FORUM

WITRYNA LITERACKA


Aleszkowski.jpg (140263 bytes)Juz-Aleszkowski - człowiek i pisarz legenda

urodz. 21.09.1929 w Krasnojarsku.

W czasie służby wojskowej w marynarce aresztowany i skazany na cztery lata więzienia za wykroczenia dyscyplinarne. Działalność literacką rozpoczął jako pisarz dla dzieci. W tym czasie najwięcej sławy przysporzyły mu piosenki i wiersze, które stały się folklorem łagrowym, zwłaszcza słynna Towarzyszu Stalin. Zabawne jest to, że do tych tekstów, uważanych za anonimowe, gdyż tak były popularne, przyznawali się inni poeci i pieśniarze. W 1979r. Aleszkowski emigrował i osiedlił się w Stanach Zjednoczonych. Opublikował szereg opowieści:

w 1980r. Nikołaj Nikołajewicz - książka ta ostatnio ukazała się w Polsce pt. Uwaga - orgazm!, Maskirowka, w 1981r. Ręka. Opowieść kata, w 1981r. Kenguru - Kangurzyca, Karusel - Karuzela, w 1985r. Śmierć w Moskwie.

W nr 49 Magazynu Gazety Wyborczej z dn. 7.12.2000 opublikowano obszerny wywiad z Juz-Aleszkowskim.

Poniżej publikujemy fragmenty przekładu powieści Kangurzyca.

UWAGA! Język Aleszkowskiego jest nasycony wulgaryzmami, gwarą środowisk przestępczych, grypserą, rosyjskim błatem i tzw. fienią.

Jednym słowem - tylko dla dorosłych i to tych niezbyt pruderyjnych.

 

Juz Aleszkowski

 

Kangurzyca

przekład z ros. Leon Zawadzki

fragment 1

Doczekałem się. Siedzę, filuję na Kidałłę, a on też wzrokiem się skrada i mnie tym wzrokiem przyciska, wierci w mózgownicy kanciastej swoje wspomnienia. - Dawno temu - mówi nagle - widzieliśmy się, obywatelu Te-de. Wkrótce już na emeryturę pójdę. Czas najwyższy, żebyście oddali mi dług. Proszę uważnie mnie wysłuchać. Nasze stosunki są przyjacielskie i zaiste robocze. Mam sprawę, akurat dla was. Chodzi o to, że nasze organa będą za trzy miesiące świętować rocznicę Pierwszej Sprawy. Tej Samej Pierwszej Sprawy. Sprawy Numer Jeden. I nie możemy sobie pozwolić, aby w tym dniu istniała jedna chociażby Nierozwiązana i Niezałatwiona Szczególnie Ważna Sprawa. Ani jedna. Nie myśl nawet, że możesz mi podskoczyć. Hop-stop, powtarzam, wyżej chuja nie przeskoczysz. Intymne pytania są?

- Ile - pytam - macie tych nierozwiązanych i nie załatwionych spraw szczególnie ważnych i czy wszystkie chcecie przyszyć właśnie mnie? Czy sprawy te należy zintegrować, biorąc pod uwagę, że są one, oczywiście, zróżnicowane? - Spraw nierozwiązanych - mówi Kidałła - mamy ilość nieograniczoną, ponieważ my sami je modelujemy. Proponuję sztuk dziesięć do wyboru. Czy są jeszcze intymne pytania?

- A co będzie, jeśli schowam się w głębokiej nieświadomości i nie pęknę, gdybyście nawet bez narkozy ściskali moje jajca drzwiami? - Twoje pytanie - odpowiada Kidałła - jest głupie, i odpowiadać na takowe nie mam zamiaru. To, że teraz siedzisz przede mną, jest koniecznością historyczną, i podskakiwać, podkreślam, jest zajęciem bezużytecznym. Mogę zamiast ciebie wziąć setkę czy nawet dwustu innych obywateli. Ale to właśnie ty jesteś mi potrzebny, kochany Tede. Ty mi się podobasz. Ty - artystą jesteś i zrobisz z procesu wybitny spektakl artystyczny. Parę dni temu powiedziałem do takiego astronoma: To twoje gwiezdne pięć minut, Abarcumian. Pękaj - i zamykamy sprawę. A tak w ogóle, Tede, pogawędzić z tobą to sama przyjemność. Dawaj jednak, zaparz sobie herbaciulkę - do roboty! Nawiasem mówiąc, jeśli chcesz, tak jak moje ptaszęta podśledcze, wiedzieć co to takiego konieczność historyczna, to odpowiem: jest to państwowa, partyjna, filozoficzna i wojskowa ta-jem-ni-ca! No to herbatnij sobie, ja udam się na szczególnie ważne zebranie partyjne, a ty zapoznaj się ze sprawami.
Oto moja rozmowa z nim na Łubiance, i od tej konieczności historycznej zaśmierdziało ku mnie taką beznadziejugą, że uspokoiłem się, pomodliłem do Boga Ojca i zabrałem się za przeglądanie Spraw. I zrozumiałem że lepiej nie można: za każdą z tych spraw przypalantują mi cztery, potem pięć między rogi, pięć po łapach, pięć pod nogi i w dodatku zebranie protestacyjne w zakładach produkcyjnych ?Kaliber?. Potrafią czekiści sprawy montować. A co, szyją dla nich przecież odzież roboczą z najlepszego materiału, a guziki jakie! Już potem Kidałła pokazał mi jakąś maszynę elektronową, która pomagała im te sprawy pichcić i, oczywiście, moją też upichciła. Wprowadzili do tej maszyny jakieś dane o mnie, potem niezwyciężoną naukę Marksa-Engelsa-Stalina, Sowiecką Epokę, żelazną kurtynę, socrealizm, walkę o pokój, kosmopolityzm, knowania CIA i FBI, dniówki kołchozowe, łańcuchowego psa reakcji Tito, i ta maszyna wyplunęła szczególnie ważną sprawę, za którą ja miałem dostać wpierdol.

O samej sprawie zaraz opowiem. No, wszelkie zamachy na Josifa Wissarionowicza od razu odrzuciłem k jebjonoj, pardon, babuszke. Zamachy na Kaganowicza, Malenkowa i Mołotowa i na nich obu razem też odrzuciłem. No, a jeśli tak, to na jaki chuj, pardon, miałem brać na siebie organizowanie zbrojnej napaści na Turcję w celu zawładnięcia górą Ararat i ogłoszenia nowej PanArmenii? Sprawa, oczywiście, sama w sobie dość ciekawa i szlachetna, ale - grupa, gru-pp-a! Gruppkka, przyjacielu! Przecież moja zasada jest prosta: w każdej sprawie tuptam sam, samotnie, samiusieńko. No, dobra. Wiele spraw przejrzałem. Zatrzymałem swoją uwagę na drukowaniu banknotów pieniężnych z portretami Piotra Wielkiego na setkach, piłkarza Bobrowa na półsetkach i Ilji Erenburga na trzydziestkach. Rozważyłem też kradzież jednej nerki podczas operacji organizmu marszałka Czojbałsana, ale niech im, taką sprawę to ja pipsztykam, przyjacielu. Próbę inscenizacji Braci Karamazow w Centralnym Teatrze Armii Czerwonej - też. Trzęsienia ziemi, zatrucie rzek i gazociągów w rejonie dyslokacji wojsk pancernych, sabotaż, gloryfikacja teorii względności, agitacja i propaganda, zajmowanie stołka w redakcji znanego miesięcznika w celu itd., sabotowanie planów produkcyjnych, wieloletnia dezinformacja w Instytucie Meteorologicznym ZSRR, szpiegostwo na rzecz 77 państw obcych włącznie z Antarktydą - to wszystko, przyjacielu, było smutne, odrażające i amoralne. I nagle, tuż przed powrotem Kiddałły, rzuca mi się w oczy, co ty myślisz, przyjacielu?! Rzuca mi się w oczy Sprawa bestialskiego zgwałcenia najstarszej kangurzycy w moskiewskim zoo w nocy z 14 czerwca 1789r. na 5 stycznia 1905r.. Zapewne maszyna elektroniczna poplątała francuską rewolucję z kołchozami, odciskami moich palców, krwawą niedzielą, australijska reakcją, niebezpiecznym dla ZSRR powstaniem państwa Izrael i wyplunęła sprawę, na którą oczekiwałem przez całe lata, miotając ikrę i sikając w sufit kwasem solnym. Czytam: ?Ja, doktor nauk filologicznych Perebabajew Valois, podczas nocnego obchodu wzorcowego wybiegu dla słoni, z antykwaryczną kołatką, usłyszałem i zapamiętałem dźwięki, w których moduł suffiksu dominował nad semantyczną kodą watmana antysowieckich anegdot niech żyje towarzysz Wyszyński okazał się kangurzycą zapalił kopciucha pochodnię bengalski ogień Alfy Centaura job twoju mać psów łańcuchowych alarm lwia dola walki w kieszeni kangurzycy krótki kurs wkp(b) sądzony na terytorium okupowanym nie mam puls zero sporządził protokol Peredjubabajew Valoi.

Nu, bracie, ale zupa rybna! Pomyślałem: komu mogło przyjść do głowy trachnąć biedne zwierzę kangura i zabić? Pomyślałem i nagle zrozumiałem: przecież to ja sam, moje to ręce zrobiły! Moje! Ja - potwór moralny wszechczasów i narodów - w długie zimowe noce śledziłem z muru zoo na placu Powstania starą kangurzycę i, zaplątany w problemie osobistej seksualności, przygotowywałem zbrodnię mrożącą krew w żyłach postępowej ludzkości. Ja to zrobiłem i ja poniosę za to odpowiedzialność przed najbardziej demokratycznym na świecie sprawiedliwym sądem! Czekaj na mnie, Temido, miła przyjaciółko przestępcy o światowej renomie, wkrótce się zobaczymy i nie próbuj tłumaczyć sędziom przysięgłym w ich pokoiku, że nie twoja to Sprawa! Twoja! I moja! Długo na nią czekałem i doczekałem się! Całe moje życie było tylko przygotowaniem do bestialskiego zamordowania niewinnego zwierzęcia, zabójstwa w warunkach obozowych, ponieważ zoo to nic innego jak obóz, gułag, karcer, więzienie centralne ostrego reżymu, Wiedźma i Diabeł, dożywotni wyrok dla sympatycznych ptaków i zwierząt, stworzonych przez Boga do życia w warunkach wiecznej wolności. Wypijmy, przyjacielu, za tych, kto tam! Za kangury, za błękitne wiewiórki i białe łabędzie.

fragment 2

(...) Zaprowadziła mnie Róża Luksemburg, w towarzystwie Karola Liebknechta do takiego doktora. Doktor Freud. Dobroduszny, ale cholernie ciekawski. Wypytywał mnie nawet, czy w dzieciństwie lubiłem wąchać paluszki po dłubaniu w pupeńce, czy obgryzałem pazurki na nogach, czy podglądałem papę z mamą podczas aktu albo podczas różnych kombinacji moich rodziców z przyjaciółmi domu i zażądał ode mnie, abym przypomniał sobie całe moje życie, niczego nie ukrywając ani przed nim ani przed sobą. Pięć dni i nocy jak leci opowiadałem, a garnitur i palto poniewierały się w poczekalni na podłodze. Diagnoza dla mnie okazała się prosta: kompleks niższości na podłożu inflacji. Spacery przed snem. Prysznic dr Scharko. Kołnierz galwanizujący. Oglądać siebie w lustrze - w żadnym wypadku, pod żadnym pretekstem. Następnego dnia miałem jeszcze jedną rozmowę z doktorem. Ale dziwne, bo ja wciąż o garniturze i paltocie, przyjacielu, chcę, żeby doktor Freud zwrócił na to uwagę, a on wciąż o dzieciństwie i dzieciństwie. Czy pamiętam, jak wyślizgiwałem się z brzuchatego wnętrza i jak mamuśka mlekiem mnie poiła, czy lubiłem długo siedzieć na nocniku, czy pozwalałem kociaczkowi bawić się moim pisiaczkiem, albo odwrotnie, czy chciałem swojego psipsiaczka ugotować w zupie z kluseczkami, albo wymienić na lalę co miała gęste włosy i kuse majteczki. Wkurzył mnie doktor i wyprowadził z nerw, gdy zapytał czy futerko nazywałem dupcią, pasiekę - pisiaczkiem, mamę - tatą i czy rysowałem wizerunek swojego odbicia w kałuży. - Dosyć - mówię - doktorze Freud! Zapewne pan zna się na nocnikach i nienormalnych ludziach, ale chuj pan wie o promieniowaniu rzeczy, z którymi człowiek żyje o wiele dłużej niż z babami. Honorarium zapłacę po inflacji. Życzę klienteli. I wychodzę. Idę po Mamlakat Nachangowoj ulicy, pardon, po Fridrisch Strasse. Palto moje przemokło na wylot. Poduszeczki na ramionach spuchły i sterczą bezczelnie. Znęcają się. No to ja cedzę: Parasola nie będzie, nie myślcie sobie!. Chlapię po kałużach, spodnie mocze, duszę z nich won, myślę. Szkoda było tylko butów. One nie zawiniły. Nawet ani razu nie były u szewca. Deszcz do marynarki się dobrał. Iść było już ciężko: moje przeklęte ciuchy wchłonęły tyle wody. I nagle, przyjacielu, wyobraziłem sobie samego siebie na miejscu palta i garnituru. Siebie samego, na ich miejscu. Żyły sobie na mnie, pomagały pracować, grzały, robiły ze mnie przyzwoitego człowieka i, nie bacząc na mój podeszły wiek, starały się pięknie wyglądać. W swojej starości nie roniły godności, teraz to wiem na pewno, i ja byłem im głęboko wdzięczny. Moje ciuchy, przyjacielu, miały prawo liczyć na to i niewątpliwie na to liczyły, że uszanuję ich normalną starość i umieranie, że będą miały swoją trumienkę, do której normalny człowiek Fan Fanycz nie nasypie naftaliny i gdzie bez pośpiechu bezszumne mole przerobią je na proch szczęśliwy. A ja, jak kurwa z Kazańskiego dworca, poddałem się radom Róży i Karola i co zrobiłem ze swoimi ciuchami? Przenicowałem je, idiota, i tak podarowałem im to, czego one nie chciały. Ja je, bałwan, prze-ni-co-wa-łem! Ja je, durna pała, oddałem do przeróbki krawcowi Salomonowi. Grom, przyjacielu, grzmi, błyskawice podpisują się na niebie jak śledczy na protokole przesłuchania, i poprosiłem o wybaczenie, najpierw swoje palto, potem mój garnitur. Słusznie - mówię - zbuntowałyście się, zasłużyłem na wasza okrutną zemstę i każdy wyrok sercem swoim przypieczętuję. Idziemy, wypijemy strzemiennego!. Chapnąłem sznapsu w rzygałce, rzuciło mnie w łzy, gadzinę, że tak postąpiłem ze śmiertelna duszą ubrań swoich, które z głupoty swojej, słuchając mądrych rad i inflacji skazałem na poniżenie zgwałconej egzystencji. - Ludzie - mówię - panowie! - wtedy, przyjacielu, w piwiarniach mowy rąbano. - Niech wszystko starzeje się i umiera w swoim czasie, i nawet ciało Lenina pochować trzeba, po cholerę faszerować je jakimiś trocinami z cyrkowej areny po tresurze lwów, tygrysów i żbików? Trociny te pachną cierpieniem zwierząt i moczem, panowie! Jak usłyszeli o Leninie, przyjacielu, to zawyli: Heil Hitler! Heil Hitler!. Wszystko im się popieprzyło. Siedzę. Dorzuciłem jeszcze szklaneczkę. Rękawy mojej rodzonej marynarki łzy mi ocierają, a ja uśmiecham się, wybaczyć sobie nie mogę przenicowania szanowanych przeze mnie ubrań. A one nieco podeschły, przytuliły się do mnie, ani wstać, ani się odwrócić, i wtedy, przyjacielu, cała przyroda i moje życie zupełnie się zmieniły. Po pierwsze, deszcz na ulicy przestał padać. Po drugie, do piwiarni wszedł ten sam typ z filharmonii, tłusta świnia, który zarobił po facjacie od swojej kochanicy, a z nim jeszcze jeden: z grzywką w ząbek czesaną, wąsiki, brązowa muszka pod czarnym płaszczem. Heil Hitler!. To Niemcy z kuflami wstali witając tych dwóch. A ten z wąsikami mówi do nich: Urki, portfel mam przy forsie, łopata z kapitałem! Od Kruppa, który nas finansuje, bo chce Europę ustawić rakiem. Damy czadu! - i wiesza płaszcz na oparciu krzesła. Na mnie nie zwraca uwagi - bo i po co? Siedzi taka pijana biedaczyna i sznapsem się tankuje. Patrzę: urki ścisk zrobili, o mokrej robocie szwargocą. Tego, ten tego, trzeba umoczyć, tego zamknąć, tych spalić, a tamci niech dupsko wylizują naszej rasie panów. Nie odwracam się. Robię swój koronny zwód a la passage lewą z przekrętem lewego barku. Odprowadzam portfel z kaszanką od Kruppa z płaszcza tego z wąsikami w ząbek czesanego. Trzymam pod pachą. Marynareczka, mój żywy i wierny partner, chowa i ukrywa portfelik. Dziękuję ci, kochana! - mówię - a urki nadal gniotą swoje. Ten z wąsikami w ząbek czesany zasuwa coraz ogniściej. Zasuwa dość ciekawie. - Przydał by się - mówi - taki zastępca od mokrej roboty jak Stalin, ja bym za niego - mówi - niech suką zostanę, jak coś obracam, - ja bym za niego dziesięciu Himmlerów oddał. Zapamiętajcie sobie, urki, ten człowiek daleko zajdzie. Ale wasz furher i jemu dorobi zajęcze uszy. On sam swoich generałów powystrzela i do kanału spuści, a swoich partaigenossen zmiksuje w obozach na gestapo. U niego Gestapo nazywają Łubianka. Nasz człowiek przysłał stamtąd szkice i plany sowieckich kacetów. Bolszewikom nie można odmówić genialności, ale sprawę likwidacji kalekiej swołoczy zrobimy w stylu niemieckim... My, wodzowie, proszę panów, mamy tylko jedno życie i przeżyć je biednie, ale uczciwie jest bardzo trudno!..., tyle usłyszałem, bo musiałem spadać z tym portfelem. Spadłem. Garnitur i palto zachowywały się przy tym wzorowo: zrozumienie sytuacji i oddanie - zachwycające i braterskie. Przerzuciłem łopatę z kartoflem - trzy krzywe dolary i funty do rezerwuarka w żeńskiej toalecie. Przeczytałem na ścianie wierszyki Walta Majakowskiego: Partia - ręka milionopalca, zaciśnięta w jedną miażdżącą pięść. Wczoraj, towarzysze, wysrałem się tutaj, błędy wybaczcie i cześć!. No to przerzuciłem łopatnik furhera i wracam. A na mnie rzuca się ta tłusta świnia Goering i całuje jak wujaszka. - Danke schoein, bratula! - mówi - w filharmonii to nam się udało! Dzięki twojej karteczce odeszła ode mnie na zawsze obrzydliwa kochanica. Miała chore jajniki, łechtaczkę twardą jak iglica parabellum, a charakter - szambo! Dziękuję! My, Niemcy jesteśmy narodem kochanków, a nie Heglów i Kantorowiczów. Jeszcze raz dzięki! Wstępuj do naszej Partii! - proponuje świnia, a ja przyuważam, że i on, i ten z wąsikami, i wszyscy pozostali mają ryje na amen prze-ni-co-wa-ne! Przenikam na wylot przenicowanie śmierdzące w ich gadu-gadu i manierach. - Była by - mówię pojednawczo do Goeringa - partia, a członki naród dostarczy. Wstąpić nigdy nie jest za późno. - Niech żyje partia! - ślini się ten z wąsikiem i też mi rękę ściska. Mówi, że ja wtedy heroicznie wyszedłem z sali demonstrując obrzydzenie, jakie czuje niemiecka dusza do modernistyczno-marksistowskiej zarazy w muzyce, i jeśli on, Hitler, weźmie władzę w swoje ręce, to natychmiast mianuje mnie dyrektorem filharmonii i naczelnym komisji repertuarowej. - Bowiem - mówi - coś mi się w tobie podoba, ale nie mogę zrozumieć co? Twarz masz - aryjską. Ty, według mnie, astrologią się zajmujesz? - Nie - odpowiadam - jestem tylko międzynarodowym, podróżującym z występami to tu to tam w różnych krajach urką, znaczy się gangsterem. Wałkonić się nie mam ochoty, taką mam zasadę. - Jak to, wałkonić? - furher nie zrozumiał. - Pracować - mówię - nie mam życzenia, - i wyjaśniam na jego prośbę, że pipsztykam osobiście budowanie zarówno socjalizmu jak i kapitalizmu, ponieważ to wszystko razem wzięte jest fałszywą drogą ludzkości i samobójczym postępem technicznym, który prowadzi ku śmierci wszystkiego co żyje, do zniszczenia powietrza, rzek, oceanów i dżungli. Ja do tego ręki nie dołożę. Ja - mówię - zabieram nadwyżki tym, co puchną od żarcia. I zaiste dzięki temu jestem nieszkodliwy. Marzę, żeby zostać farmerem na Antarktydzie, gdzie jak na razie nie ma żadnych partii. - To po naszemu. To po wagnerowsku! Ale ty, Fan Fanycz człowiekiem jesteś ograniczonym. Ty jeszcze nie dotarłeś do socjalizmu narodowego. My, faszyści, twoją filozofię protestu indywidualnego uczynimy filozofią wszystkich Niemców, filozofią Nowej Germanii. My odłupiemy nadwyżki żydowskiej plutokracji, ochomącimy bolszewicką Rosję i przetrząśniemy rodzinne skrzynie zbzikowanej Europy. My, aryjczycy, spacerkiem do bufetu, a bydło niech powałkoni. Ty w Rosji bywałeś? - zapytuje mnie furher i stawia mi kufel. - Bywałem - mówię - nie raz. - A ichniego furhera widziałeś, Stalina? - A widziałem - mówię - spotkałem go parę razy, w Baku i w Tyflisie. On banki obrabiał. Dyliżanse pocztowe załatwiał, skok na nie robił z kamratami. Niezły był z niego urka, ale zsuczył się, skurwił. Generalnym sekretarzem został. Prowadzi się, jak śmierdziuch pod celą. Krew z chłopa pije, szlachtę wyrzyna, popów zamęcza. Krwawą pajdą się nie brzydzi. Ale to tylko kwiatuszki. Jagódki jeszcze przed nami. Tutaj furher zamyślił się o czymś, potem mówi: Trudno mi będzie. Trudno. Ale ja jestem przyzwyczajony postępować po wagnerowsku, po nietscheańsku, a nie po bachowsku. Ja twojemu Stalinowi napsuję nerwulce! - Dawaj, to ja ci z ręki powróżę - mówię do furhera, bo poczułem w nim coś złowieszczo śmierdzącego. Podaje mi swoją rękę dłonią do góry. - O, ta linia - wróżę - świadczy o tym, że w dzieciństwie gówno żarłeś. Ale ta sama linia - mówię - jest linią wielkości i powodzenia. Narozrabiasz ty w historii, aż drwa polecą, to ci sądzone. - Tak jest, właśnie tak - ucieszył się furher - ale uważaj, o tym kale to nie gadaj. Ja go nigdy nie jadłem. Jam jest wielkim artystą, Fanie Fanyczu! Wielkim artystą! Nie jadłem. - Po prostu nie pamiętasz - powiedziałem. Takie coś zdarza się we wczesnym dzieciństwie i zapowiada wybrańca i wybitną osobowość. A ta oto linia mówi, że twoim ulubionym kolorem jest brązowy. A nawiasem mówiąc - zapytuję - czy to przypadkiem nie ty palcem narysowałeś swastykę w sraczu Reichstagu? - Jesteś wielkim magiem - powiedział furher i zbladł. - Ja ją narysuję, i to nie gównem, ale krwią! W Luwrze, w pałacu Buckingham, na Kremlu i w Białym Domu. Wszystko zgniło! Wszystko prześmiardło humanizmem! Fe! Spalę ten świński chlew świata! - A może - mówię - lepiej byś się pouczył rysować? Teraz, przy inflacji, można brać lekcje za kawałek chleba u samego Van Gogha. - Jam jest powołany dawać lekcje, a nie brać! - ryknął na mnie Hitler i ja, przyjacielu, gorzko zamyśliłem się: iluż w tym stuleciu zwaliło się na nasze biedne głowy śmierdzących, zbzikowanych,