Menu witryny
Start
O nas
Regulamin
Poradnictwo
Ankieta
Warsztaty
Ogłoszenia
Artykuły
Galeria
Linki
Archiwum
Kontakt
Szukaj
Logowanie

Kalendarium
4 lutego 2012 r. :
* Podobnie jak wiadomym jest, że odbicie twarzy widać w zależności od lustra, lecz nie istnieje ono jako twarz, również pojęcie "ja" istnieje w zależności od ciała i umysłu; jednak podobnie jak odbicie w lustrze, "ja" nie jest rzeczywiste samo w sobie. [Nagardżuna, Bezcenna girlanda rad]
Gościmy
Odwiedza nas 31 gości

 

Start arrow Artykuły arrow Witryna literacka arrow Rozmowy z Einsteinem 2
Rozmowy z Einsteinem 2 | Drukuj |  Email
Redaktor: Aleksander Moszkowski   

 

O naszej sile.

 

Siły użyteczne i utajone. – Związki między masą, energją i prędkością światła. – Wydobycie energji przez spalanie. – Gram węgla. – Niewyzyskane kalorje. – Gospodarka węglowa. – Nadzieje i obawy. – Rozbite atomy.

 

 

 

ImageMówiliśmy o siłach stojących do rozporządzenia człowieka, które wydobywa z przyrody jako konieczny warunek swego istnienia i wszelkich form życia. Jakiemi źródłami energji możemy rozporządzać? Czy można mieć nadzieję, że te środki dadzą się wydatnie zwiększyć? Einstein objaśniał przedewszystkiem pojęcie energji, pozostające w najściślejszym związku z pojęciem masy. Każdy zasób substancji duży czy mały – że tak rzecz przedstawię – może być uważany za spiżarnię energji i jest w gruncie rzeczy z energją identyczny. Co naszym zmysłom i naszemu umysłowi przedstawia się jako widzialna i dotykalna masa, jako przedmiotowe ciało, w stosunku do którego my w swej własnej cielesności przeżywamy pojęciowo i czuciowo wrażenie wyraźnej odrębności, jest w pojęciu fizycznem zbiorowiskiem różnych rodzajów energji, które już to działają bezpośrednio, już to we formie napięć wiodą żywot utajony, ukryty i zaczynają dla nas dopiero wtedy objawiać swe działanie, gdy zapomocą jakiegokolwiek mechanicznego lub chemicznego procesu wyzwolimy je ze stanu napięcia; gdy nam się uda energję potencjalną zamienić w kinetyczną. Możnaby powiedzieć, że w pojęciu fizycznem mamy tu obraz tego, co Kant nazwał “Das ding an sich”, “rzecz sama w sobie”. Poprostu rzecz w swej zwyczajnej zmysłowej postaci składa się z sumy naszych bezpośrednich wrażeń, działa przez kształt, barwę, dźwięk, nacisk, uderzenie, temperaturę, ruch, zachowanie się chemiczne – rzecz sama w sobie jest sumą jego całkowitej energji, w której energja nagromadzona w sposób utajony i niedostępna dla naszej praktyki niezmiernie przeważa.
Ale ta rzecz sama w sobie, jak ją tu będziemy mianowali nazwą o metafizycznem brzmieniu, daje się obliczyć a możebność tego obliczenia tkwi, jak wiele innych dawniej nieprzeczuwanych rzeczy, w Einsteinowskiej teorji względności.

Einstein wyraził się zrazu zupełnie rzeczowo, nie dając wcale do poznania, że tu dotykamy przedziwnego, światowego problemu:

“Według teorji względności istnieje między masą, energją i prędkością światła związek dający się przedstawić rachunkiem. Prędkość światła (oznaczamy ją jak zwyczajnie literą c) jest równa trzy razy dziesięć do potęgi dziesiątej . Zatem c w kwadracie równa się 9 razy 10 do potęgi 20-ej czyli okrągło 10 do potęgi 21-ej. Ten czynnik c2 gra tu istotną rolę. Jeśli uwzględnimy w rachunku mechaniczny równoważnik ciepła, otrzymujemy dla każdego grama 20 razy 10 do potęgi 12-ej czyli okrągło 20 biljonów kaloryj.”
Sens tego zwięzłego fizykalnego twierdzenia i jego znaczenie dla praktyki życiowej postaramy się objaśnić. Operuje ono niewielką ilością znaków cyfrowych a obejmuje przytem ogrom świata, otwiera perspektywy o wszechświatowej głębi!

Celem uproszczenia i uzmysłowienia naszych wywodów zamiast bezgranicznego pojęcia substancji w ogólności weźmy pod uwagę określoną substancję, powiedzmy: węgiel. Na pierwszy rzut oka wydaje się to małoznaczne, gdy za temat weźmiemy:

“Gram węgla”.

Zobaczymy zaraz co się mieści w tym jednym gramie węgla, jeśli spróbujemy owe gołe cyfry wytłumaczyć obrazowo w związku z życiem. Próbowałem tego już w tamtej rozmowie i byłem wdzięczny Einsteinowi, że zgodził się dla łatwiejszego zrozumienia rozważania nasze ograniczyć do paliwa najważniejszego ze względu na gospodarkę światową. Gdy w kwiecie swego studenckiego wieku siedziałem u stóp Wilhelma Dove, zadziwił nas ów sławny przyrodnik następującym wywodem: Jeśli człowiek przedsiębierze wyprawę na najwyższą górę w Europie, wykonywa przy tem pracę, która oceniona wedle jego miary przedstawia ogrom. Fizyk jednak uśmiechnie się na to i powie po prostu: “Dwa funty węgla”. Przez to rozumie, że z dwu funtów węgla można przy spaleniu uzyskać pracę wystarczającą, aby ciężar dorosłego człowieka wydźwignąć na wysokość szczytu Mont-Blanc. Zakładamy przy tem naturalnie idealnie skonstruowaną maszynę, zdolną przemienić ciepło spalenia bez straty w pracę mechaniczną. Zapewne, takiej maszyny niema, ale można ją sobie pomyśleć, jeśli wyobrazimy sobie, iż wszystkie niedoskonałości ręki ludzkiej w tej maszynie są wykluczone. To użyteczne ciepło wyraźmy w kalorjach. Kalorja jest to ilość ciepła potrzebna do ogrzania jednostki masy wody o jeden stopień Celsjusza. A prawo o równoważności pracy i ciepła orzeka, opierając się na badaniach Carnota, Roberta Mayera i Clausiusa. Przez zużycie jednej kalorji kilogramowej można wykonać pracę 425 kilogramów, to znaczy podnieść 425 kilogramów o 1 metr albo jeden kilogram o 425 metrów. Dove zatem przy tej ocenie postępował jeszcze bardzo skromnie, gdyż z dwu funtów węgla można wytworzyć 8000 kaloryj kilogramowych, a więc znacznie więcej niż potrzeba do owej wyprawy na Mont-Blanc.
Jakżeby jednak sam Dove się zdumiał, gdyby przeczuciem mógł ogarnąć obliczenia dzisiejsze. Z kilku tysięcy urosło wiele biljonów, które musimy tu wstawić chcąc wyrazić siły ukryte, nie dające się wydobyć żadnym procesem palenia. Gdy Dove wykładał, Einstein jeszcze nie żył, a gdy Einstein rozwinął swą teorję względności, Dove dawno już zszedł ze świata a z nim ta skromna fizyczna ocena energji zawartej w materji. Stosunek jej do obecnej wyogromnionej miary trudno ogarnąć myślą. Byłoby już zawrotne dla myśli, gdyby nowoczesne obliczenie sięgało w miljony. Musimy jednak myślą wkroczyć w rząd wartości biljonowych. Według brzmienia zgłosek wymawia się to niemal jednakowo, ale miljon ma się tak do biljona, jak przeciętna szerokość berlińskiej ulicy do szerokości oceanu Atlantyckiego. Cóż więc znaczy Mont-Blanc? Trzebaby go zastąpić szczytem o wysokości 80 miljonów kilometrów, a ponieważ taka wysokość sięga daleko w przestrzeń wszechświata, można by powiedzieć: Energją zawartą w jednym kilogramie węgla możnaby ciężar człowieka cisnąć we wszechświat bezpowrotnie. Tylko że ta energja na razie pozostaje wartością teoretyczną, której żadnym sposobem technicznym w praktykę wprowadzić nie zdołamy.
Atoli nie możemy pozbyć się myśli o tem podobnie jak o prędkości światła, o owem zdumiewającem c, które się wciska w najdrobniejszą grudkę substancji jak wogóle we wszystko i wszędzie i we wszystkich zdarzeniach i zjawiskach świata dzierży rolę regulującego czynnika. Jest to w przyrodzie wielkość stała, która wśród wszelkich zmian przewija się jako niezmienna w swej wartości 300 000 kilometrów na sekundę i która w rzeczywistości ma to znaczenie, jakie poeta przypisywał “nieruchomemu biegunowi wśród zmienności zjawisk”, pojawiającemu się dla niego jako wytwór wyobraźni, nieosiągalny nigdy dla umiejętności.Dla kogoś, kto nie jest namaszczony wszystkiemi fizykalnemi esencjami aż do ostatniej kwintesencji, jest bardzo trudno pojąć znaczenie stałej w przyrodzie, tem trudniej, gdy czuje się zmuszonym wyobrazić sobie tę stałą zarazem jako stałową oś świata, zbudowanego na zasadzie względności. Wszystko bez wyjątku nietylko podlegać musi ciągłej zmianie, co zresztą stwierdził już Heraklit, jako prawdę zasadniczą w swem zdaniu: “panta rhei”, “wszystko płynie” lecz także zmienia się ze systemem odniesienia, ze stanowiskiem obserwatora i to każdy pomiar długości i czasu, każdy ruch, każdy kształt i każda figura tak, że aż do samego rdzenia wszelkich rozważań zniknąć musi ostatnia resztka czegokolwiek absolutnego. A przy tem wszystkiem oto absolutny despota, który nienaruszony przewija się przez wszystkie zjawiska, prędkość światła, co do wymiaru wprawdzie skończone, w działaniu swem jednak nieograniczone, potężne c, którego istotę określa Einstein w jednej ze swych głównych zasad w r. 1905:
“Każdy promień światła w układzie nieruchomym porusza się z określoną, niezmienną prędkością, niezależnie od tego, czy został wysłany przez ciało nieruchome czy będące w ruchu”. A ta stałość wszechpotężnego c nietylko zgadza się z względnością wszechświata, owszem ona tworzy właśnie główny filar, dźwigający gmach tej nauki i im głębiej wnikniemy w tę teorję, tem wyraźniej czujemy, że właśnie ona zapewnia jednolitość, zwartość i niewzruszoność Einsteinowskiego układu świata.W kostce węgla, od której wyszliśmy, występuje ona nawet w kwadracie, a z tego mnożenia liczby 300 000 przez samą siebie wyrastają właśnie te tysiące miljardów jednostek energii, które musimy przypisać tej nieznacznej masie. Postarajmy się uzmysłowić ten ogrom jeszcze w inny sposób z tem zastrzeżeniem, że Einstein sam osobiście, jak się wnet dowiemy, tym naszym wybujałym oczekiwaniom nałoży silny hamulec. Wyobraźmy

sobie okręt najwyższej klasy n. p. dawniejszy niemiecki “Imperator”, który rozwijał siłę większej liczby koni, niźli ich ongiś posiadała cała pruska kawalerja. Ów “Imperator” zużywał do codziennej jazdy zawartość dwu pociągów węglowych o maksymalnej liczbie wagonów. Teraz zaś wiemy: zapomocą energji zawartej w jednym kilogramie węgla, mógłby ten parowiec odbyć podróż z Hamburga do Nowego Jorku i to z największą szybkością!Ten fakt brzmiący oszałamiająco i fantastycznie a całkiem realny przytoczyłem wobec Einsteina celem usprawiedliwienia poglądu, że w niem właśnie zawiera się na przyszłość zwrot w dziejach świata i zbawienie ludzkości. Rozpływałem się rozgorączkowany tą utopją w nieokiełznanych wybujałych nadziejach, wnet jednak spostrzegłem, że miałem z tem mało powodzenia u Einsteina.
Ku swemu rozczarowaniu spostrzegłem, że dla tej sprawy opierającej się na jego własnej pełnej obietnic teorji, Einstein nie okazywał wcale żywszego zainteresowania. I uprzedzając zakończenie, pragnę stwierdzić, że jego przeciwargumenty dość były silne, aby nietylko zmniejszyć me przesadne nadzieje, ale w samym zarodku zniszczyć.

Przedewszystkiem Einstein stwierdził: “Obecnie niema najmniejszych wskazówek, czy i kiedy będzie można osiągnąć wyzyskanie tej energji. To bowiem pociągnęłoby za sobą “wymuszony rozpad atomu”, “zniszczenie” atomu sprawione ręką ludzką a do dziś niema najmniejszych oznak możebności czegoś podobnego.

Rozpadanie się atomu możemy tylko obserwować, o ile natura sama nam je nastręcza, jak u radu, którego promieniotwórczość polega na ciągłym i wybuchowym rozkładzie jego atomów. Atoli możemy tylko stwierdzić ten proces, lecz nie możemy go wywołać i przy dzisiejszym stanie nauki jest zdaje się rzeczą niemal wykluczoną, abyśmy kiedykolwiek ten cel osiągnęli. Jeśli możemy z masy węglowej wydobyć pewną ilość kaloryj, a tem samem ilość użytecznej pracy, musimy sobie zdać sprawę, że spalenie jest tylko procesem molekularnym, pewną przebudową konstrukcji, która pozostawia atomy będące składnikami drobin, zupełnie nienaruszone. Przy łączeniu się węgla z tlenem pozostaje atom, ta elementarna cegiełka, całkowicie niezmieniony. Ów rachunek: “masa razy kwadrat prędkości światła”, mógłby doprowadzić do technicznego pożytku, gdybyśmy zdołali nadwerężyć wewnętrzną budowę atomu. Lecz obecnie – jak już powiedziano – niema najmniejszych ku temu widoków. Atoli można sobie wyobrazić, że temu pierwszemu argumentowi, za którym nieco niżej nastąpią inne równie ważne, dałyby się przeciwstawić kontrargumenty z historji techniki. Bo w istocie ścisła nauka nie jedno ogłosiła za niemożliwe, co potem w technice okazało się wykonalne, i to tak wykonalne, że dziś wydaje się nam rzeczą powszednią i oczywistą.
Werner Siemens uważał za wykluczone, aby za pomocą aparatu cięższego od powietrza można było uprawiać awiatykę, a Helmholtz dowiódł niemożebności jej matematycznie. W historji początków koleji żelaznej akademickie “niepodobna” gra dużą rolę, a Stephenson jak i Riggenbach (twórca koleji górskiej) mieli nie mało trudu, by wynalazki swe doprowadzić do skutku wbrew diagnozie, pomawiającej ich o szaleństwo. Znany fizyk Babinet uzbroił się w swój matematyczny rynsztunek, aby dowieść niemożliwości kabla telegraficznego między Europą i Ameryką. Filip Reis, wynalazca telefonu, rozbił się o “niepodobna” bogatszego w wiedzę fizyczną Poggendorffa a nawet wtedy, gdy w Bostonie funkcjonował już w praktyce telefon Grahama Bella (1876), z tej strony oceanu ciągle jeszcze rozlegało się “niepodobna”, oparte na naukowych podstawach.Ba – trzeba dodać, że równoważnik termodynamiczny Roberta Mayera, tkwiący w naszym biljonowym rachunku, jako zasadniczy czynnik mierniczy, zrazu musiał również przezwyciężać gwałtowny opór wybitnych uczonych. Wyobraźmy sobie stan umysłu ludzkiego przed jakiemkolwiek zastosowaniem

maszyn i znanem nam doskonale użyciem węgla do wytwarzania pracy. Już wówczas mógłby daleko przewidujący badacz odnaleść na drodze czysto teoretycznej owe 8000 kaloryj i ich przemianę w użyteczną pracę. Byłby to może inaczej wyraził, uzyskał inne wyniki liczebne, ale być może doszedłby do rezultatu, że mamy tu do czynienia z wirtualną możebnością, która niestety musi pozostać wirtualną, gdyż nie posiadamy środka, aby ją zamienić w rzeczywistość. I przy całej bystrości w przewidywaniu pozostałaby dla niego idea nowoczesnej dynamomaszyny albo też okrętu turbinowego po prostu nieuchwytną.
Co więcej możemy nawet przedstawić sobie człowieka archaicznej epoki a czasów dyluwium, który zdołałby przeczuć jakiś związek między polanem drzewa a ciepłem słońca, ale użytku ognia jeszcze nie zna; mógłby on z pierwotną logiką wnioskować: Nie uda się to nigdy i nie może się udać, iżby z tego kawałka drzewa wydobyć coś grzejącego na kształt słońca.

Sądzę więc, że mamy słuszny powód zakreślać granice możliwości znacznie dalej, niż na to pozwala współczesny stan wiedzy. Stosunek tych możebności do bezwzględnej niemożliwości jest taki jak Leibnitzowskich “vérités de fait” do “vérités éternelles”. Że nigdy nie zdołamy skonstruować płaskiego równoramiennego trójkąta z nierównemi kątami podstawowemi, to jest vérité éternelle. Natomiast jest tylko vérités de fait, że nauka nie potrafi uczynić człowieka za życia nieśmiertelnym. To jest tylko w najwyższym stopniu nieprawdopodobne, bo fakt, że dotąd wszyscy ludzie pomarli, dostarcza tylko ograniczonego materjału dowodowego. Znany z logiki szkolnej Cajus niekoniecznie musi umrzeć, do niego stosuje się raczej tylko prawdopodobieństwo n / (n+1), w czem n oznacza liczbę wszystkich zmarłych dotąd osób.
Jeśli zapytam dziś kogoś z powag w biologji lub medycynie, jakie są dane, że jednostka może być stale uchronioną od śmierci ot mi wyzna, że niema ich wcale. Mimoto Helmholtz twierdził: “Każdemu, który przeciw mnie będzie utrzymywał, że przy użyciu pewnych środków życie człowieka da się zachować przez czas nieograniczony, mogę wprawdzie przedstawić niedowierzanie w najwyższym stopniu, ale nie mogę przeciwstawić absolutnego zaprzeczenia”.

Einstein sam we własnej osobie wskazał mi raz na podobne odległe możliwości i to przy następującej sposobności. Jest wprawdzie rzeczą wprost niemożliwą, ażeby masa w ruchu osiągnęła szybkość przekraczającą prędkość światła. Jednakże da się pomyśleć, a więc leży w granicach możliwości, że człowiek kiedyś zdoła dokonać wzlotu w przestrzeń wszechświata aż do najodleglejszych ciał niebieskich.

Niema więc absolutnej sprzeczności w wyobrażeniu o technicznem rozwiązaniu problemu owych biljonów kalorji. Jeśli zaś jest to sprawa podlegająca dyskusji, to zdążamy ku wyjaśnieniu, coby znaczyło rozwiązanie tego problemu. W istocie natknęliśmy się na to pytanie i znaleźliśmy drogę do bardzo radykalnej odpowiedzi w rozprawie, którą napisał Fryderyk Siemens o węglu w sposób ogólny lecz bez jakichkolwiek rzutów oka w przyszłość.

Sądziłem, że ta rozprawa daje mi w rękę bardzo silny atut, wnet jednak wobec umotywowanego sprzeciwu Einsteina zrozumiałem, że nic z nią nie wygram.

Niemniej przeto warto zastanowić się chwilę nad temi wywodami. Fryderyk Siemens posługuje się mianowicie motywami zasadniczemi, rzekomo naukowo ugruntowanemi a tem samem mającemi pretensję do bezwzględnej pewności: “Węgiel jest miarą wszechrzeczy. Cena każdego produktu przedstawia wartość węgla w nim zawartego.”

Ponieważ wszystkie wartości w krajach mających przeludnienie powstały przez pracę a warunkiem pracy jest węgiel, przeto kapitał jest równoznaczny z węglem. Wartość każdego przedmiotu stanowi zbiór węgla, który musiał być użyty do wytworzenia tego przedmiotu. W państwie z przeludnieniem jest płaca wartością węgla potrzebnego do utrzymania przy życiu pracownika. Jeśli braknie węgla, płaca traci na wartości, a gdy nie ma wcale węgla, to płaca niema w ogóle żadnej wartości, choćby wyrażała się nawet w bardzo dużej kwocie pieniądza papierowego. Skoro rolnictwo potrzebuje węgla a tak jest, jeśli jest intenzywne (skazane na użycie koleji, maszyn, sztucznych nawozów) to w pokarmach tkwi węgiel.
Podobnie tkwi węgiel w ubraniu i mieszkaniu dzięki uprzemysłowieniu.

Ponieważ pieniądz jest węglem, jest więc prawidłowa gospodarka finansowa zarazem prawidłową gospodarką węglową a nasza waluta jest koniec końcem walutą węglową; złoto jako pieniądz jest koncentracją węgla.

Ten naród okazuje największy postęp, który z kilograma węgla wydobył dla siebie najobfitsze środki do życia. Mądrość państwowa jest mądrością węglową. Albo jak to gdzieindziej wyrażono: “Trzeba myśleć pod znakiem węgla.”

Omawialiśmy te zasady i okazało się, że Einstein uznawał wprawdzie przesłanki głównej zasady, odczuwał jednak brak logiki we wnioskach. W szczególności wykazał, że myśl Siemensa obraca się w błędnem kole i tym sposobem na skutek petitio principii dochodzi do jednostronnego i błędnego wniosku. Istotną wartością – mówił on – jest i pozostanie siła ludzka, którą w takich rozważaniach musimy przyjąć za podstawową; i tylko tyle można z korzyścią oszczędzić, o ile siła ludzka, użyta do wydobycia węgla, może być oswobodzoną do innych celów. Jeśli się uda z kilograma węgla wydobyć wyższy odsetek użytecznej pracy, to da się on na miarę wyrazić siłą ludzką, która w procesie wydobywania węgla pozostaje wolną i może być użyta do pracy w innym kierunku. Gdyby twierdzenie, że węgiel jest miarą wszechrzeczy, było bezwzględnie słuszne, musiałyby w każdym poszczególnym wypadku wytrzymywać próbę. Wystarczy jednak ująć je ściśle w szczegółach, aby poznać, że odmawia ono usług. Naprzykład Einstein tak powiada: choćby niewiem ile i jak umiejętnie użytego węgla nie potrafi wytworzyć bawełny. Zapewne transport bawełny mógłby potanieć, ale nigdy nie może w cenie bawełny zniknąć ten czynnik wartości, który przedstawia siła ludzka.Co najwyżej należy przyznać, objaśniał Einstein, że przez podwyższenie stopnia wyzyskania energji węglowej istnieć by mogło więcej ludzi, niż to dziś jest możliwe, że więc granica przeludnienia mogłaby się dalej przesunąć. “Ale z tego wcale nie można wnioskować, że to byłoby szczęściem dla ludzkości. Maximum nie jest wcale optimum! Kto ogłasza maximum jako najwyższą miarę dobra, postępuje tak jak ktoś, kto w atmosferze ocenia wartość oddechową gazów i dochodzi do wniosku: azot jest w powietrzu szkodliwy, podwójmy więc w nim zawartość tlenu a oddamy przez to ludzkości wielkie dobrodziejstwo.
* Uzbroiwszy się w to oczywiste porównanie, można poddać za nowo badaniu samą zasadę Siemensowskiego twierdzenia a przekonamy się, że już w premissach tkwi coś z petitio principii, co w końcu znajduje swój wyraz w jednostronnem twierdzeniu: “Węgiel jest wszystkiem”.

Pozornie jakby budowane z ciosów wznosi się przed nami to pierwsze twierdzenie: węgiel jest energją słońca – aż dotąd bez zarzutu. Gdyż wszystkie zapasy węgla, drzemiące w ziemi, były ongiś wspaniałemi roślinami, gęstemi lasami paproci, które zgniecione brzemieniem miljonów lat zaoszczędziły dla nas to, co przedtem jako pożywienie wchłonęły z promieniowania słonecznego. Bezwarunkowo zgodną może być teza równoległa: Na początku nie było słowo, ani czyn, na początku było słońce. Energja przesłana ziemi ze słońca jest dla człowieka jedynym nieodzownym warunkiem czynu. Czyn to praca, a praca zapewnia życie. Ale wnet popadamy w nieuzasadnione rozdwojenie myśli, gdy autor twierdzi następnie: “ ... Węgiel jest energją słoneczną, a więc węgiel jest konieczny, aby można było pracować ...” i tu jest logiczny błąd; to zwycięskie “ergo” ma dziurę. Wszakże bowiem i poza ejergją nagromadzoną w węglu oblewa nas ciepło macierzystej gwiazdy i darzy nas możnością pracy.
Wniosek Siemensa, biorąc rzecz logicznie, brzmi jak twierdzenie: grafit jest energią słoneczną a więc grafit jest konieczny, aby można pracować.

Twierdzenie właściwe tak brzmieć powinno: węgiel jest wśród dzisiejszych warunków życiowych najważniejszym ale nie wyłącznym żywiołem ludzkiej pracy.

Jeśli nadto wygłosimy naukę ekonomji: “W państwie społecznem gra rolę tylko niezbędna ludzka praca i to zapotrzebowanie energji, do wytworzenia której potrzebny jest węgiel a więc znów praca”, to przez to wcale nie twierdzimy, jak zdaje się mniemać Siemens, że z pracy można wytworzyć węgiel. Atoli stwierdzamy, że nie każdą z energji słonecznej wynikłą pracę można oprzeć na prostym rachunku węglowym. I odpowiada to mniemaniu Einsteina, które nabiera tu tem większego znaczenia, iż jego własna nauka wykazuje na najwyższy efekt energetyczny, jakkolwiek tylko teoretycznie.*
W każdym razie jest rzeczą pewną, że każde podniesienie efektu energetycznego z kilograma węgla oznaczałoby dla nas ulżenie ciężaru życiowego, chodzi tylko o to, w jakich granicach.

Przedewszystkiem czy technika ze swemi dziś dającemi się przewidzieć możebnościami może w ogólności dać nam jaką gwarancję na przyszłość? Czy zdoła ona tak zwiększyć wyzyskanie energji, że będziemy mogli ze spokojem polegać na skarbach czarnych djamentów, drzemiących we wnętrzu ziemi?

Najwidoczniej, że nie. Bo tu mamy do czynienia z zasobami dającemi się w przybliżeniu ocenić. Jeśli nawet dobędziemy z kilograma potrójną, ba dziesięciokrotną ilość użytecznych kaloryj, nasuwa się mimoto złowróżbny rachunek z przepowiednią, że cała ta wspaniałość się skończy! Wśród wszystkich utrapień z braku węgla, któreśmy przeżyli, mogliśmy się przecież jeszcze pocieszać myślą, że jest go właściwie dosyć, i że należy tylko przezwyciężyć niedomagania. Istotnie w Niemczech od założenia cesarstwa aż do wojny światowej wzrastała produkcja węgla bezustannie i można było wyliczyć, że mimo gwałtownego ubytku zawsze jeszcze w niemieckich skarbnicach węglowych spoczywają złoża wartości dwu tysięcy miljardów licząc markę po kursie złota. Mimoto przepowiadają nam geologowie i fachowcy górnictwa, że cały zapas w Niemczech nie wystarczy na dłużej jak na dwa tysiące lat, Anglja upora się ze swemi zapasami w 700, Francja w 500 latach. Nawet gdy przypuścimy możliwość odkrycia nowych pól węglowych w innych częściach świata, nie możemy przeoczyć faktu, że słońce w dawnych lasach paproci nagromadziło zapasy ograniczone i dające się wyczerpać, tak że ludzkość po kilku tysiącach lat stanie wobec całkowitego braku węgla.
Jeśli więc węgiel jest miarą wszechrzeczy i możliwość życia opiera się wyłącznie na węglu, to musielibyśmy oczekiwać, że nasi prawnukowie nietylko popadną napowrót w stan barbarzyństwa, ale wprost dojdą do punktu zerowego istnienia. I nie potrzeba myśleć o śmierci wszechświata z powodu entropji, gdyż właśnie nieskończenie bliższa śmierć na ziemskiej planecie wyszczerza ku nam oblicze.

W tym punkcie rozważań odsłonił Einstein horyzonty odpowiadające zupełnie jego zasadniczemu mniemaniu, iż całe to założenie o węglu nie da się utrzymać. Nie jest bowiem wcale utopją, że technika umiejętna znajdzie jeszcze zupełnie inne drogi do wydobycia zasobów energji, czy to wprost z promieniowania słońca, czy z ruchu wody, czy z przypływu oceanów, ze zbiorników energji w naturze, wśród których istniejący zapas węgla jest tylko jednym z basenów. Od początku gospodarki węglowej spożywaliśmy tylko nadwyżki prastarego kapitału, który leżał zamurowany w skarbnicach ziemi. Prawdopodobnie są odsetki obecnego kapitału energji o wiele większe niśli wszystko, co możemy dobyć z depozytu dawnych epok. Do oceny tego aktualnego a od węgla całkowicie niezależnego kapitału niech nam posłużą następujące daty: Weźmy pod uwagę zupełnie drobną żyłę wodną, wprost zero w gospodarce wodnej ziemi, wodospad Renu przy Schaffhausen, który widzowi wydaje się wprawdzie potężnym lecz tylko dlatego, że przykłada doń nie planetarną a turystyczną miarę. Ale nawet ten drobiazg w gospodarstwie przyrody przedstawia dla nas wcale znaczne źródło użytecznej energji: 200 metrów kubicznych wody, spadającej z terasy wysokiej na 20 metrów, dają zasób 67 000 koni parowych, czyli 50 000 kilowatów. Sama ta kaskada zdołałaby zasilić pełnem światłem miljon pięćdziesięcioświecowych żarówek a według dzisiejszej taryfy należałoby opłacać za to ca najmniej 70 000 marek za godzinę.
Dla wyznawcy węgla będzie jeszcze bardziej uderzającym w oczy inny rachunek: wodospad Renu przy Schaffhausen jest wartością równoważny kopalni, dostarczającej dziennie 145 ton najprzedniejszego węgla brunatnego. Jeśli zamiast niego weźmiemy wodospad Niagary, to należałoby te rezultaty pomnożyć jeszcze przez 80.

A jakiegoż mnożnika trzebaby użyć, aby objąć oceną energję, którą ziemia, oddychając, przewala wokół siebie we formie przypływów i odpływów! Astronom Bessel i fizyk-filozof Fechner próbowali raz doszukać się w tych trzech procesach śladu jakiegoś poglądowego porównania. Przy największej egipskiej piramidzie miało 360 000 ludzi przez 20 lat pełną robotę, tymczasem objętość jej wynosi około jednej miljonowej mili kubicznej; być może, że wszystko, co człowiek swemi siłami i wszystkiemi rozporządzalnemi środkami poruszył z miejsca od potopu aż do dziś, nie wynosi jeszcze całej kubicznej mili; gdy przeciwnie podczas przypływu co ćwierć doby około 200 mil kubicznych wody z jednej ćwierci okręgu ziemskiego przewala się na drugi. Stąd jest widoczne, że wszystkie kopalnie ziemi mogłyby nam być zupełnie obojętne, gdyby nam się udało z tego tętna ziemi wyzyskać choćby małą cząstkę dla naszych zakładów przemysłowych. Jeśli jednak mamy się ograniczyć do węgla, to wyobraźnia tem silniej czepia się tych ogromów, które nam teorja względności nasunęła przed oczy pod postacią wyrażenia: mc2..

.I nie możemy pozbyć się myśli o owych 20 biljonach kaloryj, tkwiących w każdym kilogramie węgla. A chociaż Einstein stwierdza, że niema najmniejszych na to oznak, byśmy je kiedykolwiek wyzyskali, ulegamy nieposkromionemu popędowi, gdy wyobrażamy sobie znaczenie wypadku, iżby się nam to udało. W duszy naszej budzą się obrazy Hezjoda, Aratusa i Ovida, owych przemian wieków od złotego do żelaznego, i chętnie pragnęlibyśmy przenieść się myślą śladem dalszej cyklicznej przemiany, aby z niewoli wieku żelaznego i węglowego napowrót szukać zbawienia w nowym wieku złotym. Zapasami gromadzonemi w pierwszej lepszej miejskiej składnicy możnaby cały świat zaopatrzyć na czas niemal nieograniczony.
Wszystkie nędze gospodarstwa domowego, przemysłu maszynowego, mechanicznej produkcji towarów musiałyby zniknąć, wszystkie siły ludzkie, zaprzągnięte do produkcji węgla, oswobodziłyby się dla rolnictwa, wszystkie koleje i okręty kursowałyby niemal bez kosztów, przez ludzkość przepłynęłaby niepowstrzymana fala szczęścia. Koniec nędzom węglowym, transportowym, aprowizacyjnym! Moglibyśmy wreszcie z mozołu i upalenia dnia roboczego wznieść się ku jasnym sferom, gdzie czekają nas prawdziwe wartości życia. Zbyt ponętnie brzmi ów fizyczny śpiew syreni nastrojony na wysokie “C” z szybkością światła w drugiej potędze, którą poznaliśmy jako czynnik utajonej energji.
Ale nic z tego! Bo Einstein, któremu zawdzięczamy tę obiecującą cuda formułę, nie tylko zaprzecza możliwości praktycznego jej zużytkowania, lecz nadto wprowadza w szranki jeszcze inny argument, który nas odrazu może strącić z nieba. Przypuśćmy bowiem – mówił do mnie – że byłoby rzeczą możliwą wywiązać owe olbrzymie zasoby energji, to nastałby dla nas wiek, wobec którego obecny wiek czarnego węgla trzebaby było wielbić jak złoty.


I niestety jest rzeczą konieczną przyjąć ten sposób myślenia, gdyż na dnie jego tkwi owa prastara mądrość: meden agan, ne quid nimis, nic nad miarę. Co do naszego przypadku, to taki bezmiar wyzwolonej energji wcaleby nie przyniósł pożytku, owszem sprowadziłby zniszczenie. Proces palenia się, o którym była mowa, nasuwa sam przez się obraz pieca, który jest uzmysłowieniem ogólnej pracy przemysłowej. A przecież nie należy pieca opalać dynamitem.

Gdybyśmy doszli do techniki omawianego rodzaju, to przypuszczalnie nie byłoby możliwości jakiegokolwiek działania regulującego. Jest rzeczą ułudną mówić, że chcemy tylko pewną część owych 20 biljonów kaloryj wyzyskać i bylibyśmy bardzo radzi, gdybyśmy zdołali owe 8000 kaloryj dnia dzisiejszego powiększyć stokrotnie. Nie – gdy bowiem – co niepodobna – rozetrzemy atomy, wówczas prawdopodobnie owe biljony wypadną na nas bez hamulca. Do takiego zadania ludzkość by nie dorosła, może nawet nie wytrzymałby ten stały grunt, na którym stoimy.Żaden wynalazek nie pozostaje wyłączną własnością niewielu osób. Gdyby nawet ostrożny technik zdołał zużytkować energję dobytą z atomów jako środek opałowy lub popędowy, mógłby pierwszy lepszy niepowołany małą ilością materii wysadzić w powietrze całe miasto. I pierwszy lepszy mizantrop, samobójca, któremuby przyszła chętka, by wszystkie atomy na ogromnym obszarze w pył zmienić, o ileby zechciał, mógłby to uskutecznić. Wszelkie bombardowania od czasów wynalazku broni palnej razem wzięte byłyby niewinną dziecinną zabawką wobec skutków zniszczenia, któreby można wyrządzić kilku wiaderkami węgla.
Widzimy czasem, iż na niebie gwiazdy nagle rozbłyskają i na nowo nikną, i wnioskujemy z tego o jakiejś katastrofie światów. Wyjaśnianie, czy to eksplozja wodoru czy zderzenie dwu ciał jest niepewne. Można więc przyjąć, że tam w przestrzeniach wszechświata zdarza się coś, co mógłby naśladować złośliwy mieszkaniec ziemi, posiadłszy technikę rozbijania atomów.

O ile wyobraźnia ludzka w każdym razie wystarcza do odmalowania błogosławieństwa owego wyswobodzenia energji, o tyle całkowicie odmówiłaby usług przed tem katastrofalnem jej działaniem. Einstein otworzył wobec mnie uczone dzieło zurychskiego fizyka i matematyka Weyla i wskazał mi ustęp, traktujący o takiem nieokiełznanem wyswobodzeniu energji. Był ów ustęp, o ile mi się zdaje, nastrojony na ton strzelistej modlitwy: Oby niebo zachowało ludzkość od podobnych sil eksplozyjnych!Możnaby snuć przeróżne porównania, wszystkie pod znakiem tymczasowej niemożliwości. Możnaby pomyśleć, iż procesem chemicznym dotychczas jeszcze nieznanym da się wytwarzać alkohol tak obficie i tanio dla każdego jak woda do picia. Skończyłby się brak napojów alkoholowych i dla setek tysięcy ludzi mielibyśmy zapewnione delirium tremens. Katastrofa w tym przypadku przeważałaby na

d wszystkiem, jednakże nie byłaby ona nieuniknioną, bo chociaż trudno, można przecież wyobrazić sobie środki zaradcze.
Technika wojenna mogłaby wytwarzać broń działającą na odległość, któraby umożliwiała małej garstce awanturników pokonać mocarstwo. Możnaby temu rozumowaniu zarzucić, że rzecz się ma także vice versa. Mimo to jest rzeczą pewną, że taka broń na odległość zrujnowałaby prawdopodobnie cywilizację. Nadzieja miałaby tu ostatnie wyjście w oczekiwaniu, iż w przyszłości zapanuje podniesiona nad wszystko moralność, którą optymista może sobie wyobrazić jako siłę wyższą.Tylko przeciw dwu wynalazkom nie byłoby środka, które zresztą oznaczałyby tryumf ducha: pierwszym to byłoby rozpowszechnienie odgadywania myśli, którem zajmował się już Kant pod nazwą: “Głośne myślenie”. Co obecnie występuje jako rzadka i bardzo niedoskonała sztuka telepatji, mogłoby doznać udoskonalenia i rozpowszechnienia w sposób, który Kant uważa bądź co bądź za możliwy na jakiejś odległej planecie. Stosunek wzajemny ludzi nie mógłb

y sprostać temu wynalazkowi i musielibyśmy być aniołami, aby go przeżyć choć o jeden dzień.
Drugim wynalazkiem byłoby rozwiązanie problemu owego mc2, który nazywam tylko dlatego problemem, go nie znajduję innego wyrażenia; dla Einsteina rzecz ta jest tak mało problemem, że dopiero w mej obecności zaczął rachunek, ażeby wzór algebraiczny zamienić w liczby. Dla nas innych synów ziemi może z tego narodzić się utopja, krótki szał radości z następnym zimnym tuszem. Einstein wznosi się ponad to jako czysty badacz, którego obchodzi fakt naukowy i który już przy pierwszym zarodzie tego poznania bierze w obronę jego teoretyczne znaczenie wbrew wszelkim praktycznym zastosowaniom. Gdy ktoś inny chce wytłoczyć fantastyczny liść pozłótki z tego, co on składa jako fizyczne złote ziarnko, Einstein pozostawia mu całą rozkosz tego myślowego eksperymentu. Bo do rysów charakterystycznych jego istoty należy tolerancja.
Jeden z najdzielniejszych heroldów nowej nauki, A. Pflüger, poruszył podobny przedmiot w rozprawie swej: “Zasada względności”. Słyszałem pochwały Einsteina o tem piśmie i zwróciłem uwagę, że autor możliwości wzoru mc2 inaczej ocenia, niż sam Einstein. Rozprawa ta tak się wyraża o widokach jego możliwego praktycznego zużytkowania: “Po stu latach pomówimy o tej kwestji na nowo”. Krótki termin, którego jednak nikt z nas nie dożyje. Einstein uśmiechnął się nad tą stuletnią pauzą i powtórzył tylko: “Bardzo dobra rozprawa!” Nie jestem powołany temu zaprzeczać. A co do prognozy przyszłości, to będzie może dla ludzkości rzeczą najlepszą, gdy okaże się fałszywą. Jeśli owo optimum jest dla ludzkości niedoścignione, to zarazem zostanie jej zaoszczędzone przynajmniej to najgorsze, któreby na nią spadło przez sprawdzenie się owej przepowiedni.


 

* * *

 

W kilka miesięcy po spisaniu tych wywodów świat znalazł się wobec nowego naukowego zdarzenia. Oto angielskiemu fizykowi Rutherfordowi udało się rzeczywiście jako wynik jego planów i rozważań rozszczepić atomy. Gdy zapytałem Einsteina o doniosłość tego czynu doświadczalnego, oświadczył mi ze zwykłą swobodą będącą ozdobą jego charakteru, że obecnie ma powody do zmiany swego świeżo wygłoszonego poglądu w pewnej mierze. Nie należy przez to rozumieć, jakoby już widział w niedalekiej przyszłości ziszczenie nieograniczonego wyzyskania energji. Dał atoli do poznania, że jesteśmy w zaczątkach nowego postępu, który może kiedyś odsłoni nowe drogi także dla techniki. W każdym razie należy naukowe znaczenie tych nowych doświadczeń nad atomami postawić bardzo wysoko.

W zabiegach Rutherforda problem jest traktowany podobnie jak twierdza: wystawia ją na bombardowanie i usiłuje wystrzelić wyłom. Twierdza jest jeszcze zapewne daleka od kapitulacji, ale pojawiły się już pewne oznaki zniszczenia. Pod gradem pocisków wystąpiły dziury, pęknięcia i drzazgi. Pociskami rzucanemi przez Rutherforda są promieniotwórcze cząsti alfa, których szybkość zbliża się do dwu trzecich prędkości światła.
Dzięki właśnie swej olbrzymiej gwałtowności sprawiły one pewne uszkodzenia u atomów zamkniętych w rurkach próżniowych. Atomy azotu ulegały niewątpliwie rozbiciu. Ile przy tym wyswobadza się energji, jest jeszcze zupełnie nieznane. Wogóle ten rozpad atomu rozmyślnie sprowadzony daje się stwierdzić tylko zapomocą najsubtelniejszych badań.

Dla praktyki niema więc z tego jeszcze żadnych skutków prócz zwiększenia nadziei. Jeszcze jest łokieć dłuższy , niż kram. Bo siły użyte do osiągnięcia celu przez angielskiego badacza są stosunkowo bardzo znaczne. Otrzymywał je z grama radu zdolnego do wytwarzania wielu miljardów kaloryj gramowych, podczas gdy, praktycznie biorąc, rezultat końcowy w eksperymencie Rutherforda był tak mały, iż niedostępny dla pomiaru. Atoli nauka obecnie już ustaliła, że można atomy wedle woli rozbijać a w następstwie upada owa powyżej traktowana przeszkoda zasadnicza.

Nadzieja wzrasta także jeszcze z innego względu. Wolno pomyśleć, że w pewnych warunkach przyroda sama automatycznie prowadzić będzie dalej rozpad atomu, skoro człowiek celowo wedle planu to dzieło rozpocznie, na podobieństwo pożaru, który się rozszerza, choć celowem przygotowaniem do niego była tylko iskra.

Jako wynik uboczny podobnych badań w przyszłości mogłaby się udać przemiana ołowiu w złoto; możebność takiej przemiany pierwiastków wiąże się właśnie z poprzedniemi wywodami mającemi za przedmiot rozpad atomu i oswobodzenie energji. Droga tego rozpadu do radu do ołowiu już dziś daje się przewidzieć. Jest atoli wątpliwem, czy ludzkość miałaby powód do wznoszenia hymnów dziękczynnych za przedłużenie tej linji od ołowiu do szlachetnego kruszcu.

Bo właśnie to pojęcie czegoś szlachetnego rozpłynęłoby się w rękach. Złoto z ołowiu nie oznacza podniesienia wartości pospolitego metalu, przeciwnie oznacza pozbawienie złota wartości a świata tej miary wartości, która istnieje od początków kultury. I najbystrzejszy wzrok ekonomisty nie wystarczy, aby ocenić skutki takiego przewrotu na rynku światowym.

Głównym produktem pozostałoby naturalnie wydobywanie energji i w tym kierunku można sobie bujać myślą nastrojoną optymistycznie czy katastrofalnie. Nieprzezwyciężona granica “niepodobnie” nie istnieje. Cudowna sezamowa formuła Einsteina “masa razy kwadrat prędkości światła” puka gwałtownie do bram przyszłości.

Pewna zaś stara sentencja zyskuje dla ludzkości nowe znaczenie: “Nie należy nigdy mówić: nigdy!

 

_______________

{mos_sb_discuss:6}

 
Powiązane artykuły

Logonia.org - wszelkie prawa zastrzeżone.