|
Juz-Aleszkowski - cz³owiek i pisarz legenda
urodz. 21.09.1929 w Krasnojarsku.
W czasie s³u¿by wojskowej w marynarce aresztowany i skazany na cztery lata wiêzienia
za wykroczenia dyscyplinarne. Dzia³alno¶æ literack± rozpocz±³ jako pisarz dla
dzieci. W tym czasie najwiêcej s³awy przysporzy³y mu piosenki i wiersze, które sta³y
siê folklorem ³agrowym, zw³aszcza s³ynna Towarzyszu Stalin. Zabawne jest to,
¿e do tych tekstów, uwa¿anych za anonimowe, gdy¿ tak by³y popularne, przyznawali siê
inni poeci i pie¶niarze. W 1979r. Aleszkowski emigrowa³ i osiedli³ siê w Stanach
Zjednoczonych. Opublikowa³ szereg opowie¶ci:
w 1980r. Niko³aj Niko³ajewicz - ksi±¿ka ta ostatnio ukaza³a siê w Polsce
pt. Uwaga - orgazm!, Maskirowka, w 1981r. Rêka. Opowie¶æ kata, w
1981r. Kenguru - Kangurzyca, Karusel - Karuzela, w 1985r. ¦mieræ w
Moskwie.
W nr 49 Magazynu Gazety Wyborczej z dn. 7.12.2000 opublikowano obszerny wywiad z
Juz-Aleszkowskim.
Poni¿ej publikujemy fragmenty przek³adu powie¶ci Kangurzyca.
UWAGA! Jêzyk Aleszkowskiego jest nasycony wulgaryzmami, gwar± ¶rodowisk
przestêpczych, grypser±, rosyjskim b³atem i tzw. fieni±.
Jednym s³owem - tylko dla doros³ych i to tych niezbyt pruderyjnych.
Juz Aleszkowski
Kangurzyca
przek³ad z ros. Leon Zawadzki
fragment 1
Doczeka³em siê. Siedzê, filujê na Kida³³ê, a on te¿ wzrokiem siê skrada i mnie
tym wzrokiem przyciska, wierci w mózgownicy kanciastej swoje wspomnienia. - Dawno temu -
mówi nagle - widzieli¶my siê, obywatelu Te-de. Wkrótce ju¿ na emeryturê pójdê.
Czas najwy¿szy, ¿eby¶cie oddali mi d³ug. Proszê uwa¿nie mnie wys³uchaæ. Nasze
stosunki s± przyjacielskie i zaiste robocze. Mam sprawê, akurat dla was. Chodzi o to,
¿e nasze organa bêd± za trzy miesi±ce ¶wiêtowaæ rocznicê Pierwszej Sprawy. Tej
Samej Pierwszej Sprawy. Sprawy Numer Jeden. I nie mo¿emy sobie pozwoliæ, aby w tym dniu
istnia³a jedna chocia¿by Nierozwi±zana i Nieza³atwiona Szczególnie Wa¿na Sprawa. Ani
jedna. Nie my¶l nawet, ¿e mo¿esz mi podskoczyæ. Hop-stop, powtarzam, wy¿ej chuja nie
przeskoczysz. Intymne pytania s±?
- Ile - pytam - macie tych nierozwi±zanych i nie za³atwionych spraw szczególnie
wa¿nych i czy wszystkie chcecie przyszyæ w³a¶nie mnie? Czy sprawy te nale¿y
zintegrowaæ, bior±c pod uwagê, ¿e s± one, oczywi¶cie, zró¿nicowane? - Spraw
nierozwi±zanych - mówi Kida³³a - mamy ilo¶æ nieograniczon±, poniewa¿ my sami je
modelujemy. Proponujê sztuk dziesiêæ do wyboru. Czy s± jeszcze intymne pytania?
- A co bêdzie, je¶li schowam siê w g³êbokiej nie¶wiadomo¶ci i nie pêknê,
gdyby¶cie nawet bez narkozy ¶ciskali moje jajca drzwiami? - Twoje pytanie - odpowiada
Kida³³a - jest g³upie, i odpowiadaæ na takowe nie mam zamiaru. To, ¿e teraz siedzisz
przede mn±, jest konieczno¶ci± historyczn±, i podskakiwaæ, podkre¶lam, jest
zajêciem bezu¿ytecznym. Mogê zamiast ciebie wzi±æ setkê czy nawet dwustu innych
obywateli. Ale to w³a¶nie ty jeste¶ mi potrzebny, kochany Tede. Ty mi siê podobasz. Ty
- artyst± jeste¶ i zrobisz z procesu wybitny spektakl artystyczny. Parê dni temu
powiedzia³em do takiego astronoma: To twoje gwiezdne piêæ minut, Abarcumian. Pêkaj
- i zamykamy sprawê. A tak w ogóle, Tede, pogawêdziæ z tob± to sama
przyjemno¶æ. Dawaj jednak, zaparz sobie herbaciulkê - do roboty! Nawiasem mówi±c,
je¶li chcesz, tak jak moje ptaszêta pod¶ledcze, wiedzieæ co to takiego konieczno¶æ
historyczna, to odpowiem: jest to pañstwowa, partyjna, filozoficzna i wojskowa
ta-jem-ni-ca! No to herbatnij sobie, ja udam siê na szczególnie wa¿ne zebranie
partyjne, a ty zapoznaj siê ze sprawami.
Oto moja rozmowa z nim na £ubiance, i od tej konieczno¶ci historycznej za¶mierdzia³o
ku mnie tak± beznadziejug±, ¿e uspokoi³em siê, pomodli³em do Boga Ojca i zabra³em
siê za przegl±danie Spraw. I zrozumia³em ¿e lepiej nie mo¿na: za ka¿d± z tych spraw
przypalantuj± mi cztery, potem piêæ miêdzy rogi, piêæ po ³apach, piêæ pod nogi i
w dodatku zebranie protestacyjne w zak³adach produkcyjnych ?Kaliber?. Potrafi±
czeki¶ci sprawy montowaæ. A co, szyj± dla nich przecie¿ odzie¿ robocz± z najlepszego
materia³u, a guziki jakie! Ju¿ potem Kida³³a pokaza³ mi jak±¶ maszynê
elektronow±, która pomaga³a im te sprawy pichciæ i, oczywi¶cie, moj± te¿
upichci³a. Wprowadzili do tej maszyny jakie¶ dane o mnie, potem niezwyciê¿on± naukê
Marksa-Engelsa-Stalina, Sowieck± Epokê, ¿elazn± kurtynê, socrealizm, walkê o pokój,
kosmopolityzm, knowania CIA i FBI, dniówki ko³chozowe, ³añcuchowego psa reakcji Tito,
i ta maszyna wyplunê³a szczególnie wa¿n± sprawê, za któr± ja mia³em dostaæ
wpierdol.
O samej sprawie zaraz opowiem. No, wszelkie zamachy na Josifa Wissarionowicza od razu
odrzuci³em k jebjonoj, pardon, babuszke. Zamachy na Kaganowicza, Malenkowa i Mo³otowa i
na nich obu razem te¿ odrzuci³em. No, a je¶li tak, to na jaki chuj, pardon, mia³em
braæ na siebie organizowanie zbrojnej napa¶ci na Turcjê w celu zaw³adniêcia gór±
Ararat i og³oszenia nowej PanArmenii? Sprawa, oczywi¶cie, sama w sobie do¶æ ciekawa i
szlachetna, ale - grupa, gru-pp-a! Gruppkka, przyjacielu! Przecie¿ moja zasada jest
prosta: w ka¿dej sprawie tuptam sam, samotnie, samiusieñko. No, dobra. Wiele spraw
przejrza³em. Zatrzyma³em swoj± uwagê na drukowaniu banknotów pieniê¿nych z
portretami Piotra Wielkiego na setkach, pi³karza Bobrowa na pó³setkach i Ilji Erenburga
na trzydziestkach. Rozwa¿y³em te¿ kradzie¿ jednej nerki podczas operacji organizmu
marsza³ka Czojba³sana, ale niech im, tak± sprawê to ja pipsztykam, przyjacielu.
Próbê inscenizacji Braci Karamazow w Centralnym Teatrze Armii Czerwonej - te¿.
Trzêsienia ziemi, zatrucie rzek i gazoci±gów w rejonie dyslokacji wojsk pancernych,
sabota¿, gloryfikacja teorii wzglêdno¶ci, agitacja i propaganda, zajmowanie sto³ka w
redakcji znanego miesiêcznika w celu itd., sabotowanie planów produkcyjnych, wieloletnia
dezinformacja w Instytucie Meteorologicznym ZSRR, szpiegostwo na rzecz 77 pañstw obcych
w³±cznie z Antarktyd± - to wszystko, przyjacielu, by³o smutne, odra¿aj±ce i
amoralne. I nagle, tu¿ przed powrotem Kidda³³y, rzuca mi siê w oczy, co ty my¶lisz,
przyjacielu?! Rzuca mi siê w oczy Sprawa bestialskiego zgwa³cenia najstarszej
kangurzycy w moskiewskim zoo w nocy z 14 czerwca 1789r. na 5 stycznia 1905r.. Zapewne
maszyna elektroniczna popl±ta³a francusk± rewolucjê z ko³chozami, odciskami moich
palców, krwaw± niedziel±, australijska reakcj±, niebezpiecznym dla ZSRR powstaniem
pañstwa Izrael i wyplunê³a sprawê, na któr± oczekiwa³em przez ca³e lata, miotaj±c
ikrê i sikaj±c w sufit kwasem solnym. Czytam: ?Ja, doktor nauk filologicznych
Perebabajew Valois, podczas nocnego obchodu wzorcowego wybiegu dla s³oni, z
antykwaryczn± ko³atk±, us³ysza³em i zapamiêta³em d¼wiêki, w których modu³
suffiksu dominowa³ nad semantyczn± kod± watmana antysowieckich anegdot niech ¿yje
towarzysz Wyszyñski okaza³ siê kangurzyc± zapali³ kopciucha pochodniê bengalski
ogieñ Alfy Centaura job twoju maæ psów ³añcuchowych alarm lwia dola walki w kieszeni
kangurzycy krótki kurs wkp(b) s±dzony na terytorium okupowanym nie mam puls zero
sporz±dzi³ protokol Peredjubabajew Valoi.
Nu, bracie, ale zupa rybna! Pomy¶la³em: komu mog³o przyj¶æ do g³owy trachn±æ
biedne zwierzê kangura i zabiæ? Pomy¶la³em i nagle zrozumia³em: przecie¿ to ja sam,
moje to rêce zrobi³y! Moje! Ja - potwór moralny wszechczasów i narodów - w d³ugie
zimowe noce ¶ledzi³em z muru zoo na placu Powstania star± kangurzycê i, zapl±tany w
problemie osobistej seksualno¶ci, przygotowywa³em zbrodniê mro¿±c± krew w ¿y³ach
postêpowej ludzko¶ci. Ja to zrobi³em i ja poniosê za to odpowiedzialno¶æ przed
najbardziej demokratycznym na ¶wiecie sprawiedliwym s±dem! Czekaj na mnie, Temido, mi³a
przyjació³ko przestêpcy o ¶wiatowej renomie, wkrótce siê zobaczymy i nie próbuj
t³umaczyæ sêdziom przysiêg³ym w ich pokoiku, ¿e nie twoja to Sprawa! Twoja! I moja!
D³ugo na ni± czeka³em i doczeka³em siê! Ca³e moje ¿ycie by³o tylko przygotowaniem
do bestialskiego zamordowania niewinnego zwierzêcia, zabójstwa w warunkach obozowych,
poniewa¿ zoo to nic innego jak obóz, gu³ag, karcer, wiêzienie centralne ostrego
re¿ymu, Wied¼ma i Diabe³, do¿ywotni wyrok dla sympatycznych ptaków i zwierz±t,
stworzonych przez Boga do ¿ycia w warunkach wiecznej wolno¶ci. Wypijmy, przyjacielu, za
tych, kto tam! Za kangury, za b³êkitne wiewiórki i bia³e ³abêdzie.
fragment 2
(...) Zaprowadzi³a mnie Ró¿a Luksemburg, w towarzystwie Karola Liebknechta do
takiego doktora. Doktor Freud. Dobroduszny, ale cholernie ciekawski. Wypytywa³ mnie
nawet, czy w dzieciñstwie lubi³em w±chaæ paluszki po d³ubaniu w pupeñce, czy
obgryza³em pazurki na nogach, czy podgl±da³em papê z mam± podczas aktu albo podczas
ró¿nych kombinacji moich rodziców z przyjació³mi domu i za¿±da³ ode mnie, abym
przypomnia³ sobie ca³e moje ¿ycie, niczego nie ukrywaj±c ani przed nim ani przed
sob±. Piêæ dni i nocy jak leci opowiada³em, a garnitur i palto poniewiera³y siê w
poczekalni na pod³odze. Diagnoza dla mnie okaza³a siê prosta: kompleks ni¿szo¶ci na
pod³o¿u inflacji. Spacery przed snem. Prysznic dr Scharko. Ko³nierz galwanizuj±cy.
Ogl±daæ siebie w lustrze - w ¿adnym wypadku, pod ¿adnym pretekstem. Nastêpnego dnia
mia³em jeszcze jedn± rozmowê z doktorem. Ale dziwne, bo ja wci±¿ o garniturze i
paltocie, przyjacielu, chcê, ¿eby doktor Freud zwróci³ na to uwagê, a on wci±¿ o
dzieciñstwie i dzieciñstwie. Czy pamiêtam, jak wy¶lizgiwa³em siê z brzuchatego
wnêtrza i jak mamu¶ka mlekiem mnie poi³a, czy lubi³em d³ugo siedzieæ na nocniku, czy
pozwala³em kociaczkowi bawiæ siê moim pisiaczkiem, albo odwrotnie, czy chcia³em
swojego psipsiaczka ugotowaæ w zupie z kluseczkami, albo wymieniæ na lalê co mia³a
gêste w³osy i kuse majteczki. Wkurzy³ mnie doktor i wyprowadzi³ z nerw, gdy zapyta³
czy futerko nazywa³em dupci±, pasiekê - pisiaczkiem, mamê - tat± i czy rysowa³em
wizerunek swojego odbicia w ka³u¿y. - Dosyæ - mówiê - doktorze Freud! Zapewne pan zna
siê na nocnikach i nienormalnych ludziach, ale chuj pan wie o promieniowaniu rzeczy, z
którymi cz³owiek ¿yje o wiele d³u¿ej ni¿ z babami. Honorarium zap³acê po inflacji.
¯yczê klienteli. I wychodzê. Idê po Mamlakat Nachangowoj ulicy, pardon, po Fridrisch
Strasse. Palto moje przemok³o na wylot. Poduszeczki na ramionach spuch³y i stercz±
bezczelnie. Znêcaj± siê. No to ja cedzê: Parasola nie bêdzie, nie my¶lcie sobie!.
Chlapiê po ka³u¿ach, spodnie mocze, duszê z nich won, my¶lê. Szkoda by³o tylko
butów. One nie zawini³y. Nawet ani razu nie by³y u szewca. Deszcz do marynarki siê
dobra³. I¶æ by³o ju¿ ciê¿ko: moje przeklête ciuchy wch³onê³y tyle wody. I
nagle, przyjacielu, wyobrazi³em sobie samego siebie na miejscu palta i garnituru. Siebie
samego, na ich miejscu. ¯y³y sobie na mnie, pomaga³y pracowaæ, grza³y, robi³y ze
mnie przyzwoitego cz³owieka i, nie bacz±c na mój podesz³y wiek, stara³y siê piêknie
wygl±daæ. W swojej staro¶ci nie roni³y godno¶ci, teraz to wiem na pewno, i ja by³em
im g³êboko wdziêczny. Moje ciuchy, przyjacielu, mia³y prawo liczyæ na to i
niew±tpliwie na to liczy³y, ¿e uszanujê ich normaln± staro¶æ i umieranie, ¿e
bêd± mia³y swoj± trumienkê, do której normalny cz³owiek Fan Fanycz nie nasypie
naftaliny i gdzie bez po¶piechu bezszumne mole przerobi± je na proch szczê¶liwy. A ja,
jak kurwa z Kazañskiego dworca, podda³em siê radom Ró¿y i Karola i co zrobi³em ze
swoimi ciuchami? Przenicowa³em je, idiota, i tak podarowa³em im to, czego one nie
chcia³y. Ja je, ba³wan, prze-ni-co-wa-³em! Ja je, durna pa³a, odda³em do przeróbki
krawcowi Salomonowi. Grom, przyjacielu, grzmi, b³yskawice podpisuj± siê na niebie jak
¶ledczy na protokole przes³uchania, i poprosi³em o wybaczenie, najpierw swoje palto,
potem mój garnitur. S³usznie - mówiê - zbuntowa³y¶cie siê, zas³u¿y³em
na wasza okrutn± zemstê i ka¿dy wyrok sercem swoim przypieczêtujê. Idziemy, wypijemy
strzemiennego!. Chapn±³em sznapsu w rzyga³ce, rzuci³o mnie w ³zy, gadzinê, ¿e
tak post±pi³em ze ¶miertelna dusz± ubrañ swoich, które z g³upoty swojej,
s³uchaj±c m±drych rad i inflacji skaza³em na poni¿enie zgwa³conej egzystencji. -
Ludzie - mówiê - panowie! - wtedy, przyjacielu, w piwiarniach mowy r±bano. - Niech
wszystko starzeje siê i umiera w swoim czasie, i nawet cia³o Lenina pochowaæ trzeba, po
cholerê faszerowaæ je jakimi¶ trocinami z cyrkowej areny po tresurze lwów, tygrysów i
¿bików? Trociny te pachn± cierpieniem zwierz±t i moczem, panowie! Jak us³yszeli o
Leninie, przyjacielu, to zawyli: Heil Hitler! Heil Hitler!. Wszystko im siê
popieprzy³o. Siedzê. Dorzuci³em jeszcze szklaneczkê. Rêkawy mojej rodzonej marynarki
³zy mi ocieraj±, a ja u¶miecham siê, wybaczyæ sobie nie mogê przenicowania
szanowanych przeze mnie ubrañ. A one nieco podesch³y, przytuli³y siê do mnie, ani
wstaæ, ani siê odwróciæ, i wtedy, przyjacielu, ca³a przyroda i moje ¿ycie zupe³nie
siê zmieni³y. Po pierwsze, deszcz na ulicy przesta³ padaæ. Po drugie, do piwiarni
wszed³ ten sam typ z filharmonii, t³usta ¶winia, który zarobi³ po facjacie od swojej
kochanicy, a z nim jeszcze jeden: z grzywk± w z±bek czesan±, w±siki, br±zowa muszka
pod czarnym p³aszczem. Heil Hitler!. To Niemcy z kuflami wstali witaj±c tych
dwóch. A ten z w±sikami mówi do nich: Urki, portfel mam przy forsie, ³opata z
kapita³em! Od Kruppa, który nas finansuje, bo chce Europê ustawiæ rakiem. Damy czadu!
- i wiesza p³aszcz na oparciu krzes³a. Na mnie nie zwraca uwagi - bo i po co? Siedzi
taka pijana biedaczyna i sznapsem siê tankuje. Patrzê: urki ¶cisk zrobili, o mokrej
robocie szwargoc±. Tego, ten tego, trzeba umoczyæ, tego zamkn±æ, tych spaliæ, a tamci
niech dupsko wylizuj± naszej rasie panów. Nie odwracam siê. Robiê swój koronny zwód
a la passage lew± z przekrêtem lewego barku. Odprowadzam portfel z kaszank± od Kruppa z
p³aszcza tego z w±sikami w z±bek czesanego. Trzymam pod pach±. Marynareczka, mój
¿ywy i wierny partner, chowa i ukrywa portfelik. Dziêkujê ci, kochana! - mówiê - a
urki nadal gniot± swoje. Ten z w±sikami w z±bek czesany zasuwa coraz ogni¶ciej. Zasuwa
do¶æ ciekawie. - Przyda³ by siê - mówi - taki zastêpca od mokrej roboty jak Stalin,
ja bym za niego - mówi - niech suk± zostanê, jak co¶ obracam, - ja bym za niego
dziesiêciu Himmlerów odda³. Zapamiêtajcie sobie, urki, ten cz³owiek daleko zajdzie.
Ale wasz furher i jemu dorobi zajêcze uszy. On sam swoich genera³ów powystrzela i do
kana³u spu¶ci, a swoich partaigenossen zmiksuje w obozach na gestapo. U niego Gestapo
nazywaj± £ubianka. Nasz cz³owiek przys³a³ stamt±d szkice i plany sowieckich
kacetów. Bolszewikom nie mo¿na odmówiæ genialno¶ci, ale sprawê likwidacji kalekiej
swo³oczy zrobimy w stylu niemieckim... My, wodzowie, proszê panów, mamy tylko jedno
¿ycie i prze¿yæ je biednie, ale uczciwie jest bardzo trudno!..., tyle us³ysza³em, bo
musia³em spadaæ z tym portfelem. Spad³em. Garnitur i palto zachowywa³y siê przy tym
wzorowo: zrozumienie sytuacji i oddanie - zachwycaj±ce i braterskie. Przerzuci³em
³opatê z kartoflem - trzy krzywe dolary i funty do rezerwuarka w ¿eñskiej toalecie.
Przeczyta³em na ¶cianie wierszyki Walta Majakowskiego: Partia - rêka milionopalca,
zaci¶niêta w jedn± mia¿d¿±c± piê¶æ. Wczoraj, towarzysze, wysra³em siê tutaj,
b³êdy wybaczcie i cze¶æ!. No to przerzuci³em ³opatnik furhera i wracam. A na
mnie rzuca siê ta t³usta ¶winia Goering i ca³uje jak wujaszka. - Danke schoein,
bratula! - mówi - w filharmonii to nam siê uda³o! Dziêki twojej karteczce odesz³a ode
mnie na zawsze obrzydliwa kochanica. Mia³a chore jajniki, ³echtaczkê tward± jak iglica
parabellum, a charakter - szambo! Dziêkujê! My, Niemcy jeste¶my narodem kochanków, a
nie Heglów i Kantorowiczów. Jeszcze raz dziêki! Wstêpuj do naszej Partii! - proponuje
¶winia, a ja przyuwa¿am, ¿e i on, i ten z w±sikami, i wszyscy pozostali maj± ryje na
amen prze-ni-co-wa-ne! Przenikam na wylot przenicowanie ¶mierdz±ce w ich gadu-gadu i
manierach. - By³a by - mówiê pojednawczo do Goeringa - partia, a cz³onki naród
dostarczy. Wst±piæ nigdy nie jest za pó¼no. - Niech ¿yje partia! - ¶lini siê ten z
w±sikiem i te¿ mi rêkê ¶ciska. Mówi, ¿e ja wtedy heroicznie wyszed³em z sali
demonstruj±c obrzydzenie, jakie czuje niemiecka dusza do modernistyczno-marksistowskiej
zarazy w muzyce, i je¶li on, Hitler, we¼mie w³adzê w swoje rêce, to natychmiast
mianuje mnie dyrektorem filharmonii i naczelnym komisji repertuarowej. - Bowiem - mówi -
co¶ mi siê w tobie podoba, ale nie mogê zrozumieæ co? Twarz masz - aryjsk±. Ty,
wed³ug mnie, astrologi± siê zajmujesz? - Nie - odpowiadam - jestem tylko
miêdzynarodowym, podró¿uj±cym z wystêpami to tu to tam w ró¿nych krajach urk±,
znaczy siê gangsterem. Wa³koniæ siê nie mam ochoty, tak± mam zasadê. - Jak to,
wa³koniæ? - furher nie zrozumia³. - Pracowaæ - mówiê - nie mam ¿yczenia, - i
wyja¶niam na jego pro¶bê, ¿e pipsztykam osobi¶cie budowanie zarówno socjalizmu jak i
kapitalizmu, poniewa¿ to wszystko razem wziête jest fa³szyw± drog± ludzko¶ci i
samobójczym postêpem technicznym, który prowadzi ku ¶mierci wszystkiego co ¿yje, do
zniszczenia powietrza, rzek, oceanów i d¿ungli. Ja do tego rêki nie do³o¿ê. Ja -
mówiê - zabieram nadwy¿ki tym, co puchn± od ¿arcia. I zaiste dziêki temu jestem
nieszkodliwy. Marzê, ¿eby zostaæ farmerem na Antarktydzie, gdzie jak na razie nie ma
¿adnych partii. - To po naszemu. To po wagnerowsku! Ale ty, Fan Fanycz cz³owiekiem
jeste¶ ograniczonym. Ty jeszcze nie dotar³e¶ do socjalizmu narodowego. My, faszy¶ci,
twoj± filozofiê protestu indywidualnego uczynimy filozofi± wszystkich Niemców,
filozofi± Nowej Germanii. My od³upiemy nadwy¿ki ¿ydowskiej plutokracji, ochom±cimy
bolszewick± Rosjê i przetrz±¶niemy rodzinne skrzynie zbzikowanej Europy. My,
aryjczycy, spacerkiem do bufetu, a byd³o niech powa³koni. Ty w Rosji bywa³e¶? -
zapytuje mnie furher i stawia mi kufel. - Bywa³em - mówiê - nie raz. - A ichniego
furhera widzia³e¶, Stalina? - A widzia³em - mówiê - spotka³em go parê razy, w Baku
i w Tyflisie. On banki obrabia³. Dyli¿anse pocztowe za³atwia³, skok na nie robi³ z
kamratami. Niez³y by³ z niego urka, ale zsuczy³ siê, skurwi³. Generalnym sekretarzem
zosta³. Prowadzi siê, jak ¶mierdziuch pod cel±. Krew z ch³opa pije, szlachtê
wyrzyna, popów zamêcza. Krwaw± pajd± siê nie brzydzi. Ale to tylko kwiatuszki.
Jagódki jeszcze przed nami. Tutaj furher zamy¶li³ siê o czym¶, potem mówi: Trudno mi
bêdzie. Trudno. Ale ja jestem przyzwyczajony postêpowaæ po wagnerowsku, po
nietscheañsku, a nie po bachowsku. Ja twojemu Stalinowi napsujê nerwulce! - Dawaj, to ja
ci z rêki powró¿ê - mówiê do furhera, bo poczu³em w nim co¶ z³owieszczo
¶mierdz±cego. Podaje mi swoj± rêkê d³oni± do góry. - O, ta linia - wró¿ê -
¶wiadczy o tym, ¿e w dzieciñstwie gówno ¿ar³e¶. Ale ta sama linia - mówiê - jest
lini± wielko¶ci i powodzenia. Narozrabiasz ty w historii, a¿ drwa polec±, to ci
s±dzone. - Tak jest, w³a¶nie tak - ucieszy³ siê furher - ale uwa¿aj, o tym kale to
nie gadaj. Ja go nigdy nie jad³em. Jam jest wielkim artyst±, Fanie Fanyczu! Wielkim
artyst±! Nie jad³em. - Po prostu nie pamiêtasz - powiedzia³em. Takie co¶ zdarza siê
we wczesnym dzieciñstwie i zapowiada wybrañca i wybitn± osobowo¶æ. A ta oto linia
mówi, ¿e twoim ulubionym kolorem jest br±zowy. A nawiasem mówi±c - zapytujê - czy to
przypadkiem nie ty palcem narysowa³e¶ swastykê w sraczu Reichstagu? - Jeste¶ wielkim
magiem - powiedzia³ furher i zblad³. - Ja j± narysujê, i to nie gównem, ale krwi±! W
Luwrze, w pa³acu Buckingham, na Kremlu i w Bia³ym Domu. Wszystko zgni³o! Wszystko
prze¶miard³o humanizmem! Fe! Spalê ten ¶wiñski chlew ¶wiata! - A mo¿e - mówiê -
lepiej by¶ siê pouczy³ rysowaæ? Teraz, przy inflacji, mo¿na braæ lekcje za kawa³ek
chleba u samego Van Gogha. - Jam jest powo³any dawaæ lekcje, a nie braæ! - rykn±³ na
mnie Hitler i ja, przyjacielu, gorzko zamy¶li³em siê: ilu¿ w tym stuleciu zwali³o
siê na nasze biedne g³owy ¶mierdz±cych, zbzikowanych, |