bez mała rewolucja hardziała i w siłę pęczniała, jeśli, nie mając litości ni grama, wieńczyła myśli triumfem zwycięskiego chama darując mu odkrycia laboratoryjne, wobec ludzi wielkie, wobec Boga mylne, jeśli mu wduszę brak skruchy wraziła, jeśli mocniej nienawidzić, niż kochać uczyła jeśli w imię rozkoszy zaniechać cierpienia zwodziła go, by nigdy nie zaznał zbawienia, a ostatnie pięćdziesiąt lat tak nam rozświetliła pożarem wojny, krwią rozczerwieniła, tak nam sumienia skuła krótkim łańcuchy, że już za życia prawie jako duchy błąkamy się po własnym kraju, jeśli w jej zwyczaju mitem i brednią napełniać rozum i duszę, to gdy się z niej rodził człowiek - ja wyznać muszę bękartem jest, odszczepieńcem. Jak Chrystus, który ziemię dopiero wtedy zbawił, gdy się na niej śmiertelnej choroby nabawił. tak więc pełen śmierci będzie los bękarta, gdy ziemia wobec Boga tak diablo uparta.
Adam Któż to taki?
Piotr Słyszałem, ze w Rosji procesy i aresztowania.
Adam A co w tym nowego?
Piotr Nowego serce mi się wzbrania uwierzyć. Tam sądzą naszych braci. Duchowych braci.
Jan No, tośmy bogaci!
Łukasz Różne Czernyszewskie, Dobroluby nie pierwszy to raz naród prowadzą do zguby.
Piotr Głupiś! Wybacz bracie, nie chciałem cię obrazić, może nie umiem jeszcze spokojnie, co czuję wyrazić, ale prawda nie po twojej, bracie, stronie, wiec ty stań razem z prawdą. Inaczej cię piekło pochłonie. Wiedzcie, że są tylko dwie różne skrajności, reszta zaś to mary, które grają w kości. Te dwie to - prawda i kłamstwo, Bóg i treść szatana, to granica, co słońcem noc dzieli od rana i, choć cienie się ciałom o poranku dłużą, promienie słońca dniowi, a nie nocy służą. Życie lub śmierć, Bóg lub wieczna troska - taka jest prawda życia i śmierci treść boska. Kto do materii ciała czuje przywiązanie ten przez Boga skazany na wieczne konanie. Między dwoma więc człowiek musi wybierać decydując, czy żyć chce, czy też chce umierać. Rewolucja jest śmierć! A śmierć wspólną ludzi sprawą. Cóż więc dziwnego, że za wspólną strawą razem wyciągali ręce i nasi i wasi. W jednej beczce się jabłka i kapustę kwasi. Ci zaś, o których mowa, zrodzeni są z ducha. Dla nich Rosja to Święta Ruś.
Adam A tuś mi, tuś!
Jan Myśmy już tę Ruś świętą z dziada i pradziada popamiętali.
Adam Co on opowiada! Jeszcze do dzisiaj część Polski w Sybirze.
Łukasz Bliżej, bracie, bliżej! Tutaj obok mieszka kobieta znajoma, której ojca w czterdziestym piątym wywleczono z domu i wszelki ślad zaginął. Chciała go wykupić. Sołdat złota nie wziął, bo sołdat jest głupi. Rubli żądał. Nie miała. Ojciec się naraził, bo gdy z Niemcami walczył to Rosjan obraził. Córka w koszmarach nocnych ojca oglądała, czekała, bo kochała, błagała, pisała... Potem czekać przestała. Po dwudziestu latach wrócił z obozu sowieckiego dla żołnierz z AK znajomy. Szeptem opowiedział Jak z jej ojcem w zmarzłym błocie po pachwiny siedział i wyrywał korzonki. Potem w niskiej sztolni pełznąc na brzuchu w wodzie, z urodzenia wolni, dobywali dla Rosji torf. Kobieta słuchała, aż w tej opowieści własny sen poznała, gdy człowiek, co powrócił, ledwo jej wykrztusił, jak jej ojciec płakał. W gorączce się dusił. Błagał, by na pryczy zostać pozwolono, w odpowiedzi mu nożem na plecach skrojono krwawą gwiazdę. Skonał. Ona w snach widziała, jak ta gwiazda na wschodzie krwawizną jaśniała.
Adam Jesteśmy Słowianie i dla nas takie właśnie najmilsze konanie.
Jan Nie błaznuj!
Adam Wcale nie błaznuję. Ty mówisz, co wiesz. Ja mówię, co czuję.
Piotr Spokój! W Rosji młodzież się buntuje. My siedzimy tutaj potulnie i cicho. Naród śpi kołysany osobliwą pychą, w której tyleż niewiary, zwątpienia co strachu. Starsi głowy spuścili, młodzi dla kariery gotowi w miękisz serca wpiąć sobie ordery. Praca? Cóż znaczy praca, gdy pracujem za nic, a na wschodzie dla płodów rząd nie patrzy granic, gdy kupują nas w ciemno i sprzedają w ciemno byle tylko pomnażać swą siłę nikczemną, byle defilować w przepychu potęgi i na żywych szczepić swoje martwe księgi. Pochody, transparenty i główne trybuny na nich karły ducha, pupile fortuny. Rakiety, samoloty, zgrzytanie gąsienic - przed Wielkim Niczym paraduje potężne Nic. W tym żyjemy. Temu daninę składamy, pośród tego wszystkiego cierpimy, kochamy, śmiejemy się, głupcy, choć już nie do śmiechu, gdy duszno i płuca nie łapią oddechu.
Łukasz Co racja, to racja!
Jan A więc?
Piotr A więc - organizacja!
Łukasz Zgoda.
Piotr Niech każdy przemyśli dokładnie, bo nim Polska wstanie, niejedna głowa spadnie.
Łukasz Co tu myśleć, gdy dzisiaj od myślenia są centralne komisje. A gdy rząd się zmienia, to myśl oszukać łatwo.
Jan Pamiętacie, jak mu śpiewano Sto lat! O, gdyby wiedziano jakiego naród wpuszcza lisa do kurnika, to nie taka by jemu zagrała muzyka.
Łukasz Słowom pustym naród jednak uwierzył w pięćdziesiątym szóstym.
Jan Widać, potrzebne jest dziesięciolecie, by rzeczywistość sprawdziła różne ecie - pecie.
Adam No i co dalej, panowie? A więc macie władzę i jak nie ty, to ja naród poprowadzę. Tylko dokąd?
Jan Byle z błota, Bo wyjść z niego dawno nam przyszła ochota.
Łukasz Chociażby do diabła!
Adam Więc mówmy pacierze!
Piotr W królestwo szczęścia na ziemi ja , bracie, nie wierzę. Ale miłość każdemu z nas od Boga dana, by noc od dnia odróżnił, człeka od barana, by, gdy z ludzi owce czyni harde zwierzę, które choć oblicze ma ludzkie, miast duszy - protezę, - przewodnika stada chwyć, bracie, za rogi, łeb ukręć i trupa zrzuć ze swojej drogi.
Łukasz Potem niech choć w mauzoleum leży. Jan I gdy Boga nie pojął, fryzjer go odświeży.
Piotr Pewność serca to jedno, co dziś ma znaczenie. Po to woda dana, by gasić pragnienie.
Łukasz Reszta to zabawa.
Piotr Gdy Bóg w tobie śpiewa, milczy ludzka sprawa. Prawdy może i trzeba rozumem dochodzić, bo prawda nie umiera, ona chce się rodzić. Cóż z tego, że dzisiaj przeszczepiają serca! Duszy nie przeszczepią. Jam jest innowierca - w materię nie wierzę. Przedłużanie życia? Dobrze, lecz dla prawdy, a nie dla użycia. Niech bije we, mnie serce każdego człowieka, gdy wieczność wciąż ta sama, tylko czas ucieka. Czego nie dogonię, o to już nie stoję. Bóg to miłość, a miłość to schronienie moje, to jedyne, przed czym chętnie ciało swe ukorzę, lecz wśród ludzi - godność! Tak kazałeś, Boże. I słuchać ciebie jest powinność nasza. Reszta...
Łukasz ... reszta, to już kasza!
Adam W tym, co mówisz, ja czuję jedynie skrajności.
Piotr I słusznie. Bo albo rozegrają w kości los wszystkich, o których będą decydować w imię tego, co Chrystus kazał martwym chować, albo będzie na ziemi i w moim narodzie szacunek dla człowieka. Nawet gdy o głodzie ciało zapomnieć nie da.
Łukasz Jak bieda, to bieda. Nie pełzać nam po ziemi, gdy droga do nieba otwarta dla każdego.
Adam Kolego, kolego! Kto o niebie mówi, kto się tam wybiera?!
Jan A niech go cholera!
Piotr A cóż ci zostanie, gdy umierał będziesz? Oto twe pytanie.
Adam Ja tam jeszcze żyję.
Jan No to dawaj szyję! Zdusimy i się przekonasz.
Adam Nie błaznuj, bałwanie!
Piotr Zostaw!
Łukasz Gdy człowiek duszy nie ma, na nogach nie stanie.
Piotr Przecież zdarza się, że zamyślenie gnębi mnie samego. I jak korek wyrzucony z głębi po powierzchni pływam. Znów zasłona skrywa twarz Boga. Miłość oczekuje. Dusza moja płacze. Chodzę, działam, rozmawiam. A w myślach kołacze pożądanie. Napięte pragnieniami ciało gasi wzrok uczucia. Już zaniewidziało oko ducha, już mętna wewnętrzna źrenica i źródło, zda się, wyschło. Nagle błyskawica jedna, potem druga... Na ziemię spragnioną płyną łzy miłości, jakby Bóg samo łono niebios mi otwierał. Już nie jestem martwy i spokojnie przeglądam codzienności karty. Gram tymi kartami, rozdaję, tasuję i póty grzechu nie tykam, póki Boga czuję. Ale jedna godzina bez niego spędzona jest jak anioł śmierci, co rozwarł ramiona, by pochłonąć wieczność i czas mi otworzyć. A w czasie żyć bez Boga, to jak cudzołożyć z samym diabłem. Oto przyczyna skrajności, któreś ty, bracie, dostrzegł. Bóg na wysokości, a my tu, na ziemi. I jeśli ta droga, którą lud ziemską zowie, prowadzi do Boga, to albo - albo! Środka nie masz wcale, środek to tylko ciało wbijane na pale samotności, zgryzoty i pychy. Niebo albo piekło. Jeśli materię obłapisz, to niebo uciekło. Ziemia? Cóż jest ziemia? Ma być przebóstwiona przez ciebie, człowieka, który w Bogu skona. Ot, wszystko. Reszta? Reszta się nie liczy - to tylko małe dziecko, co na matkę krzyczy.
Ciała są z krwi i kości, pomniki ze spiżu, Chrystus konał na materii krzyżu, i jeśli my tu wszyscy przyszliśmy, to po co? Myślisz: prosić i czekać, aż nam twarz ozłocą? Aż wtłoczą w umysł wszystkie nauki wyrazy? Kochać ciało rzecz piękna. Tylko duch bez zmazy i taką właśnie strawą jesteśmy karmieni my, synowie słońca, zrodzeni na ziemi. Tutaj walczyć trzeba, a nie czekać końca. Myśl to ducha promień przebrany za gońca, który świat wzdłuż i w poprzek po to musi zmierzyć, by pojął, że jest niczym i zechciał uwierzyć A wiara tobie, widzisz, jest podarowana, byś nie zawył jak pies, co postradał pana, byś z nadzieja stawiał swoje ludzkie kroki i po ziemi stąpając, serca ton wysoki w sobie słyszał i śpiewał chwałę twej przyszłości, bo ci czas i przestrzeń porachują kości.
Taka jest prawda duszy i los tego świata i ten nie wie, co czyni, kto nią tak pomiata, jak ci nasi bywalcy zjazdów i zgromadzeń, specjaliści od szczęścia i wzajemnych kadzeń, ministranci piekła, piewcy kiełbasy, specjaliści od płacy, od klasy i rasy, ci, patrzący chciwie w zęby postępowi - czy im czas przedłuży? Na wszystko gotowi - każdą zbrodnię tłumaczyć umysłu chytrością od faktów uciekając z przedziwna chyżością, od narodu żądać wysiłków daremnych i zabijać w imię własnych pomysłów przyziemnych.
Gdy się w komunizm i faszyzm idea rozprzęgła, partyzantką się uczyli zabijać zza węgła, aby ci, co Polski w milczeniu bronili, w imię walki klasowe w ich więzieniach gnili. Bo z nich się zrobili sielni patrioci, którzy sami są mądrzy, a reszta - idioci.
Dosiadając zajeżdżoną przez Moskali kobyłę przeszli po kraju ogniem, którym co nam miłe wypalili. Przed własnym się narodem schowali w ciepłe gniazda uwite pod skrzydłem Moskali. I czując, że dobra jest taka opieka Poczęli głosić stworzenie n o w e g o człowieka.
Nim naród po rozum udał się do głowy, już z niego proletariuszy zrobili państwowych. Prawda, kłamstwo, Bóg, wiara - posegregowane a myśl, wolność i praca tak skoszarowane, że jeśli nie chcesz wierzyć w nowy świat wspaniały, to ci głodem wypalą słuszne ideały.
Czas jednak okrutny, bo ich tak obnażył, tak im szyki pomieszał i czyny wyważył, tak im liczył co chwila rachunek dni grozy, tak człowiekowi zaśmierdły ich trupie obozy, tak im mity runęły na dół z piedestału, że się naród obudził. I pojął pomału, że ziemia nasza w słońcu i we łzach skąpana nie nosiła na sobie tak jawnie szatana, który Bogiem gardził, więc gardził narodem. Na ziemię z hukiem zleciał i spłonął ze smrodem. Cel szatana, mój bracie, przemyślny i prosty: ciało wielbić i spalić do wieczności mosty. Dlatego taka wściekłość i pomsta na Boga, dlatego nad Kościołem tak straszna pożoga. Bo Kościół, co się w Bogu cicho doskonali, może ciało zaniedba, lecz duszę ocali.
Więc wybieraj, bo droga tak zwanego środka to jest tylko, mój bracie, dziecinna grzechotka.
Adam Gorąca głowo, biada tobie, biada!
Łukasz A ty Adamie, uważaj! W tobie drzemie zdrada.
KONIEC AKTU PIERWSZEGO
A K T I I
Scena 4
Mieszkanie generała Stefana Gordona. Generał Gordon. Wchodzi Helena Gordon, jego żona.
Helena Gordon Wiesz, telefonował Raczkiewicz. zapowiedział wizytę. Słuchaj, ja się o Piotra boję. On o niego pytał.
Gordon Raczkiewicz? Ten towarzysz. Co go tu sprowadza?
Helena Gordon On o ludzi pyta, a potem ich wsadza do więzienia. To łobuz.
Gordon On nie ma sumienia. Od Piotra czego chciał?
Helena Gordon Chciał się z nim zobaczyć.
Gordon Tutaj? Nie, nic z tego! Piotr by go uraczył. Ten chłopak w gorącej wodzie kąpany. On sobie biedy napyta.
Helena Gordon Wiecznie zalatany. zagoniony...
Gordon Bo młody.
Helena Gordon Jeszcze nie ma żony.
Gordon No, z żeniaczką niech on jeszcze parę lat poczeka.
Helena Gordon Chciałabym mieć synową, a czas mi ucieka. (słychać dzwonek) O, pewnie Raczkiewicz. (wychodzi)
Gordon Diabli go tu niosą!
Raczkiewicz (wchodząc)
Witam, generale. Proszą was i proszą, błagają, byście napisali swoje pamiętniki, a wy nic. Niedobrze.
Gordon Ja tam ich muzyki zasilać nie będę własną trąbą. Ja wspomnienia spiszę, oni tym jak bomba będą się bawić.
Raczkiewicz Któż taki?
Gordon Ci wasi saperzy. Sprawdzą, zapalnik wyjmą, reszta się uleży.
Raczkiewicz Wy, generale, niedobre macie zdanie o cenzurze.
Gordon Cenzura nie w mojej już leży naturze. Stary jestem i nawet śmierć mnie już nie straszy. I ja już tej przez was gotowanej kaszy jeść nie muszę.
Raczkiewicz Jednak sobie tuszę, że nie będzie, generale, tak źle jak myślicie.
Gordon Jeśli nawet ja te pamiętniki spiszę, to tym hienom książkowym nic a nic do tego. Niech sobie leżą i czasu czekają innego.
Raczkiewicz Innego?
Gordon Tak. Czasu prawdziwego. Te tam, czasy się zmieniają.
Raczkiewicz Raz lepiej, raz gorzej...
Gordon Tych lepszych w moim wieku szukać nudno.
Raczkiewicz Generale, misję mam dość trudną. Syn... Piotr... buntuje... szczenięta...
Gordon To chłopak jeszcze. On się opamięta.
Raczkiewicz Chłopiec, to prawda, chłopiec... tak... ale nam to bardzo...
Gordon Przeszkadza!
Raczkiewicz Właśnie, generale. Może stypendium? Chętnie go zagranicę poślemy.
Gordon Stypendium? No cóż, widzę, bogato żyjemy. Muszę z nim porozmawiać. A cóż on naknocił? Bo, przyznam, chłopak dobry, ja bym go ozłocił, ale jego nie kupi.
Raczkiewicz Przecież nie jest głupi. Zrozumie. Może wam wszystkim zaszkodzić.
Gordon My, towarzyszu Raczkiewicz, nie tylko dzieci płodzić, nie tylko wychowywać, lecz miłością darzyć także potrafimy. I co się im w życiu wydarzyć może, to i nasza sprawa. Nasza, bo ojcowska. To, co mnie z nim wiąże, to nie tylko rozkaz. To więź, której wy nie znacie.
Raczkiewicz Niestety, czuję będę musiał powiedzieć. Wasz Piotrek spiskuje.
Gordon Spiskuje?! Cóż, zwykła kolej losu, myśmy też spiskowaniem zrobili bigosu. A cóż to za spisek? Czy loża masonów? A może klub pomocy i dobrego tonu?
Raczkiewicz Generale, wasz syn to krzykacz i mistyk. Gordon I to już nie chce włazić do naszych statystyk. Tego w rachunku nie ma. To już sprawa inna. Statystyka często fałszywa, bo prawda niewinna.
Raczkiewicz Młodzi często - gęsto nie wiedzą, co czynią. Dlatego często - gęsto tak bezmyślnie giną. Młodzież skora do bójek i do metafizyk. Ale wasz Piotrek ryzykant. On ma u nas krzyżyk.
Gordon Krzyżyki, które wasze urzędy stawiały, na krzyż jeden, wielki, już się uzbierały. Teraz macie bacznie się pilnować, bo jak naród z krzyża zejdzie, zechce was pochować.
Raczkiewicz Syn musi usłuchać...
Gordon Mnie, staremu, trudno już pod górę.
Raczkiewicz Generale, jesteście przemęczeni. Czas emeryturę załatwić. Chętnie pomożemy.
Gordon I bez waszej pomocy, myślę, nie zginiemy. Od państwa za służbę, ordery, medale coś mi się należy.
Raczkiewicz Ja nie wątpię wcale. Rząd i partia zasługi chętnie wynagradza.
Gordon I tak nas za życia już do trumny wsadza. Siedzimy tam spokojnie, dni, lata liczymy, rząd też czeka spokojnie, aż się położymy.
Raczkiewicz Wszyscy mamy kłopoty, mamy swoje troski.
Helena Gordon (wchodząc) Nasz gość przyszedł. (wchodzi Borkowski)
Raczkiewicz Co widzę, Borkowski! Znowu tutaj, jak za dobrych, starych czasów.
Borkowski Raczkiewicz, towarzyszu, tutaj wilka z lasu lepiej nie wywołuj. Tu mój przełożony, którego ja szanuję. A ty mojej żony idź lepiej pilnować. Bo gdy raz zdradziła i za ciebie poszła, to ją tylko siła przy takim plugawcu...
Gordon Majorze!
Borkowski Przepraszam.
Raczkiewicz Żegnam, generale! (wychodzi)
Helena Gordon Mój Boże, mój Boże! Cały wieczór nam zepsuł. (do męża) Słuchaj, co będziemy?...
Gordon Ty podawaj do stołu. (do Borkowskiego) My się napijemy.
Scena 5
Rozmównica klasztorna. Piotr. Wchodzi zakonnik - ojciec Józef. O. Józef zatrzymuje się w progu. Przez chwilę Piotr i O. Józef patrzą na siebie w milczeniu.
Piotr Dziękuj, że ksiądz chciał mnie przyjąć. Słyszałem...
o. Józef Mój przyjaciel polecił mi pana. Rozmawiałem z nim o Panu. Czym więc mogę służyć?
Piotr Ojcze, życie mi się dłuży! Ty, zakonnik, co ludzkie - Bogu poświęciłeś. Ja życie kochałem. Teraz mi niemiłe i płonę. Czuję, jak z tego wielkiego kochania budzi się we mnie nienawiść. I głos urągania słyszę.
&nb |