|
O naszej sile.
Siły
użyteczne i utajone. – Związki między masą, energją i prędkością
światła. – Wydobycie energji przez spalanie. – Gram węgla. –
Niewyzyskane kalorje. – Gospodarka węglowa. – Nadzieje i obawy. –
Rozbite atomy. Mówiliśmy
o siłach stojących do rozporządzenia człowieka, które wydobywa z
przyrody jako konieczny warunek swego istnienia i wszelkich form życia.
Jakiemi źródłami energji możemy rozporządzać? Czy można mieć nadzieję,
że te środki dadzą się wydatnie zwiększyć? Einstein objaśniał
przedewszystkiem pojęcie energji, pozostające w najściślejszym związku
z pojęciem masy. Każdy zasób substancji duży czy mały – że tak rzecz
przedstawię – może być uważany za spiżarnię energji i jest w gruncie
rzeczy z energją identyczny. Co naszym zmysłom i naszemu umysłowi
przedstawia się jako widzialna i dotykalna masa, jako przedmiotowe
ciało, w stosunku do którego my w swej własnej cielesności przeżywamy
pojęciowo i czuciowo wrażenie wyraźnej odrębności, jest w pojęciu
fizycznem zbiorowiskiem różnych rodzajów energji, które już to działają
bezpośrednio, już to we formie napięć wiodą żywot utajony, ukryty i
zaczynają dla nas dopiero wtedy objawiać swe działanie, gdy zapomocą
jakiegokolwiek mechanicznego lub chemicznego procesu wyzwolimy je ze
stanu napięcia; gdy nam się uda energję potencjalną zamienić w
kinetyczną. Możnaby powiedzieć, że w pojęciu fizycznem mamy tu obraz
tego, co Kant nazwał “Das ding an sich”, “rzecz sama w sobie”. Poprostu
rzecz w swej zwyczajnej zmysłowej postaci składa się z sumy naszych
bezpośrednich wrażeń, działa przez kształt, barwę, dźwięk, nacisk,
uderzenie, temperaturę, ruch, zachowanie się chemiczne – rzecz sama w
sobie jest sumą jego całkowitej energji, w której energja nagromadzona
w sposób utajony i niedostępna dla naszej praktyki niezmiernie
przeważa. Ale ta rzecz sama w sobie, jak ją tu
będziemy mianowali nazwą o metafizycznem brzmieniu, daje się obliczyć a
możebność tego obliczenia tkwi, jak wiele innych dawniej
nieprzeczuwanych rzeczy, w Einsteinowskiej teorji względności.
Einstein wyraził się zrazu zupełnie rzeczowo, nie dając wcale do poznania, że tu dotykamy przedziwnego, światowego problemu: “Według
teorji względności istnieje między masą, energją i prędkością światła
związek dający się przedstawić rachunkiem. Prędkość światła (oznaczamy
ją jak zwyczajnie literą c) jest równa trzy razy dziesięć do potęgi
dziesiątej . Zatem c w kwadracie równa się 9 razy 10 do potęgi 20-ej
czyli okrągło 10 do potęgi 21-ej. Ten czynnik c2 gra tu
istotną rolę. Jeśli uwzględnimy w rachunku mechaniczny równoważnik
ciepła, otrzymujemy dla każdego grama 20 razy 10 do potęgi 12-ej czyli
okrągło 20 biljonów kaloryj.” Sens tego zwięzłego
fizykalnego twierdzenia i jego znaczenie dla praktyki życiowej
postaramy się objaśnić. Operuje ono niewielką ilością znaków cyfrowych
a obejmuje przytem ogrom świata, otwiera perspektywy o wszechświatowej
głębi!
Celem uproszczenia i uzmysłowienia
naszych wywodów zamiast bezgranicznego pojęcia substancji w ogólności
weźmy pod uwagę określoną substancję, powiedzmy: węgiel. Na pierwszy
rzut oka wydaje się to małoznaczne, gdy za temat weźmiemy:
“Gram węgla”.
Zobaczymy
zaraz co się mieści w tym jednym gramie węgla, jeśli spróbujemy owe
gołe cyfry wytłumaczyć obrazowo w związku z życiem. Próbowałem tego już
w tamtej rozmowie i byłem wdzięczny Einsteinowi, że zgodził się dla
łatwiejszego zrozumienia rozważania nasze ograniczyć do paliwa
najważniejszego ze względu na gospodarkę światową. Gdy w kwiecie swego
studenckiego wieku siedziałem u stóp Wilhelma Dove, zadziwił nas ów
sławny przyrodnik następującym wywodem: Jeśli człowiek przedsiębierze
wyprawę na najwyższą górę w Europie, wykonywa przy tem pracę, która
oceniona wedle jego miary przedstawia ogrom. Fizyk jednak uśmiechnie
się na to i powie po prostu: “Dwa funty węgla”. Przez to rozumie, że z
dwu funtów węgla można przy spaleniu uzyskać pracę wystarczającą, aby
ciężar dorosłego człowieka wydźwignąć na wysokość szczytu Mont-Blanc.
Zakładamy przy tem naturalnie idealnie skonstruowaną maszynę, zdolną
przemienić ciepło spalenia bez straty w pracę mechaniczną. Zapewne,
takiej maszyny niema, ale można ją sobie pomyśleć, jeśli wyobrazimy
sobie, iż wszystkie niedoskonałości ręki ludzkiej w tej maszynie są
wykluczone. To użyteczne ciepło wyraźmy w kalorjach. Kalorja jest to
ilość ciepła potrzebna do ogrzania jednostki masy wody o jeden stopień
Celsjusza. A prawo o równoważności pracy i ciepła orzeka, opierając się
na badaniach Carnota, Roberta Mayera i Clausiusa. Przez zużycie jednej
kalorji kilogramowej można wykonać pracę 425 kilogramów, to znaczy
podnieść 425 kilogramów o 1 metr albo jeden kilogram o 425 metrów. Dove
zatem przy tej ocenie postępował jeszcze bardzo skromnie, gdyż z dwu
funtów węgla można wytworzyć 8000 kaloryj kilogramowych, a więc
znacznie więcej niż potrzeba do owej wyprawy na Mont-Blanc. Jakżeby
jednak sam Dove się zdumiał, gdyby przeczuciem mógł ogarnąć obliczenia
dzisiejsze. Z kilku tysięcy urosło wiele biljonów, które musimy tu
wstawić chcąc wyrazić siły ukryte, nie dające się wydobyć żadnym
procesem palenia. Gdy Dove wykładał, Einstein jeszcze nie żył, a gdy
Einstein rozwinął swą teorję względności, Dove dawno już zszedł ze
świata a z nim ta skromna fizyczna ocena energji zawartej w materji.
Stosunek jej do obecnej wyogromnionej miary trudno ogarnąć myślą.
Byłoby już zawrotne dla myśli, gdyby nowoczesne obliczenie sięgało w
miljony. Musimy jednak myślą wkroczyć w rząd wartości biljonowych.
Według brzmienia zgłosek wymawia się to niemal jednakowo, ale miljon ma
się tak do biljona, jak przeciętna szerokość berlińskiej ulicy do
szerokości oceanu Atlantyckiego. Cóż więc znaczy Mont-Blanc? Trzebaby
go zastąpić szczytem o wysokości 80 miljonów kilometrów, a ponieważ
taka wysokość sięga daleko w przestrzeń wszechświata, można by
powiedzieć: Energją zawartą w jednym kilogramie węgla możnaby ciężar
człowieka cisnąć we wszechświat bezpowrotnie. Tylko że ta energja na
razie pozostaje wartością teoretyczną, której żadnym sposobem
technicznym w praktykę wprowadzić nie zdołamy. Atoli
nie możemy pozbyć się myśli o tem podobnie jak o prędkości światła, o
owem zdumiewającem c, które się wciska w najdrobniejszą grudkę
substancji jak wogóle we wszystko i wszędzie i we wszystkich
zdarzeniach i zjawiskach świata dzierży rolę regulującego czynnika.
Jest to w przyrodzie wielkość stała, która wśród wszelkich zmian
przewija się jako niezmienna w swej wartości 300 000 kilometrów na
sekundę i która w rzeczywistości ma to znaczenie, jakie poeta
przypisywał “nieruchomemu biegunowi wśród zmienności zjawisk”,
pojawiającemu się dla niego jako wytwór wyobraźni, nieosiągalny nigdy
dla umiejętności.Dla kogoś, kto nie jest namaszczony wszystkiemi
fizykalnemi esencjami aż do ostatniej kwintesencji, jest bardzo trudno
pojąć znaczenie stałej w przyrodzie, tem trudniej, gdy czuje się
zmuszonym wyobrazić sobie tę stałą zarazem jako stałową oś świata,
zbudowanego na zasadzie względności. Wszystko bez wyjątku nietylko
podlegać musi ciągłej zmianie, co zresztą stwierdził już Heraklit, jako
prawdę zasadniczą w swem zdaniu: “panta rhei”, “wszystko płynie” lecz
także zmienia się ze systemem odniesienia, ze stanowiskiem obserwatora
i to każdy pomiar długości i czasu, każdy ruch, każdy kształt i każda
figura tak, że aż do samego rdzenia wszelkich rozważań zniknąć musi
ostatnia resztka czegokolwiek absolutnego. A przy tem wszystkiem oto
absolutny despota, który nienaruszony przewija się przez wszystkie
zjawiska, prędkość światła, co do wymiaru wprawdzie skończone, w
działaniu swem jednak nieograniczone, potężne c, którego istotę określa
Einstein w jednej ze swych głównych zasad w r. 1905: “Każdy
promień światła w układzie nieruchomym porusza się z określoną,
niezmienną prędkością, niezależnie od tego, czy został wysłany przez
ciało nieruchome czy będące w ruchu”. A ta stałość wszechpotężnego c
nietylko zgadza się z względnością wszechświata, owszem ona tworzy
właśnie główny filar, dźwigający gmach tej nauki i im głębiej wnikniemy
w tę teorję, tem wyraźniej czujemy, że właśnie ona zapewnia
jednolitość, zwartość i niewzruszoność Einsteinowskiego układu świata.W
kostce węgla, od której wyszliśmy, występuje ona nawet w kwadracie, a z
tego mnożenia liczby 300 000 przez samą siebie wyrastają właśnie te
tysiące miljardów jednostek energii, które musimy przypisać tej
nieznacznej masie. Postarajmy się uzmysłowić ten ogrom jeszcze w inny
sposób z tem zastrzeżeniem, że Einstein sam osobiście, jak się wnet
dowiemy, tym naszym wybujałym oczekiwaniom nałoży silny hamulec.
Wyobraźmy sobie okręt najwyższej klasy n. p. dawniejszy
niemiecki “Imperator”, który rozwijał siłę większej liczby koni, niźli
ich ongiś posiadała cała pruska kawalerja. Ów “Imperator” zużywał do
codziennej jazdy zawartość dwu pociągów węglowych o maksymalnej liczbie
wagonów. Teraz zaś wiemy: zapomocą energji zawartej w jednym kilogramie
węgla, mógłby ten parowiec odbyć podróż z Hamburga do Nowego Jorku i to
z największą szybkością!Ten fakt brzmiący oszałamiająco i fantastycznie
a całkiem realny przytoczyłem wobec Einsteina celem usprawiedliwienia
poglądu, że w niem właśnie zawiera się na przyszłość zwrot w dziejach
świata i zbawienie ludzkości. Rozpływałem się rozgorączkowany tą utopją
w nieokiełznanych wybujałych nadziejach, wnet jednak spostrzegłem, że
miałem z tem mało powodzenia u Einsteina. Ku
swemu rozczarowaniu spostrzegłem, że dla tej sprawy opierającej się na
jego własnej pełnej obietnic teorji, Einstein nie okazywał wcale
żywszego zainteresowania. I uprzedzając zakończenie, pragnę stwierdzić,
że jego przeciwargumenty dość były silne, aby nietylko zmniejszyć me
przesadne nadzieje, ale w samym zarodku zniszczyć.
Przedewszystkiem
Einstein stwierdził: “Obecnie niema najmniejszych wskazówek, czy i
kiedy będzie można osiągnąć wyzyskanie tej energji. To bowiem
pociągnęłoby za sobą “wymuszony rozpad atomu”, “zniszczenie” atomu
sprawione ręką ludzką a do dziś niema najmniejszych oznak możebności
czegoś podobnego. Rozpadanie się atomu możemy tylko
obserwować, o ile natura sama nam je nastręcza, jak u radu, którego
promieniotwórczość polega na ciągłym i wybuchowym rozkładzie jego
atomów. Atoli możemy tylko stwierdzić ten proces, lecz nie możemy go
wywołać i przy dzisiejszym stanie nauki jest zdaje się rzeczą niemal
wykluczoną, abyśmy kiedykolwiek ten cel osiągnęli. Jeśli możemy z masy
węglowej wydobyć pewną ilość kaloryj, a tem samem ilość użytecznej
pracy, musimy sobie zdać sprawę, że spalenie jest tylko procesem
molekularnym, pewną przebudową konstrukcji, która pozostawia atomy
będące składnikami drobin, zupełnie nienaruszone. Przy łączeniu się
węgla z tlenem pozostaje atom, ta elementarna cegiełka, całkowicie
niezmieniony. Ów rachunek: “masa razy kwadrat prędkości światła”,
mógłby doprowadzić do technicznego pożytku, gdybyśmy zdołali nadwerężyć
wewnętrzną budowę atomu. Lecz obecnie – jak już powiedziano – niema
najmniejszych ku temu widoków. Atoli można sobie wyobrazić, że temu
pierwszemu argumentowi, za którym nieco niżej nastąpią inne równie
ważne, dałyby się przeciwstawić kontrargumenty z historji techniki. Bo
w istocie ścisła nauka nie jedno ogłosiła za niemożliwe, co potem w
technice okazało się wykonalne, i to tak wykonalne, że dziś wydaje się
nam rzeczą powszednią i oczywistą. Werner Siemens
uważał za wykluczone, aby za pomocą aparatu cięższego od powietrza
można było uprawiać awiatykę, a Helmholtz dowiódł niemożebności jej
matematycznie. W historji początków koleji żelaznej akademickie
“niepodobna” gra dużą rolę, a Stephenson jak i Riggenbach (twórca
koleji górskiej) mieli nie mało trudu, by wynalazki swe doprowadzić do
skutku wbrew diagnozie, pomawiającej ich o szaleństwo. Znany fizyk
Babinet uzbroił się w swój matematyczny rynsztunek, aby dowieść
niemożliwości kabla telegraficznego między Europą i Ameryką. Filip
Reis, wynalazca telefonu, rozbił się o “niepodobna” bogatszego w wiedzę
fizyczną Poggendorffa a nawet wtedy, gdy w Bostonie funkcjonował już w
praktyce telefon Grahama Bella (1876), z tej strony oceanu ciągle
jeszcze rozlegało się “niepodobna”, oparte na naukowych podstawach.Ba –
trzeba dodać, że równoważnik termodynamiczny Roberta Mayera, tkwiący w
naszym biljonowym rachunku, jako zasadniczy czynnik mierniczy, zrazu
musiał również przezwyciężać gwałtowny opór wybitnych uczonych.
Wyobraźmy sobie stan umysłu ludzkiego przed jakiemkolwiek zastosowaniem maszyn
i znanem nam doskonale użyciem węgla do wytwarzania pracy. Już wówczas
mógłby daleko przewidujący badacz odnaleść na drodze czysto
teoretycznej owe 8000 kaloryj i ich przemianę w użyteczną pracę. Byłby
to może inaczej wyraził, uzyskał inne wyniki liczebne, ale być może
doszedłby do rezultatu, że mamy tu do czynienia z wirtualną
możebnością, która niestety musi pozostać wirtualną, gdyż nie posiadamy
środka, aby ją zamienić w rzeczywistość. I przy całej bystrości w
przewidywaniu pozostałaby dla niego idea nowoczesnej dynamomaszyny albo
też okrętu turbinowego po prostu nieuchwytną. Co
więcej możemy nawet przedstawić sobie człowieka archaicznej epoki a
czasów dyluwium, który zdołałby przeczuć jakiś związek między polanem
drzewa a ciepłem słońca, ale użytku ognia jeszcze nie zna; mógłby on z
pierwotną logiką wnioskować: Nie uda się to nigdy i nie może się udać,
iżby z tego kawałka drzewa wydobyć coś grzejącego na kształt słońca. Sądzę
więc, że mamy słuszny powód zakreślać granice możliwości znacznie
dalej, niż na to pozwala współczesny stan wiedzy. Stosunek tych
możebności do bezwzględnej niemożliwości jest taki jak Leibnitzowskich
“vérités de fait” do “vérités éternelles”. Że nigdy nie zdołamy
skonstruować płaskiego równoramiennego trójkąta z nierównemi kątami
podstawowemi, to jest vérité éternelle. Natomiast jest tylko vérités de
fait, że nauka nie potrafi uczynić człowieka za życia nieśmiertelnym.
To jest tylko w najwyższym stopniu nieprawdopodobne, bo fakt, że dotąd
wszyscy ludzie pomarli, dostarcza tylko ograniczonego materjału
dowodowego. Znany z logiki szkolnej Cajus niekoniecznie musi umrzeć, do
niego stosuje się raczej tylko prawdopodobieństwo n / (n+1), w czem n
oznacza liczbę wszystkich zmarłych dotąd osób. Jeśli
zapytam dziś kogoś z powag w biologji lub medycynie, jakie są dane, że
jednostka może być stale uchronioną od śmierci ot mi wyzna, że niema
ich wcale. Mimoto Helmholtz twierdził: “Każdemu, który przeciw mnie
będzie utrzymywał, że przy użyciu pewnych środków życie człowieka da
się zachować przez czas nieograniczony, mogę wprawdzie przedstawić
niedowierzanie w najwyższym stopniu, ale nie mogę przeciwstawić
absolutnego zaprzeczenia”.
Einstein sam
we własnej osobie wskazał mi raz na podobne odległe możliwości i to
przy następującej sposobności. Jest wprawdzie rzeczą wprost niemożliwą,
ażeby masa w ruchu osiągnęła szybkość przekraczającą prędkość światła.
Jednakże da się pomyśleć, a więc leży w granicach możliwości, że
człowiek kiedyś zdoła dokonać wzlotu w przestrzeń wszechświata aż do
najodleglejszych ciał niebieskich.
Niema
więc absolutnej sprzeczności w wyobrażeniu o technicznem rozwiązaniu
problemu owych biljonów kalorji. Jeśli zaś jest to sprawa podlegająca
dyskusji, to zdążamy ku wyjaśnieniu, coby znaczyło rozwiązanie tego
problemu. W istocie natknęliśmy się na to pytanie i znaleźliśmy drogę
do bardzo radykalnej odpowiedzi w rozprawie, którą napisał Fryderyk
Siemens o węglu w sposób ogólny lecz bez jakichkolwiek rzutów oka w
przyszłość.
Sądziłem, że ta rozprawa daje
mi w rękę bardzo silny atut, wnet jednak wobec umotywowanego sprzeciwu
Einsteina zrozumiałem, że nic z nią nie wygram.
Niemniej
przeto warto zastanowić się chwilę nad temi wywodami. Fryderyk Siemens
posługuje się mianowicie motywami zasadniczemi, rzekomo naukowo
ugruntowanemi a tem samem mającemi pretensję do bezwzględnej pewności:
“Węgiel jest miarą wszechrzeczy. Cena każdego produktu przedstawia
wartość węgla w nim zawartego.” Ponieważ wszystkie wartości w
krajach mających przeludnienie powstały przez pracę a warunkiem pracy
jest węgiel, przeto kapitał jest równoznaczny z węglem. Wartość każdego
przedmiotu stanowi zbiór węgla, który musiał być użyty do wytworzenia
tego przedmiotu. W państwie z przeludnieniem jest płaca wartością węgla
potrzebnego do utrzymania przy życiu pracownika. Jeśli braknie węgla,
płaca traci na wartości, a gdy nie ma wcale węgla, to płaca niema w
ogóle żadnej wartości, choćby wyrażała się nawet w bardzo dużej kwocie
pieniądza papierowego. Skoro rolnictwo potrzebuje węgla a tak jest,
jeśli jest intenzywne (skazane na użycie koleji, maszyn, sztucznych
nawozów) to w pokarmach tkwi węgiel. Podobnie tkwi węgiel w ubraniu i mieszkaniu dzięki uprzemysłowieniu.
Ponieważ
pieniądz jest węglem, jest więc prawidłowa gospodarka finansowa zarazem
prawidłową gospodarką węglową a nasza waluta jest koniec końcem walutą
węglową; złoto jako pieniądz jest koncentracją węgla.
Ten
naród okazuje największy postęp, który z kilograma węgla wydobył dla
siebie najobfitsze środki do życia. Mądrość państwowa jest mądrością
węglową. Albo jak to gdzieindziej wyrażono: “Trzeba myśleć pod znakiem
węgla.” Omawialiśmy te zasady i okazało się, że Einstein
uznawał wprawdzie przesłanki głównej zasady, odczuwał jednak brak
logiki we wnioskach. W szczególności wykazał, że myśl Siemensa obraca
się w błędnem kole i tym sposobem na skutek petitio principii dochodzi
do jednostronnego i błędnego wniosku. Istotną wartością – mówił on –
jest i pozostanie siła ludzka, którą w takich rozważaniach musimy
przyjąć za podstawową; i tylko tyle można z korzyścią oszczędzić, o ile
siła ludzka, użyta do wydobycia węgla, może być oswobodzoną do innych
celów. Jeśli się uda z kilograma węgla wydobyć wyższy odsetek
użytecznej pracy, to da się on na miarę wyrazić siłą ludzką, która w
procesie wydobywania węgla pozostaje wolną i może być użyta do pracy w
innym kierunku. Gdyby twierdzenie, że węgiel jest miarą wszechrzeczy,
było bezwzględnie słuszne, musiałyby w każdym poszczególnym wypadku
wytrzymywać próbę. Wystarczy jednak ująć je ściśle w szczegółach, aby
poznać, że odmawia ono usług. Naprzykład Einstein tak powiada: choćby
niewiem ile i jak umiejętnie użytego węgla nie potrafi wytworzyć
bawełny. Zapewne transport bawełny mógłby potanieć, ale nigdy nie może
w cenie bawełny zniknąć ten czynnik wartości, który przedstawia siła
ludzka.Co najwyżej należy przyznać, objaśniał Einstein, że przez
podwyższenie stopnia wyzyskania energji węglowej istnieć by mogło
więcej ludzi, niż to dziś jest możliwe, że więc granica przeludnienia
mogłaby się dalej przesunąć. “Ale z tego wcale nie można wnioskować, że
to byłoby szczęściem dla ludzkości. Maximum nie jest wcale optimum! Kto
ogłasza maximum jako najwyższą miarę dobra, postępuje tak jak ktoś, kto
w atmosferze ocenia wartość oddechową gazów i dochodzi do wniosku: azot
jest w powietrzu szkodliwy, podwójmy więc w nim zawartość tlenu a
oddamy przez to ludzkości wielkie dobrodziejstwo. * Uzbroiwszy
się w to oczywiste porównanie, można poddać za nowo badaniu samą zasadę
Siemensowskiego twierdzenia a przekonamy się, że już w premissach tkwi
coś z petitio principii, co w końcu znajduje swój wyraz w jednostronnem
twierdzeniu: “Węgiel jest wszystkiem”. Pozornie jakby
budowane z ciosów wznosi się przed nami to pierwsze twierdzenie: węgiel
jest energją słońca – aż dotąd bez zarzutu. Gdyż wszystkie zapasy
węgla, drzemiące w ziemi, były ongiś wspaniałemi roślinami, gęstemi
lasami paproci, które zgniecione brzemieniem miljonów lat zaoszczędziły
dla nas to, co przedtem jako pożywienie wchłonęły z promieniowania
słonecznego. Bezwarunkowo zgodną może być teza równoległa: Na początku
nie było słowo, ani czyn, na początku było słońce. Energja przesłana
ziemi ze słońca jest dla człowieka jedynym nieodzownym warunkiem czynu.
Czyn to praca, a praca zapewnia życie. Ale wnet popadamy w
nieuzasadnione rozdwojenie myśli, gdy autor twierdzi następnie: “ ...
Węgiel jest energją słoneczną, a więc węgiel jest konieczny, aby można
było pracować ...” i tu jest logiczny błąd; to zwycięskie “ergo” ma
dziurę. Wszakże bowiem i poza ejergją nagromadzoną w węglu oblewa nas
ciepło macierzystej gwiazdy i darzy nas możnością pracy. Wniosek
Siemensa, biorąc rzecz logicznie, brzmi jak twierdzenie: grafit jest
energią słoneczną a więc grafit jest konieczny, aby można pracować.
Twierdzenie
właściwe tak brzmieć powinno: węgiel jest wśród dzisiejszych warunków
życiowych najważniejszym ale nie wyłącznym żywiołem ludzkiej pracy. Jeśli
nadto wygłosimy naukę ekonomji: “W państwie społecznem gra rolę tylko
niezbędna ludzka praca i to zapotrzebowanie energji, do wytworzenia
której potrzebny jest węgiel a więc znów praca”, to przez to wcale nie
twierdzimy, jak zdaje się mniemać Siemens, że z pracy można wytworzyć
węgiel. Atoli stwierdzamy, że nie każdą z energji słonecznej wynikłą
pracę można oprzeć na prostym rachunku węglowym. I odpowiada to
mniemaniu Einsteina, które nabiera tu tem większego znaczenia, iż jego
własna nauka wykazuje na najwyższy efekt energetyczny, jakkolwiek tylko
teoretycznie.* W każdym razie jest rzeczą pewną,
że każde podniesienie efektu energetycznego z kilograma węgla
oznaczałoby dla nas ulżenie ciężaru życiowego, chodzi tylko o to, w
jakich granicach.
Przedewszystkiem czy
technika ze swemi dziś dającemi się przewidzieć możebnościami może w
ogólności dać nam jaką gwarancję na przyszłość? Czy zdoła ona tak
zwiększyć wyzyskanie energji, że będziemy mogli ze spokojem polegać na
skarbach czarnych djamentów, drzemiących we wnętrzu ziemi? Najwidoczniej,
że nie. Bo tu mamy do czynienia z zasobami dającemi się w przybliżeniu
ocenić. Jeśli nawet dobędziemy z kilograma potrójną, ba
dziesięciokrotną ilość użytecznych kaloryj, nasuwa się mimoto
złowróżbny rachunek z przepowiednią, że cała ta wspaniałość się
skończy! Wśród wszystkich utrapień z braku węgla, któreśmy przeżyli,
mogliśmy się przecież jeszcze pocieszać myślą, że jest go właściwie
dosyć, i że należy tylko przezwyciężyć niedomagania. Istotnie w
Niemczech od założenia cesarstwa aż do wojny światowej wzrastała
produkcja węgla bezustannie i można było wyliczyć, że mimo gwałtownego
ubytku zawsze jeszcze w niemieckich skarbnicach węglowych spoczywają
złoża wartości dwu tysięcy miljardów licząc markę po kursie złota.
Mimoto przepowiadają nam geologowie i fachowcy górnictwa, że cały zapas
w Niemczech nie wystarczy na dłużej jak na dwa tysiące lat, Anglja
upora się ze swemi zapasami w 700, Francja w 500 latach. Nawet gdy
przypuścimy możliwość odkrycia nowych pól węglowych w innych częściach
świata, nie możemy przeoczyć faktu, że słońce w dawnych lasach paproci
nagromadziło zapasy ograniczone i dające się wyczerpać, tak że ludzkość
po kilku tysiącach lat stanie wobec całkowitego braku węgla. Jeśli
więc węgiel jest miarą wszechrzeczy i możliwość życia opiera się
wyłącznie na węglu, to musielibyśmy oczekiwać, że nasi prawnukowie
nietylko popadną napowrót w stan barbarzyństwa, ale wprost dojdą do
punktu zerowego istnienia. I nie potrzeba myśleć o śmierci wszechświata
z powodu entropji, gdyż właśnie nieskończenie bliższa śmierć na
ziemskiej planecie wyszczerza ku nam oblicze. W tym punkcie
rozważań odsłonił Einstein horyzonty odpowiadające zupełnie jego
zasadniczemu mniemaniu, iż całe to założenie o węglu nie da się
utrzymać. Nie jest bowiem wcale utopją, że technika umiejętna znajdzie
jeszcze zupełnie inne drogi do wydobycia zasobów energji, czy to wprost
z promieniowania słońca, czy z ruchu wody, czy z przypływu oceanów, ze
zbiorników energji w naturze, wśród których istniejący zapas węgla jest
tylko jednym z basenów. Od początku gospodarki węglowej spożywaliśmy
tylko nadwyżki prastarego kapitału, który leżał zamurowany w
skarbnicach ziemi. Prawdopodobnie są odsetki obecnego kapitału energji
o wiele większe niśli wszystko, co możemy dobyć z depozytu dawnych
epok. Do oceny tego aktualnego a od węgla całkowicie niezależnego
kapitału niech nam posłużą następujące daty: Weźmy pod uwagę zupełnie
drobną żyłę wodną, wprost zero w gospodarce wodnej ziemi, wodospad Renu
przy Schaffhausen, który widzowi wydaje się wprawdzie potężnym lecz
tylko dlatego, że przykłada doń nie planetarną a turystyczną miarę. Ale
nawet ten drobiazg w gospodarstwie przyrody przedstawia dla nas wcale
znaczne źródło użytecznej energji: 200 metrów kubicznych wody,
spadającej z terasy wysokiej na 20 metrów, dają zasób 67 000 koni
parowych, czyli 50 000 kilowatów. Sama ta kaskada zdołałaby zasilić
pełnem światłem miljon pięćdziesięcioświecowych żarówek a według
dzisiejszej taryfy należałoby opłacać za to ca najmniej 70 000 marek za
godzinę. Dla wyznawcy węgla będzie jeszcze
bardziej uderzającym w oczy inny rachunek: wodospad Renu przy
Schaffhausen jest wartością równoważny kopalni, dostarczającej dziennie
145 ton najprzedniejszego węgla brunatnego. Jeśli zamiast niego
weźmiemy wodospad Niagary, to należałoby te rezultaty pomnożyć jeszcze
przez 80.
A jakiegoż mnożnika trzebaby
użyć, aby objąć oceną energję, którą ziemia, oddychając, przewala wokół
siebie we formie przypływów i odpływów! Astronom Bessel i fizyk-filozof
Fechner próbowali raz doszukać się w tych trzech procesach śladu
jakiegoś poglądowego porównania. Przy największej egipskiej piramidzie
miało 360 000 ludzi przez 20 lat pełną robotę, tymczasem objętość jej
wynosi około jednej miljonowej mili kubicznej; być może, że wszystko,
co człowiek swemi siłami i wszystkiemi rozporządzalnemi środkami
poruszył z miejsca od potopu aż do dziś, nie wynosi jeszcze całej
kubicznej mili; gdy przeciwnie podczas przypływu co ćwierć doby około
200 mil kubicznych wody z jednej ćwierci okręgu ziemskiego przewala się
na drugi. Stąd jest widoczne, że wszystkie kopalnie ziemi mogłyby nam
być zupełnie obojętne, gdyby nam się udało z tego tętna ziemi wyzyskać
choćby małą cząstkę dla naszych zakładów przemysłowych. Jeśli jednak
mamy się ograniczyć do węgla, to wyobraźnia tem silniej czepia się tych
ogromów, które nam teorja względności nasunęła przed oczy pod postacią
wyrażenia: mc2.. .I nie możemy pozbyć się myśli o
owych 20 biljonach kaloryj, tkwiących w każdym kilogramie węgla. A
chociaż Einstein stwierdza, że niema najmniejszych na to oznak, byśmy
je kiedykolwiek wyzyskali, ulegamy nieposkromionemu popędowi, gdy
wyobrażamy sobie znaczenie wypadku, iżby się nam to udało. W duszy
naszej budzą się obrazy Hezjoda, Aratusa i Ovida, owych przemian wieków
od złotego do żelaznego, i chętnie pragnęlibyśmy przenieść się myślą
śladem dalszej cyklicznej przemiany, aby z niewoli wieku żelaznego i
węglowego napowrót szukać zbawienia w nowym wieku złotym. Zapasami
gromadzonemi w pierwszej lepszej miejskiej składnicy możnaby cały świat
zaopatrzyć na czas niemal nieograniczony. Wszystkie
nędze gospodarstwa domowego, przemysłu maszynowego, mechanicznej
produkcji towarów musiałyby zniknąć, wszystkie siły ludzkie,
zaprzągnięte do produkcji węgla, oswobodziłyby się dla rolnictwa,
wszystkie koleje i okręty kursowałyby niemal bez kosztów, przez
ludzkość przepłynęłaby niepowstrzymana fala szczęścia. Koniec nędzom
węglowym, transportowym, aprowizacyjnym! Moglibyśmy wreszcie z mozołu i
upalenia dnia roboczego wznieść się ku jasnym sferom, gdzie czekają nas
prawdziwe wartości życia. Zbyt ponętnie brzmi ów fizyczny śpiew syreni
nastrojony na wysokie “C” z szybkością światła w drugiej potędze, którą
poznaliśmy jako czynnik utajonej energji. Ale nic
z tego! Bo Einstein, któremu zawdzięczamy tę obiecującą cuda formułę,
nie tylko zaprzecza możliwości praktycznego jej zużytkowania, lecz
nadto wprowadza w szranki jeszcze inny argument, który nas odrazu może
strącić z nieba. Przypuśćmy bowiem – mówił do mnie – że byłoby rzeczą
możliwą wywiązać owe olbrzymie zasoby energji, to nastałby dla nas
wiek, wobec którego obecny wiek czarnego węgla trzebaby było wielbić
jak złoty.
I niestety jest
rzeczą konieczną przyjąć ten sposób myślenia, gdyż na dnie jego tkwi
owa prastara mądrość: meden agan, ne quid nimis, nic nad miarę. Co do
naszego przypadku, to taki bezmiar wyzwolonej energji wcaleby nie
przyniósł pożytku, owszem sprowadziłby zniszczenie. Proces palenia się,
o którym była mowa, nasuwa sam przez się obraz pieca, który jest
uzmysłowieniem ogólnej pracy przemysłowej. A przecież nie należy pieca
opalać dynamitem. Gdybyśmy doszli do techniki omawianego
rodzaju, to przypuszczalnie nie byłoby możliwości jakiegokolwiek
działania regulującego. Jest rzeczą ułudną mówić, że chcemy tylko pewną
część owych 20 biljonów kaloryj wyzyskać i bylibyśmy bardzo radzi,
gdybyśmy zdołali owe 8000 kaloryj dnia dzisiejszego powiększyć
stokrotnie. Nie – gdy bowiem – co niepodobna – rozetrzemy atomy,
wówczas prawdopodobnie owe biljony wypadną na nas bez hamulca. Do
takiego zadania ludzkość by nie dorosła, może nawet nie wytrzymałby ten
stały grunt, na którym stoimy.Żaden wynalazek nie pozostaje wyłączną
własnością niewielu osób. Gdyby nawet ostrożny technik zdołał
zużytkować energję dobytą z atomów jako środek opałowy lub popędowy,
mógłby pierwszy lepszy niepowołany małą ilością materii wysadzić w
powietrze całe miasto. I pierwszy lepszy mizantrop, samobójca,
któremuby przyszła chętka, by wszystkie atomy na ogromnym obszarze w
pył zmienić, o ileby zechciał, mógłby to uskutecznić. Wszelkie
bombardowania od czasów wynalazku broni palnej razem wzięte byłyby
niewinną dziecinną zabawką wobec skutków zniszczenia, któreby można
wyrządzić kilku wiaderkami węgla. Widzimy czasem,
iż na niebie gwiazdy nagle rozbłyskają i na nowo nikną, i wnioskujemy z
tego o jakiejś katastrofie światów. Wyjaśnianie, czy to eksplozja
wodoru czy zderzenie dwu ciał jest niepewne. Można więc przyjąć, że tam
w przestrzeniach wszechświata zdarza się coś, co mógłby naśladować
złośliwy mieszkaniec ziemi, posiadłszy technikę rozbijania atomów.
O
ile wyobraźnia ludzka w każdym razie wystarcza do odmalowania
błogosławieństwa owego wyswobodzenia energji, o tyle całkowicie
odmówiłaby usług przed tem katastrofalnem jej działaniem. Einstein
otworzył wobec mnie uczone dzieło zurychskiego fizyka i matematyka
Weyla i wskazał mi ustęp, traktujący o takiem nieokiełznanem
wyswobodzeniu energji. Był ów ustęp, o ile mi się zdaje, nastrojony na
ton strzelistej modlitwy: Oby niebo zachowało ludzkość od podobnych sil
eksplozyjnych!Możnaby snuć przeróżne porównania, wszystkie pod znakiem
tymczasowej niemożliwości. Możnaby pomyśleć, iż procesem chemicznym
dotychczas jeszcze nieznanym da się wytwarzać alkohol tak obficie i
tanio dla każdego jak woda do picia. Skończyłby się brak napojów
alkoholowych i dla setek tysięcy ludzi mielibyśmy zapewnione delirium
tremens. Katastrofa w tym przypadku przeważałaby na d wszystkiem, jednakże nie byłaby ona nieuniknioną, bo chociaż trudno, można przecież wyobrazić sobie środki zaradcze. Technika
wojenna mogłaby wytwarzać broń działającą na odległość, któraby
umożliwiała małej garstce awanturników pokonać mocarstwo. Możnaby temu
rozumowaniu zarzucić, że rzecz się ma także vice versa. Mimo to jest
rzeczą pewną, że taka broń na odległość zrujnowałaby prawdopodobnie
cywilizację. Nadzieja miałaby tu ostatnie wyjście w oczekiwaniu, iż w
przyszłości zapanuje podniesiona nad wszystko moralność, którą
optymista może sobie wyobrazić jako siłę wyższą.Tylko przeciw dwu
wynalazkom nie byłoby środka, które zresztą oznaczałyby tryumf ducha:
pierwszym to byłoby rozpowszechnienie odgadywania myśli, którem
zajmował się już Kant pod nazwą: “Głośne myślenie”. Co obecnie
występuje jako rzadka i bardzo niedoskonała sztuka telepatji, mogłoby
doznać udoskonalenia i rozpowszechnienia w sposób, który Kant uważa
bądź co bądź za możliwy na jakiejś odległej planecie. Stosunek wzajemny
ludzi nie mógłb y sprostać temu wynalazkowi i musielibyśmy być aniołami, aby go przeżyć choć o jeden dzień. Drugim wynalazkiem byłoby rozwiązanie problemu owego mc 2,
który nazywam tylko dlatego problemem, go nie znajduję innego
wyrażenia; dla Einsteina rzecz ta jest tak mało problemem, że dopiero w
mej obecności zaczął rachunek, ażeby wzór algebraiczny zamienić w
liczby. Dla nas innych synów ziemi może z tego narodzić się utopja,
krótki szał radości z następnym zimnym tuszem. Einstein wznosi się
ponad to jako czysty badacz, którego obchodzi fakt naukowy i który już
przy pierwszym zarodzie tego poznania bierze w obronę jego teoretyczne
znaczenie wbrew wszelkim praktycznym zastosowaniom. Gdy ktoś inny chce
wytłoczyć fantastyczny liść pozłótki z tego, co on składa jako fizyczne
złote ziarnko, Einstein pozostawia mu całą rozkosz tego myślowego
eksperymentu. Bo do rysów charakterystycznych jego istoty należy
tolerancja. Jeden z najdzielniejszych heroldów
nowej nauki, A. Pflüger, poruszył podobny przedmiot w rozprawie swej:
“Zasada względności”. Słyszałem pochwały Einsteina o tem piśmie i
zwróciłem uwagę, że autor możliwości wzoru mc2 inaczej
ocenia, niż sam Einstein. Rozprawa ta tak się wyraża o widokach jego
możliwego praktycznego zużytkowania: “Po stu latach pomówimy o tej
kwestji na nowo”. Krótki termin, którego jednak nikt z nas nie dożyje.
Einstein uśmiechnął się nad tą stuletnią pauzą i powtórzył tylko:
“Bardzo dobra rozprawa!” Nie jestem powołany temu zaprzeczać. A co do
prognozy przyszłości, to będzie może dla ludzkości rzeczą najlepszą,
gdy okaże się fałszywą. Jeśli owo optimum jest dla ludzkości
niedoścignione, to zarazem zostanie jej zaoszczędzone przynajmniej to
najgorsze, któreby na nią spadło przez sprawdzenie się owej
przepowiedni.
* * *
W
kilka miesięcy po spisaniu tych wywodów świat znalazł się wobec nowego
naukowego zdarzenia. Oto angielskiemu fizykowi Rutherfordowi udało się
rzeczywiście jako wynik jego planów i rozważań rozszczepić atomy. Gdy
zapytałem Einsteina o doniosłość tego czynu doświadczalnego, oświadczył
mi ze zwykłą swobodą będącą ozdobą jego charakteru, że obecnie ma
powody do zmiany swego świeżo wygłoszonego poglądu w pewnej mierze. Nie
należy przez to rozumieć, jakoby już widział w niedalekiej przyszłości
ziszczenie nieograniczonego wyzyskania energji. Dał atoli do poznania,
że jesteśmy w zaczątkach nowego postępu, który może kiedyś odsłoni nowe
drogi także dla techniki. W każdym razie należy naukowe znaczenie tych
nowych doświadczeń nad atomami postawić bardzo wysoko. W
zabiegach Rutherforda problem jest traktowany podobnie jak twierdza:
wystawia ją na bombardowanie i usiłuje wystrzelić wyłom. Twierdza jest
jeszcze zapewne daleka od kapitulacji, ale pojawiły się już pewne
oznaki zniszczenia. Pod gradem pocisków wystąpiły dziury, pęknięcia i
drzazgi. Pociskami rzucanemi przez Rutherforda są promieniotwórcze
cząsti alfa, których szybkość zbliża się do dwu trzecich prędkości
światła. Dzięki właśnie swej olbrzymiej
gwałtowności sprawiły one pewne uszkodzenia u atomów zamkniętych w
rurkach próżniowych. Atomy azotu ulegały niewątpliwie rozbiciu. Ile
przy tym wyswobadza się energji, jest jeszcze zupełnie nieznane. Wogóle
ten rozpad atomu rozmyślnie sprowadzony daje się stwierdzić tylko
zapomocą najsubtelniejszych badań.
Dla
praktyki niema więc z tego jeszcze żadnych skutków prócz zwiększenia
nadziei. Jeszcze jest łokieć dłuższy , niż kram. Bo siły użyte do
osiągnięcia celu przez angielskiego badacza są stosunkowo bardzo
znaczne. Otrzymywał je z grama radu zdolnego do wytwarzania wielu
miljardów kaloryj gramowych, podczas gdy, praktycznie biorąc, rezultat
końcowy w eksperymencie Rutherforda był tak mały, iż niedostępny dla
pomiaru. Atoli nauka obecnie już ustaliła, że można atomy wedle woli
rozbijać a w następstwie upada owa powyżej traktowana przeszkoda
zasadnicza.
Nadzieja wzrasta także
jeszcze z innego względu. Wolno pomyśleć, że w pewnych warunkach
przyroda sama automatycznie prowadzić będzie dalej rozpad atomu, skoro
człowiek celowo wedle planu to dzieło rozpocznie, na podobieństwo
pożaru, który się rozszerza, choć celowem przygotowaniem do niego była
tylko iskra.
Jako wynik uboczny podobnych
badań w przyszłości mogłaby się udać przemiana ołowiu w złoto;
możebność takiej przemiany pierwiastków wiąże się właśnie z
poprzedniemi wywodami mającemi za przedmiot rozpad atomu i oswobodzenie
energji. Droga tego rozpadu do radu do ołowiu już dziś daje się
przewidzieć. Jest atoli wątpliwem, czy ludzkość miałaby powód do
wznoszenia hymnów dziękczynnych za przedłużenie tej linji od ołowiu do
szlachetnego kruszcu.
Bo właśnie to
pojęcie czegoś szlachetnego rozpłynęłoby się w rękach. Złoto z ołowiu
nie oznacza podniesienia wartości pospolitego metalu, przeciwnie
oznacza pozbawienie złota wartości a świata tej miary wartości, która
istnieje od początków kultury. I najbystrzejszy wzrok ekonomisty nie
wystarczy, aby ocenić skutki takiego przewrotu na rynku światowym.
Głównym
produktem pozostałoby naturalnie wydobywanie energji i w tym kierunku
można sobie bujać myślą nastrojoną optymistycznie czy katastrofalnie.
Nieprzezwyciężona granica “niepodobnie” nie istnieje. Cudowna sezamowa
formuła Einsteina “masa razy kwadrat prędkości światła” puka gwałtownie
do bram przyszłości. Pewna zaś stara sentencja zyskuje dla ludzkości nowe znaczenie: “Nie należy nigdy mówić: nigdy! _______________
{mos_sb_discuss:6}
|