![]() |
FORUM PĘTLA CZASU |
![]() |
![]()
Głoszę zwycięstwo poety
Gall Anonim XX
Kłamstwo nas
nie rozdzieliło.
Prawda nas nie połączyła.
Kim jest nasze dziecko?
[Gall Anonim XX Dzwonki]
Renata: Jakie jest prawdziwe nazwisko Galla Anonima XX?
Gall Anonim: Gall Anonim XX,
ponieważ o nim mamy rozmawiać.
R: Ale masz przecież dowód osobisty. Jakie nazwisko w nim figuruje?
GA: To właśnie bardzo chciała ustalić służba bezpieczeństwa w roku 1968 i rzeczywiście jej się to udało.
R: Teraz już nie ma bezpieki.
GA: Do czasu, do czasu. Bezpieka jest jak hydra, na miejsce jednej odrąbanej głowy czy łapy wyrastają następne. Tak było i tak będzie.
R: Mam przed sobą maszynopisy wierszy, również legendarnego dramatu Słowianie czyli Dziadów ciąg dalszy. Są akta sprawy sądowej z lipca 1969r. Oskarżono Cię o napisanie i publikowanie utworów, które mogły być według aktu oskarżenia: przyczyną publicznych niepokojów...
GA: A więc znane jest moje nazwisko z akt sprawy.
R: Owszem, ale dlaczego nie zgadzasz się je ujawnić?
GA: Ponieważ nie ma ono znaczenia dla przebiegu naszej rozmowy, ani dla mojego Czytelnika. Aczkolwiek jest powód jeszcze ważniejszy: narodziłem się kilkakrotnie, więc mam kilka nazwisk, a w tym momencie zajmujemy się Gallem Anonimem XX.
R: No właśnie...
GA: Ależ... Powiedziałem, że narodziłem się kilkakrotnie. Każda z tych osób, które zamieszkują w moim ciele, ma swój rodowód, czas i miejsce swoich narodzin, własną historię oraz, właśnie tak, ma swoją kontynuację. Jednym, słowem wraz z narodzinami, powiedzmy Galla Anonima XX, pozostali mieszkańcy mojej osoby wcale nie zamierzali umierać, ani rezygnować z tak dogodnej kwatery. Nie, nie cierpię na rozdwojenie jaźni, a jeśli już, to jak każdy człowiek mam dla jednej jedynej jaźni parę ubrań. Od biedy można by więc mówić o zwielokrotnieniu osobowości, aczkolwiek to nic nadzwyczajnego.
R: A jak z badaniami?...
GA: Owszem byłem badany, między innymi przez lekarza K., w mokotowskim więzieniu na Rakowieckiej, w 1969r. Wtedy moje prawe kolano odmawiało mi posłuszeństwa. Lekarz K. powiedział: Przyjdźcie (do więźniów zwracano się per wy), jak nie będziecie mogli chodzić. I kazał klawiszowi odprowadzić mnie do celi. Jak widać, jeden z nas był na bakier z logiką, bo jak tu przyjść, kiedy nie możesz chodzić. Ale zastanawiam się: a może lekarz K. był poetą i stąd ten medyczny aforyzm?...
R: Ale ja pytam...
GA: O psychiatrów? Nie, nie jestem przypadkiem psychiatrycznym. Powiem więcej, każdy człowiek jest schronieniem dla co najmniej dwóch, trzech postaci, a te muszą sobie jakoś radzić we wspólnym siedlisku. Gdyby takiej osobie, w miarę pojawiania się nowonarodzonych i krzepko rozwijających się w niej postaci, udało się zmienić swoje dane, a także uzyskiwać akt zgonu dla postaci, która właśnie umarła, pozostawiając więcej przestrzeni dla następnej, to wszyscy bylibyśmy o wiele zdrowsi.
R: Nigdy nie widziałam wydań Twoich wierszy. Nie spotkałam ich w księgarniach.
GA: Pod koniec lat 70-tych obowiązywały jeszcze te wszystkie socjalistyczne restrykcje. Zostało podjętych kilka prób wydania Galla Anonima, raczej poszczególnych wierszy, ale spełzły na niczym. Była taka pani, naczelny redaktor Czytelnika w Warszawie na Wiejskiej, nazywano ją szarą eminencją polskiej literatury. Kobieta, która decydowała o tym, co powinno się ukazać, a co nie, miała podobno świetne wyczucie.
R: Sama nie pisała?
GA: Z tego, co wiem, nie. Ona niedawno zmarła. W roku 1974 lub 1975 ktoś przekazał jej Galla Anonima - ja już nawet dobrze nie pamiętam kto. Po jakimś czasie ozwał się telefon, że pani naczelna chciałaby się ze mną zobaczyć. Spotkaliśmy się w jej domu. Była bardzo miła i sympatyczna. Wyjęła ze swojego biurka maszynopis moich wierszy i oddając mi je powiedziała tak: jestem bardzo szczęśliwa, że w Polsce zostały napisane takie wiersze, ale nie mogę ich wydać ani nie mogę ich rekomendować. Spojrzałem na nią pytająco - byłem o wiele młodszy niż teraz, o wiele bardziej zażenowany i skromny. I powiem panu otwarcie - powiedziała - niech pan nie stuka, nie puka, bo nie będzie panu otworzone.
R: Ale to było w tamtych czasach...
GA: Ona nie przewidywała, że czasy się zmienią. To nie był moment, w którym można było domniemywać, że rozpadnie się takie imperium jak Związek Radziecki, a polską cenzurę szlag trafi.
Przyznam, że jej słowa wywołały we mnie wściekłą rezygnację. Z tego, co ona powiedziała wynikało, że byłem w tzw. zapisie czyli czarnej księdze. Oznaczało to zakaz publikowania nie utworu, ale konkretnego autora. Zakazy obejmowały człowieka, nie jego utwory, choćby nie wiem co napisał. Mógł napisać rzecz godną dwóch nagród Nobla, a był zakaz na niego i koniec.
Dostęp do środków masowego przekazu był ograniczony, pilnowały tego władze i cenzura. Nie było prywatnych wydawnictw. Komuniści panicznie bali się człowieka, który ma chociażby maszynę do pisania, a co dopiero powielacz. Ja nie miałem powielacza. Robiono domowej roboty powielacze, używając do tego... wyżymaczki. Stosowaliśmy techniki fotograficzne. Pisało się coś wyraźnie, potem fotografowało się to strona za stroną i robiło się zdjęcia jedno po drugim. Tak sporządziłem 11 egzemplarzy Słowian. Nie wiem czy widziałaś kiedyś oryginał?
R: To były zdjęcia?
GA: Tak. W takiej formie zostało to przekazane ludziom, czyli jak się wtedy mówiło, rozpowszechnione. Każde zdjęcie trzeba było wywołać w warunkach domowych. Jeśli nie miało się pracowni, ani zaufanego fotografa, to robiło się to w łazience. Było tam duszno od oparów odczynników chemicznych.
Można było też "dzieło" sfotografować, strona po stronie
i wysłać za granicę w postaci rolki filmowej.
Możesz sobie wyobrazić, że jeśli utwór miał np. 50
stron to potrzebnych było 50 klatek czyli 50 zdjęć, to był jeden egzemplarz. A jeżeli
chciałeś dziesięć egzemplarzy, to robiłeś 500 odbitek. Papier kosztował,
wywoływacz kosztował, utrwalacz kosztował, czas pracy...
Kiedy to można było robić? Jak myślisz, jeśli normalnie
zarabiało się na życie, a tylko każdą chwilę wolnego czasu od tej siermiężnej
pracy niewolniczej można było wykorzystać na coś, co naprawdę masz do zrobienia, w
soboty, po nocach, w niedziele, święta i tak dalej. W domu ludzie też chcą żyć, a
domy były takie..., to nie były domy, to były mieszkania M-3, M-2.
R: Czy wtedy wynajmowałeś mieszkanie?
GA: Nie. Mieszkałem na Brazylijskiej w Warszawie, mieszkanie M-3, dwa pokoje z kuchnią. Czworo ludzi. Wobec tego, jeżeli nawet zrobisz 500 odbitek, to musisz je gdzieś wysuszyć, rozkładając na gazetach na podłodze, przyklejając do szklanych powierzchni.
R: Czy robiłeś to wszystko hurtem czy partiami?
GA: Różnie bywało, ale wolałem
robić to hurtem. Jak się uwziąłem, to potrafiłem coś trzy doby robić bez przerwy,
nie śpiąc, prawie nic nie jedząc, piłem tylko dużo wody.
Jak inni mieli chodzić po takim mieszkaniu? Dzwoni ktoś do drzwi - jak go wpuścisz?
Antypaństwowe teksty rozłożone na podłodze! Najpierw sprawdzasz czy to przyjaciel, a
przecież nawet przyjaciół o tym się nie informowało. Nie dlatego, że się bałem,
tylko dla ich dobra. Tu nie chodziło od razu o więzienia, obozy koncentracyjne, o bicie.
Ale można było błyskawicznie stracić pracę, utracić możliwość robienia kariery
naukowej, publikowania. Jeżeli redaktor Bolesław Baranowski brał taki egzemplarz, to go
trzymał u siebie przez jedną tylko noc, na przykład Słowian, po czym przynosił
następnego dnia, bo nie chciał mieć czegoś takiego w domu. Gdyby coś się stało i to
poszłoby w świat, i udowodniliby, że to poszło od redaktora B. z domu, to on traci
pracę, traci możliwość publikowania i nie ma na życie, nie ma na chleb, ale ma
rodzinę. Takie były czasy. Dlatego, gdy dzisiaj młodzi mówią mi, czego to oni nie
mogą, to się temu przyglądam i zastanawiam: o czym oni mówią?!
Myśmy dziesięciolecia żyli w takich warunkach. Na początku dawali po łapach, potem po
pupie, jak śpiewał Kaczmarski, po pupie, po pupie a potem do kąta a tam się
stoi i połyka łzy. Potem już nie dawali od razu po pupie, tylko wyrzucali z
pracy. W socjalizmie nie wolno było nie pracować, sprawdzali z czego żyjesz, a jeśli
im podpadłeś, to potem już nie sprawdzali z czego żyjesz, tylko zdychaj sobie, bo nie
masz czym zapłacić za czynsz, a potem do sądu i won! Jak złapałeś wilczy bilet,
a byłeś doktorantem, magistrem, to mogłeś znaleźć pracę w jakimś biurze, gdzie
wykańczała cię bezsensowna krzątanina, po której miałeś dosyć wszystkiego, nic
tylko spać (Po pracy festiwal piosenki/ i dziwkę zerżnąć. To jest życie. -
napisałem w jednym z wierszy). I tak od rana do nocy, i bezpieka doskonale
wiedziała, że to się kończy zupełnym otępieniem.
Na Pradze w Warszawie była ulica Cyryla i Metodego, znany komisariat milicji obywatelskiej, mawiano więc Cyryl, bo Cyryl, ale te metody!
Trzymasz w ręku rzecz historyczną, egzemplarz Słowian w jego edycji fotograficznej. Widzisz, format jest niewielki. Czytać tekst jest trudno. Ten egzemplarz wykradłem z archiwum, bo bezpieka go aresztowała a sąd to zaklepał! Został skonfiskowany na rzecz skarbu państwa.
R: Takie jest to drogie, że aż do skarbu państwa trafiło?!
GA: Jeżeli tekst był wydany anonimowo, trzeba było tak go robić, żeby nie można było zidentyfikować maszyny do pisania, na której został przepisany. Jak się to robi? Tu masz egzemplarz "tajnego" maszynopisu. Każda litera jest pociągnięta długopisem. W ten sposób tuszowało się tzw. charakter maszyny. Każda maszyna ma swój indywidualny charakter pisma. Okazało się, że nawet po pokryciu liter tuszem można dojść co to za maszyna. Taką ekspertyzę zrobiono mojej maszynie do pisania i w końcu bezpieka miała dowód z laboratorium kryminalistyki, że to ta maszyna, a ja jestem jej właścicielem. Dobrze chłopcy pracują, fachowo.
Mijały lata, pracowałem. W kamienicy, gdzie żyli moi rodzice, na pierwszym piętrze mieszkał prof. Jan S., ważna postać PRL, wysokiej klasy intelektualista, socjolog, filozof, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk. Był nawet członkiem Rady Państwa. Jego rodzina utrzymywała sąsiedzkie relacje z moimi rodzicami. Moja matka, która miała moje wiersze, przy okazji zaczęła o tym z nimi rozmawiać. Przeczytali te wiersze i zostałem zaproszony do mieszkania profesora, usłyszałem, że można by je wydać i są gotowi w tym pośredniczyć. Zapytali o moją zgodę i skierowali - ciekawe - do tego samego wydawnictwa Czytelnik, którego pani redaktor naczelna powiedziała mi niech pan nie puka, nie będzie panu otworzone. Wiersze trafiły do redaktora G. Pan redaktor trzymał je kilka tygodni, po czym zadzwonił do mnie, żebym do niego przyszedł. Oddał mi egzemplarz ze swoimi odręcznymi notatkami na marginesach. Powiedział, że tego nie można publikować, że Dzwonki bardzo mu się podobają, a jeżeli chodzi o pozostałe, to on ma mnóstwo zastrzeżeń. Ten egzemplarz z jego uwagami mam do dzisiaj.
R: Czy jego uwagi dotyczyły treści wierszy czy też formy?
GA: Ja myślę, że był tymi wierszami zaszokowany. Nie tylko tym, że nie można tych wierszy publikować z politycznego punktu widzenia. Nie mógł ich rekomendować do druku, dla zachowania poprawności wobec władców, dla bezpieczeństwa wydawnictwa oraz osobistego bezpieczeństwa pana redaktora. Wtedy funkcjonowała cenzura, car i boh polskiej kultury. Funkcjonował więc gdzieś zapis na moją osobę, a tego zapisu żaden wydawca przy zdrowych zmysłach by nie naruszył. O tym, czym jest ta kultura, jak z tego woniejącego aluzyjną służalczością gniotu rodzą się potworki, opowiem ci innym razem. Ale pan redaktor G. miał też i taki powód: dostał teksty, w których wyraźnie zobaczył, że odwołując się do tradycyjnej formy języka i wersyfikacji posługuję się językiem, który przerażał ufryzowanych literatów. Oni w ogóle i przede wszystkim robili literaturę. Żywa tkanka i bebechy życia takiego, jakie ono jest, szczurza krzątanina złapana w światło reflektorów głębokiej penetracji, budziła w nich niesmak estetów. Pan redaktor przeczytał, nie tylko przeczytał, lecz poczuł i zobaczył jakim gównem obsrywa ich władza i jak dają się poniżać, żeby nie ryzykować swoimi ciepłymi posadkami, literacką nobliwością. Język? Nie wiedzieli, że taki język funkcjonuje, bo to byli literaci, którzy trzymali się pustych form. A może udawali, że go nie znają, albo że nie przystoi dla panienki brać do ręki. Potem kiedy pojawiły się słowniki mowy potocznej, kiedy do języka zaczęła wchodzić grypsera, kiedy język ulicy wdarł się na salony literackie i okazało się, że ludzie mówią zupełnie innym językiem niż literaci...
R: A czego się spodziewałeś?
GA: Prawdy. Gdyby ów redaktor powiedział: Wie pan, cenzura tego nie puści. Gdyby nawet jakimś cudem udało nam się to wydać, to pozbawiono by nas pracy, comiesięcznej pensji, gratyfikacji, splendoru bycia redaktorem w szacownym wydawnictwie, no i tego wpływu na kulturę literacką, który choć ubogi, lecz chędogi. Co pan chce, żebyśmy poszli z torbami, bo panu się zebrało na szczerość? Ale nie, nie powiedział, tylko dorobił do tego ideologię, frazeologię, ubrał w mniemanologię na temat, zasłonił się względami, a jakże, literatury i filozofii, a w gruncie rzeczy interesu żarłocznej szarańczy, która zeżre wszystko, byleby jej władza nie zabrała talerza sprzed nosa.
R: Wracając do wierszy, czy można powiedzieć, że to jest poezja życia, to znaczy...
GA: Tak. Język tej poezji jest językiem życia. Otwórzmy na chybił trafił, wiersz z cyklu Jasnowidzenie: Gdy zalizaną ranę przeznaczenia... Czy to jest okropne? Rany zazwyczaj się zalizuje. Można wylizać swoje rany, ale zalizać?!... To bardzo nieładne określenie. Pan redaktor zrobił uwagę pod tym wierszem: okropne! - wykrzyknik.
Gdy zalizaną ranę przeznaczenia,
czas medyk przekabaca w bliznę
Przekabacić coś w bliznę
. To można powiedzieć o wiele kulturalniej. Przecież można to powiedzieć tak, jak Iwaszkiewicz. Natomiast ja pisałem tak, jak to jest, jak to boli, jak rwie, pali, w końcu staje się blizną. A kto wyleczył? Dochtor? Czas wyleczył, przekabacił w bliznę, jeszcze raz się udało nie zdechnąć, panie redaktorze.R: No tak, ale był przecież w poezji turpizm.
GA: Turpizm rzucił oficjalnemu językowi wyzwanie. Natomiast ja nie miałem zamiaru dyskutować ani z językiem, ani z władzą, ani z ich anemiczną literaturą. Mówiłem normalnym językiem, a więc innym niż ten ulizany język kawiarnianych bubków, który był im potrzebny, żeby dużo mówić i nic nie powiedzieć. Musimy być w stanie jakiegoś uniesienia, skoro wystawiamy się na uderzenia, które nas ranią. Jesteśmy ranni, boli nas, ale ten ból syci naszą duszę sensem tego, co zrobiliśmy. A przy tym nie spycha nas w groszowe rozważania o egzystencji arystokratów ducha pośród chamów codzienności. Ale gdy pojawia się już tylko blizna, to dokąd odchodzi owo uniesienie?! O jakie uniesienie chodzi?! Jaki przełom dokonał się w człowieku, jaki zwrot w życiu, że to, co było uniesieniem, spłaszcza się i staje się płytkie?!
R: Czy chodzi o to, że natura życia kaleczy człowieka i niszczy nawet najwyższe uniesienie?
GA: Czy to, co powiedziałaś, wynika ze zwrotki, czy zadajesz pytanie dopiero po moim komentarzu?
R: Myślę, że w atmosferze tego wiersza czuje się pieczęć czasu i redaktor G. zareagował także na to.
GA: No tak, z tym, że poeta, powiadam poeta a nie służbista literacki, musi przekazywać prawdę zgodną z duchem czasu. I za to współcześni, tak czy owak, spuszczą mu manto. Pomnik albo tablicę pamiątkową postawią mu potem, gdy duch czasu zajmie się tą samą prawdą w innym wydaniu. Nie zapominaj, że zbiorowych wydań nikt nie czyta, za wyjątkiem literaturoznawców i grzecznych panienek na polonistyce. Bo prawda jest bolesna, prawda zarówno ofiar jak i katów.
R: Ale są to czasy komunizmu. Ty mówisz o pieczęci zgodnie z tym jaka ona jest, w momencie, kiedy obowiązuje cenzura. Reagując inaczej, ów redaktor mógł się narazić.
GA: Człowiek ten był redaktorem w oficjalnym państwowym wydawnictwie, przeżył kiedyś jakieś uniesienia i nie chce zobaczyć, że wszedł w płyciznę, że się przekabacił.
Lęk podbechtany miodonośnym mitem.
Pośledni dżokej na cherlawej szkapie
jęzorem kręci pojękliwą płytę
i płytki oddech pogardliwie łapie
Bo normalny człowiek gardzi życiem, w którym jest już tylko poślednim dżokejem na cherlawej szkapie, a nie wojownikiem na rumaku, który pędzi do zwycięstwa, choćby nawet miał zginąć. Biegamy w szrankach. Kto to jest dżokej? Jest to ktoś, kto bierze udział w gonitwach i chce być pierwszy, bo mu za to dobrze zapłacą, albo chce być ostatni, bo mu też dobrze za to zapłacą. W takiej gonitwie nagroda jest z góry wiadoma.
A gdzież rozmowy dociekliwy galop? - pytamy dżokeja o rozmowę, którą prowadził, gdy jeszcze był człowiekiem i pędził w galopie dociekliwości. Leciutki zawrót ociężałej głowy - nasze łepetyny tkwią w zawiesinie różnorakich intelektualnych
wydumanek, ale w tym galopie obejmuje nas nagle zawrót głowy, item doistno doświtalny zajob. Co to znaczy? Czyż nie prowadziliśmy takich rozmów do samego świtu, z ociężałą głową, która wpadała w lekki zawrót? Nie prowadziliśmy ich doistnie czyli do samej istoty, do głębi? Lwiej grzywy szorstkość i koloryt płowy - czy nie czuliśmy się wtedy lwami, które były gotowe wrogowi skoczyć do gardła? Pstryk, pamięć grzęźnie - wychodziliśmy za drzwi i nagle to wszystko grzęzło. Bo z doniczkowych listków ścierać pyłki jest jak rozłamać pieczęć krytą lakiem - masz wrażenie, że życie przesyła ci listy zalakowane, na których widzisz pieczęć przeznaczenia, ale kiedy ją łamiesz, to czujesz drżenie całego ciała w oczekiwaniu na to, co znajdziesz w środku. Składnia? Poprawnie należy powiedzieć: Bo z doniczkowych listków ścierać pyłki to jak rozłamać pieczęć krytą lakiem, a tu forma jest jak, tak mówiła ulica, więźniowie, myśmy tak mówili.Bo my ścieramy pyłki z doniczkowych listków. To, co uprawiamy na codzień, to są kwiatki w doniczkach, a jednak czujemy, że w tym tkwi tajemnica, wyrocznia, misterium, coś takiego, jakbyśmy rozłamywali pieczęć krytą lakiem.
R: ...dotykali serca przeznaczenia?
GA: Właśnie. Trzeba odwagi, aby zobaczyć, że jest to doniczka i że nie jesteśmy w polu na harcującym rumaku. Nasze porywy, nocne zajoby tworzą sytuację, w której czujemy się i wielcy, i mali jednocześnie, i potężni, i upokorzeni. Trzeba nieustraszoności, aby zmierzyć się z naturą swojego życia, a my wciąż ścieramy pyłki kurzu codzienności z naszych kwiatków doniczkowych.
Ktoś mi kiedyś powiedział: twoje wiersze są zbyt nasycone, są jak rebusy językowe, musisz je trochę rozwodnić.
R: Ja myślę, że Twoje wiersze narodziły się z praktyki jogi, a to wpływa na widzenie, które nie dla każdego jest dostępne. W jednym ze swoich wierszy piszesz: jeden błąd i znów wybucha życie...
GA: Redaktor G. powiedział, że właśnie ta fraza jest czymś strasznym. Jak Pan może tak pisać!?- powiedział.
R: Żeby to dobrze zrozumieć trzeba widzieć czym jest owo życie. Tak może powiedzieć...
GA: Tak może powiedzieć człowiek, któremu pękła prezerwatywa, a mnie nie o to chodziło!
R: Czy możesz podać inny przykład?
GA: Jest taki wiersz
Leonowi Cyboranowi, którego ciało
identyfikowałem 16 i 17 czerwca 1977 r.
w kostnicy Zakładu Medycyny Sądowej
Będzie mi ciebie brakować zwłaszcza jesienią,
gdy nasycona płonie lampa ziemi,
gdy na straganach ciepli się czerwienią
i żółknie starym złotem płód zieleni.
Będzie mi brakować twojego poddasza
i okruszyn chleba na kwietnym obrusie,
hermetycznych zaklęć w mowie co nie nasza,
gestów silnej dłoni kiełznających duszę.
Pusto tu bez ciebie, puściej zaś jesienią,
a po żniwach zwłaszcza w cierniskowym kłuciu
będzie mi brakować w nagłym osłupieniu
wiślanego joga wsłuchanego w czucie.
Cyboran mówi językiem jogina, językiem hermetycznych zaklęć w mowie co nie nasza, gestów silnej dłoni kiełznających duszę. To nie jest "nasz język". Dlaczego? Jeżeli jog filozof mów
i: Yoga Mudra tworzy stan vrtti, to nie jest znana nam polszczyzna, chociaż parę polskich słów, łączących znaczenia, w tym zdaniu się pojawia. A dlaczego używa takiego języka i musi porządnie się wysilić, aby to przełożyć na polski? Ponieważ treści znaczeniowe, desygnaty językowe nie są znane w polszczyźnie, gdyż nieznane są stany świadomościowe opisywane przez te desygnaty. A przecież język polski, jak najbardziej słowiański, wywodzi się z rodziny języków indoeuropejskich, na przykład słowo mudra jest korzeniem słowa mądry, mędrzec, w rosyjskim mudryj, mudrec. Słowo mudra oznacza gest, człowiek mądry to ten, kto zna właściwy gest, a nie ten, kto potrafi dzięki stosownym sztuczkom ochronić swój tyłek. Trzeba więc rozumieć, że gest silnej dłoni kiełznającej duszę to mądrość jogina.R: Żyjemy w kraju, o którym mówią, że jest katolicki. Okiełznanie nieśmiertelnej duszy? To pachnie herezją!
GA: Tutaj wszystko ma zapaszek herezji. Ostatnio joga też stała się herezją. Dopóki kościół oswajał się z jogą i posyłał swoich co bardziej rozgarniętych kapłanów, aby pobierali z jogi i pokrewnych jej doktryn najlepsze wzorce, wszystko było w porządku, a przynajmniej cicho sza. Ale kiedy okazało się, że joga otwiera swoje tajemnice posługi kapłańskiej przed każdym, kto ma odwagę po nie sięgnąć, w dodatku otwiera umysły na objawienia, które jak dotąd zastrzeżone były tylko dla wybranych, to huzia na joguzia, toż to sekty, skaranie boskie i w dodatku wegetarianizm. A że joga produkuje dewiantów, czarnych magów i podobne patologie? Owszem, ale pokaż mi system poznawczy, który może się obejść bez takowego kłopotu, nie mówiąc już o ciemniactwie agresywnych krzyżowców jedynie słusznej wiary. Problem polega na tym, że joga klasyczna nie jest wiarą, lecz systemem filozoficznym, wspartym ćwiczebną praktyka kontemplacyjną. Wiara natomiast nie zajmuje się poznawaniem prawdy, lecz jej głoszeniem, chociażby głosiciele nie mieli nawet krztyny doświadczenia mistycznego.
Wiara nie zajmuje się teorią i praktyką poznania. Przykład? Może taki, dość zabawny w historii poznania na tych tutaj terenach. Korzenie języka tkwią w kulturze indoeuropejskiej, a wierzenia, od tysiąca lat narzucone i sterowane przez imperialna strukturę papiestwa, są judeochrześcijańskie. Jak wytłumaczysz polskojęzycznej bra
ci, że ta masa jest pochodną od słowa tamas, które w sanskrycie oznacza inercję, tamowanie, ćmienie, ciemność niewiedzy, lenistwo, opieszałość, zatamowany obieg energii? Gdyby tylko to! A jak wytłumaczysz polskojęzycznemu katolikowi, że modli się nie do Boga Uniwersum, lecz do jednego z bogów, z którym Izrael zawarł przymierze, aby Ten wspierał go, pomógł wydostać się z niewoli babilońskiej i niweczyć wrogów. Za obietnicę takiego przymierza płaci się wysoką cenę, powiedzmy - uznanie tego Boga za jedynego i uniwersalnego władcę Wszechświata. Każdy lokalny władca chciałby mieć taką opinię w oczach i sercach swojego ludu. Wszystko czarno na białym, kapiące od złota, za które wierni płacą i radują się czekając na nagrodę w niebie. Skutek? Rasizm, wyprawy krzyżowe, inkwizycje, holocaust.R: Kiedy piszesz, to widzisz, że tak jest. Jeżeli zaś ktoś mówi, że to nie jest prawdą? Czy to znaczy, że nie ma on takiego doświadczenia, nie widzi tej strony prawdy? Widzi tak, jak większość ludzi?
GA: ...jak widzą to ludzie nawykli do literackiego myślenia.
Redaktor G. rozmawiał ze mną w półmroku korytarza, nie zapraszając do gabinetu, jakby to była pokątna rozmowa z natrętną kochanką. Ciągle byłem traktowany jak jakiś parias, pętak, który się szwenda przy drzwiach i myśli, że go wpuszczą. Nie interesowało mnie czy mnie wpuszczą, czy nie. Gdyby nie prof. Jan S., nigdy nie zwróciłbym się do redaktora G.
Zaprosił mnie kiedyś do siebie Kazimierz Brandys. Doświadczenie to jest jednym z najbardziej przykrych wspomnień. Nie, nie rozmowa z nim, gdyż ta była bardzo sympatyczna. Zapytał mnie czy zgodziłbym się publikować w Zapisie. Było to nielegalne pismo literackie, w którym publikowali ci, którzy byli poza cenzurą. Był tam dział prozy, dział poezji itd.
Powiedziałem, że chcę i że się zgadzam. Brandys powiedział: Co prawda, nie ja decyduję o tym, co w dziale poezji może być publikowane. O tym decydują Wiktor W. i Stanisław B. Odpowiedziałem: Panie Kazimierzu, nie chciałbym dożyć takiego czasu, w którym Wiktor W. będzie decydował o tym czy moje wiersze mogą być publikowane. Spojrzał na mnie pytająco. Odpowiedziałem mu: Myśmy w szkole mieli w lekturach obowiązkowych jego poemat o Stalinie i inne wiersze. I okazuje się, że pan Wiktor W. ma być tym, kto decyduje, co w polskiej poezji ma być publikowane? Brandys: Tak, ale Wiktor jest moim przyjacielem i zapewniam Pana, że bardzo się zmienił. Powiedziałem: Zrobię to dla Pana, bo Pana szanuję, więc jeśli Pan tak mówi, dobrze, spróbuję. Kazimierz Brandys przekazał moje wiersze do redakcji Zapisu.
Po jakimś czasie zadzwoniłem do pana Wiktora W. Powiedział, żebym do niego przyszedł. Drzwi otworzył ubrany w szlafrok (może był chory), zaprosił do gabinetu zastawionego książkami i powiedział: Poeci redakcji Zapisu są zdania, że tych wierszy nie będziemy publikować. Powiedziałem: Zapis nie musi publikować wszystkich wierszy. Jest ich 127 do dyspozycji. Czy nie można z nich wybrać kilku, które można byłoby publikować? Odparł: Nie. My ze Stanisławem B. jesteśmy zdania, że nie należy ich publikować.
Zapytał
em: Jaki jest istotny powód? Czy one nie spełniają jakichś kryteriów? Wiktor W.: No, wie pan, my mamy takie zdanie i nie widzę powodu, żeby je uzasadniać. Mogę tylko panu powiedzieć, że odbyła się bardzo żywa dyskusja na ten temat na kolegium redakcyjnym i, co jest bardzo ciekawe, wszyscy prozaicy byli za, a wszyscy poeci przeciw.Jestem człowiekiem, który nie lubi się wpraszać, więc wyciągnąłem rękę i powiedziałem, że chciałbym zabrać maszynopisy. Wiktor W. oddał mi je i odprowadził do drzwi.
Poczułem się przygaszony, można powiedzieć upokorzony. Zadzwoniłem do Brandysa: Dzwonię do Pana nie po to, aby się poskarżyć, ale żeby poinformować o wyniku rozmowy. Powiedział, że wie i że jest mu przykro, ale takie jest zdanie Wiktora W. i Stanisława B. W tej sytuacji on nic już zrobić nie może.
Wiedziałem, dlaczego ta przygoda tak się skończyła. Były to lata przed 80-tym rokiem, przed Solidarnością, pojawił się już KOR. Oni poszukiwali socjalizmu z ludzką twarzą
. Nie atakowali systemu jako takiego. Nie walili kawy na ławę wprost, ostro. Nikt z nich nie miał ostrego procesu politycznego, a ja miałem. Nie, nie byłem "lepszy", ale w ich gronie mogłem być dla nich niebezpieczny. Inwigilowano ich, ale nie byli za swoje wiersze osadzeni w więzieniu, za to, co piszą nie odpowiadali przed sądem.R: Można powiedzieć, że byli to tak zwani ludzie środka.
GA: Tak, to byli ludzie środka. I uważam, że dalej są.
R: A może byli to ludzie, którzy udawali szaleńców, żeby móc wyjść z tego cało?
GA: Powiedziałbym... Ale może lepiej powie to wiersz Władymira Wysockiego, Piosenka o ludziach środka. Z przyjemnością tłumaczyłem ten tekst, oto jego fragment:
Lecz byli tacy, co w nieszczęściu walkiOni napiszą księgi dziejów grube,
Już zamilkł trębacz, sławy pozbawiony.
I każdy dostał to, co się należy.
Wspaniały pułk! Wspaniałe bataliony,
ci doborowi w pułku grenadierzy!
Ale nie oni zdradzili, jak na złość!
Oddycha wódz, bo już go nic nie dusi.
I dla potomnych przekazując wieść
powiedział: Przecież musi ginąć ktoś,
a przeżyć, niewątpliwie, też ktoś musi.
I chociaż smutny los ich, gwiazda ciemną jest,
dociągną do starości, nic złego ich nie spotka.
Chowając się za wściekłych zrozpaczony gest,
ostatni rząd zostawią innym, niech ich bies,
umiarkowani ludzie środka.
Moi przyjaciele postępowali jak mężczyźni, starałem się być ich godny.
R: Czy potem spotykałeś się jeszcze z Wiktorem W.?
GA: Nie, a po co? Chociaż...
To było tak, pamiętam taką dziwną historię, pewne wydarzenie... Dobrze, opowiem o tym, bo tak się plecie na tym świecie. Pewien młody człowiek, niewątpliwie bystry i inteligentny, który odwiedzał mnie i prowadził ze mną długachne rozmowy o jodze, o sztuce i literaturze, mieszkał akurat naprzeciwko wejścia do domu, gdzie było mieszkanie Wiktora W. Pewnego razu, już po mojej rozmowie z Wiktorem W., młodzieniec ten przyszedł do mnie, wyraźni
e zaniepokojony i zmartwiony, z miną wielce tajemniczą wyciągnął mnie na spacer i powierzył mi swój problem. Otóż bezpieka odwiedziła go w jego mieszkaniu i grzecznie, a jakże, zapytała czy zgodziłby się udostępnić pokój, którego okna wychodziły na podwórzec. Bezpieka chciała w tym pokoju urządzić sobie punkt obserwacyjny, przynajmniej na jakiś czas. Było jasne, że chodzi o obserwację Wiktora W., ale nie sprawdzałem, czy w obserwowanym domu mieszkają jeszcze jacyś inni oporni. Indagowany młodzieniec był w rozterce, w razie odmowy miał wiele do stracenia, zaś zgadzając się miał przed sobą niemiłą perspektywę zostać kanalią i stracić szacunek do samego siebie. Następnego dnia miał odpowiedzieć na "propozycję nie do odrzucenia". Wysłuchałem go i powiedziałem, że muszę pomyśleć. Nie informując go o moich zamiarach, pojechałem do Basi Sadowskiej i tam, w jej mieszkanku, odbyła się między nami rozmowa na piśmie, ze względu na możliwość podsłuchu. Opisałem sytuację i zaproponowałem, że Barbara niezwłocznie powiadomi Wiktora W. o zamierzonej akcji bezpieki, ja zaś powiem młodzieńcowi, że może postąpić według swojego uznania. Barbara uznała, że jest to dobre rozwiązanie dylematu owego młodzieńca. Po sygnale od Barbary, że zrobiła co trzeba, wszystko potoczyło się według planu. Z tego co wiem, po dwóch tygodniach bezpieka zdjęła ten punkt obserwacyjny. Widocznie nie byli z niego zadowoleni.R: Wyjście salomonowe, ale czy słuszne?
GA: Stara zasada konspiracji: jeśli wiesz kto jest donosicielem, to nie demaskuj go bez ważnego uzasadnienia, bo będziesz musiał rozpoznawać następnego. Bezpieka tak czy owak prowadziła obserwację, lepiej więc było wiedzieć, skąd i jak to robią.
R: Co było potem? Czy na tym skończyłeś z pukaniem do drzwi?
GA: Odrzucają cię z lewa i z prawa, ze środka i z boku. Ale tych prób nie było wiele. Gall Anonim XX urodził się w 1968r. Jego wiersze były czytane, owszem. Pamiętam jak Bolesław Baranowski, świetny znawca literatury, tłumacz Eliadego, przyniósł moje wiersze o świcie do mojego domu, czytał je całą noc, i powiedział: to jest bomba, schowaj to do szuflady, bo wybuchnie. Potem zaczęły się przygody z bezpieką, byłem łokropnie niebezpiecznym buntownikiem, który coś tam pisze i potem puszcza to w świat.
Złapali drania. Śledztwo, proces, Bardonowa, wyrok, w końcu wychodzę i muszę przez jakiś czas milczeć. Piszę dalej, pisałem też w więzieniu, udało mi się stamtąd wynieść trochę wierszy. Rośnie Gall Anonim, pojawia się jego życiorys. Ale zawsze, gdy dochodzi do publikowania tych wierszy, to odrzucają mnie zewsząd. Mogę więc domniemywać, że albo jestem człowiekiem, który kompletnie nie rozumie, że jest grafomanem, albo o coś tu chodzi.
Zacząłem wątpić...
R: ...że jesteś poetą?
GA: Pomógł mi Leon Cyboran. Chyba w roku 1975, kiedy po raz pierwszy czytałem mu te wiersze. A więc 1975r., chyba jesień, jestem u niego w domu, jest też obecna jego żona Teresa. Rzadko pokazywaliśmy sobie, co robimy, raczej rozmawialiśmy o tym, o tamtym, o życiu, o jodze. Wszystko było między nami zawsze świeże, jak rzodkiewki na targu o poranku. Nie często się zdarzało, żebyśmy wymieniali teksty, nad którymi pracujemy. Ja nie przynosiłem mu swoich opowiadań czy też wierszy, on nie pokazywał mi tego, co robił. Nie dlatego, że krępowaliśmy się, czy nie chcieli, po prostu był to szczególny rodzaj przyjaźni dwóch mężczyzn, dla których bieżąca praktyka jest ważniejsza, bieżące chwile życia są ważniejsze, tu i teraz.
Ale pewnego razu Leon Cyboran powiedział: no, przecież pisałeś, siedziałeś za te wiersze, może byś je przyniósł. Ja na to, że mogę je przynieść. Umówiliśmy się rano u niego na poddaszu, na Strzeleckiej 14, w takiej rozwalającej się kamienicy, całe mieszkanie mniejsze od Twojego pokoju. Skrzypiące deski podłogi, stół przykryty ładnym, kwietnym obrusem. Na tym poddaszu przeczytałem pierwszy, drugi, trzeci wiersz, nagle ich to wciągnęło, w końcu okazało się że czytałem jakieś dwie godziny. Cyboran, jak dziś pamiętam, siedział a potem zaczął chodzić, widziałem go na tle okna. Kiedy skończyłem czytać, zatrzymał się na tle tego okna i powiedział: tak, jesteś poetą. Dla mnie było to uznanie większe niż gdyby mi w tym momencie przyznano nagrodę Nobla. Nareszcie poczułem, że nie nadaremnie pisałem.
Wtedy też zacząłem poznawać środowisko Barbary Sadowskiej. Czytałem jej swoje wiersze, a ona czytała mi swoje. Powiedziała wtedy coś takiego: Jest zasadnicza różnica pomiędzy tobą a mną. Ty w każdym wierszu dokładnie wiesz co chcesz powiedzieć. Dla mnie każdy wiersz jest przygodą, czymś nieznanym.
R: Czy Gall Anonim XX jest tylko poetą dysydentem, niepokornym dzieckiem systemu komunistycznego?
GA: Historia GA XX sięga daleko wstecz. Jest to dziwna historia, rozpoczyna się od wpływu jaki wywierał ówczesny system na umysłowość i nastroje, na ludzi, którzy zajmowali się szeroko pojętym rewolucjonizmem. Można powiedzieć, że byłem produktem i ofiarą szczególnej odmiany romantyzmu, która przemieniła się w walkę o przetrwanie, walkę o jakąś tam wolność, oczywiście nie tylko naszą i waszą, ale całych pokoleń.
Gdyby ustawić to chronologicznie...
Jest taka książka Związki młodzieży w Sankt Petersburgu. Chodzi konkretnie o polską młodzież. To mógłby być pewien trop, którym można pójść. W zaborze rosyjskim, wielu młodych, zdolnych ludzi z rodzin dobrze sytuowanych trafiało na studia do Rosji, większość do Sankt Petersburga.
W wieku XIX wielu polskich studentów tworzyło związki walki o niepodległość Polski. Wychodzili z założenia, że walka o niepodległość powinna być organicznie połączona z walką wewnątrz samej Rosji przeciwko despotyzmowi caratu rosyjskiego. Czyli Rosjanie razem z Polakami walczą o wolność naszą i waszą. Wolna Rosja byłaby w stanie dać również wolność Polsce, tak mniemano. Oderwanie Polski od Rosji uważano za niezbyt możliwe. Rosja była jednym z mocarstw europejskich, Polska zaś zawsze znajdowała się między młotem a kowadłem...
Otóż czasy się zmieniły, ale problem pozostał. Ja znalazłem się w Petersburgu jesienią w 1955 roku.
R: Dlaczego właśnie w Petersburgu?
GA: Dlaczego? Z rozdania losowego.
Szkoła i klasa, w której się uczyłem w Warszawie, była wyjątkowa. I ta wyjątkowość młodych ludzi, z którymi chodziłem do szkoły, tworzyła specyficzny klimat. Byli tam późniejsi genialni fizycy, matematycy, logicy, wspaniali aktorzy, już wtedy ludzie o silnych osobowościach. Bardzo dużo uczyłem się od moich kolegów. Mieliśmy też wielu prawdziw
ych nauczycieli, jeszcze tych z przedwojennego rozdania, wysokiej klasy pedagogów.R: I tam nauczyłeś się tak świetnie władać językiem rosyjskim?
GA: Języka rosyjskiego nauczyłem się sam, mając osiem lat. Gdzieś znalazłem rosyjską książeczkę dla dzieci pod znamiennym tytułem Nachodka, co oznacza rzecz znalezioną, odkrycie, jakiś skarb. Zacząłem składać bukwy, czyli litery, domyślać się sensu słów, okazało się, że moja intuicja języka rosyjskiego jest zadziwiająco trafna, o czym przekonałem się, gdy moja matka, widząc moje zainteresowanie, podarowała mi słownik. Miałem wrażenie, że nie uczę się tego języka, lecz go sobie przypominam. Potem pojawił się człowiek, który znał rosyjski, zamęczałem go pytaniami i wkrótce nie tylko czytałem po rosyjsku, ale bez zażenowania mówiłem. Bardzo pomocne były tomiki poezji rosyjskiej, dzięki którym nauczyłem się prawidłowo akcentować wyrazy i odnajdywać melodię frazy.
Kiedy zdawałem na studia egzamin z języka rosyjskiego to rozmawiałem z egzaminatorem po rosyjsku, w końcu zapytał mnie, czy byłem w Rosji i bardzo się zdziwił, gdy powiedziałem mu, że nigdy tam nie byłem. Klasykę rosyjską, szczególnie poezję, czytałem w oryginale, bardzo wiele czytałem...
R: Czy pisałeś też w języku rosyjskim?
GA: Tak.
R: To była poezja?
GA: Poezję pisałem później.
R: Czy w twoich zbiorach poezji są wiersze, które pisałeś w języku rosyjskim?
GA: Nie, nie ma. Myślałem, że to jakaś przypadłość. Już będąc w Rosji na studiach, gdzie wlazłem w język po same uszy, zacząłem się poważnie niepokoić, że tracę na tym, że umyka gdzieś tonacja i wibracja mojej polszczyzny. Dopiero, gdy dowiedziałem się, że Leśmian napisał i opublikował również wiersze rosyjskie, przestałem się tak martwić. Moje wiersze rosyjskie schowałem w oddzielnym zbiorze, uznałem je za wprawki lingwistyczne, chyba zupełnie przyzwoite. Prawdziwym odkryciem (nachodka!) była dla mnie poezja zakazana przez sowiecką cenzurę - Mandelsztam, Zabołocki, Chlebnikow, Gumilow, Achmatowa, Pasternak, no i wielka miłość mojego poezyjnego żywota Marina Cwietajewa. Uczciłem te odkrycia pisząc dla każdego z tych poetów wiersz w jego stylu. Młodzieńcza przyjaźń z Josifem Brodskim, z poetą i świetnym językoznawcą Anatolijem Najmanem była dla mnie szkołą wyższego pilotażu języka i literatury. Edukacji dopełniła subtelna analiza literatury rosyjskiej i języka, którą mogłem podziwiać dzięki przyjaźni z Igorem i jego rodziną.
R: Jak trafiłeś do Petersburga?
GA: ...wtedy Leningradu. W 1955r., na parę miesięcy przed maturą, dyrektor naszej szkoły ogłosił, że uczniowie, którzy chcą zdawać na studia do Związku Radzieckiego, mogą składać ankiety i podania. Podjąłem ten trop po prostu dlatego, że chciałem się wyrwać, przyznam szczerze, ze swojego domu. Instynktownie poszukiwałem samodzielności, zarówno myślenia, obserwacji faktów, jak i niezależności w życiu osobistym. Mój ojciec zmarł w obozie koncentracyjnym Terezin w Czechach, matka wyszła ponownie zamąż, zarówno ona jak i ojczym przez długi czas nie wiedzieli, że złożyłem takie podanie. Miałem lat 17, byłem młodszy od kolegów, którzy wtedy zdawali maturę. A to dlatego, że kiedy skończyłem pierwszą klasę szkoły podstawowej, dyrekcja szkoły w Mieroszowie koło Wałbrzycha (tam wtedy mieszkaliśmy) powiadomiła moją matkę, że nie widzi potrzeby i sensu, abym uczył się w klasie drugiej, gdyż materiał tej klasy mam całkowicie opanowany. Dlatego, kiedy dotarłem do matury, byłem o rok młodszy od swoich szkolnych kolegów. Oni urodzili się w 1937, ja byłem z 1938 roku.
A więc moi rodzice nie wiedzieli, że złożyłem podanie na wydział ekonomiczny uniwersytetu, ale w końcu nadeszły egzaminy, które zdałem pomyślnie i zostałem zakwalifikowany na kurs przygotowawczy studentów wyjeżdżających do Rosji. Wiedziałem, że to może być w Moskwie, Leningradzie, Odessie, Charkowie, ale nie było jeszcze wiadome kto dokąd.
Na tym kursie byli kandydaci z całej Polski, między innymi Jerzy Grotowski, ale oczywiście to nie był jeszcze ten mistrz teatru Grotowski. Wyjeżdżał do Moskwy do studium teatralnego im. Stanisławskiego. Miał konkretny kierunek i cel, rozmawiałem z nim o tym. Właśnie ukierunkowanie, determinacja Grotowskiego zrobiły na mnie silne wrażenie, podobały mi się, ponieważ czułem tak samo, różnica polegała na tym, że on wiedział o co mu chodzi, ja dopiero rozpoznawałem swój własny teren.
Między innymi była tam też JH, córka byłego polskiego prominenta na emigracji londyńskiej, który wrócił do kraju. Z jej postacią jest związane ciekawe wydarzenie, które dotyczy już konkretnie Galla Anonima, z tym, że wiele lat później. Teraz mówimy o roku 1955, a to dziwne wydarzenie miało miejsce w 1969 czyli 14 lat później...
JH zobaczyłem po raz pierwszy na tym kursie i odniosłem wrażenie, że czuje ona do mnie coś więcej niż koleżeńską sympatię. Mówię to dziś bez żenady, jako 60-cio letni mężczyzna. Mnie ona też się podobała, ale za wyjątkiem chodzenia i trzymania się za rękę, wymownych spojrzeń, gorących westchnień nic więcej się nie wydarzyło. Wtedy był rok 1955, potem JH znika z mojego pola widzenia tak, jak to bywa w młodzieńczych miłościach. Następnie jestem sześć lat na studiach, mija jeszcze siedem lat pracy i życia w Warszawie, a we wrześniu 1968 bezpieka zwija mnie jako Galla Anonima XX. Mam 30 lat, gdy przechodzę przez magiel bezpieki, przesłuchania, na których wypytują mnie o moje kontakty z rosyjskimi dysydentami, o moje wiersze, o Słowian. Wiem, że jest to początek poważnej sprawy i żadna JH do głowy wtedy mi nie przychodzi. Ale wcześniej, kiedyś tam usłyszałem, że JH jest oficerem biura śledczego MSW. To tylko obiło mi się o uszy i nie zaprzątałem sobie tym głowy.
Po pierwszym aresztowaniu, w 1968 wypuszczają mnie "na wabia" i trzy miesiące łażą za mną krok w krok, śpią u mnie pod słomianką, wsiadają ze mną do tramwajów, mam ich na karku wszędzie, jeżdżą za mną pociągami po Polsce, pilnują na ulicach. Normalna robota operacyjna na koszt państwa i przeznaczenia. 13 stycznia 1969 roku przychodzą po mnie, tym razem już bez tych ćwiczeń na drążku praworządności. Wsadzają mnie do kicia, czyli do śledczego pawilonu MSW, tak zwanej dwunastki na Rakowieckiej, gdzie trzymano więźniów politycznych, między innymi Kuronia, Michnika, Karpińskiego i gdzie kiblują też grube ryby spośród tak zwanych przestępców gospodarczych.
Prowadzają mnie przez pół roku na przesłuchania, na czwarte piętro. Trzy piętra pawilonu to cele więzienne, takie klasyczne więzienie z siatkami, przelotami, a na czwartym piętrze gabinety oficerów śledczych. Więźniowi raz dziennie przysługiwało coś, co nazywano spacerem, chyba że zostałeś dyscyplinarnie ukarany. Kara polegała na tym, że nie wolno było otrzymywać paczek, listów albo pozbawiano spaceru.
Jestem już w śledztwie jakieś parę miesięcy, no w każdym razie nie było już śniegu. Wyprowadzają mnie do spacerniaka, z innymi więźniami. Spacerniaka to mały placyk otoczony wysokim murem, pośrodku klombik. Wysokie mury, które zasłaniają pierwsze dwa piętra, natomiast widać trzecie i czwarte piętro pawilonu. Na rogach tych murów wieżyczki strażników. Strażnicy mają broń i od czasu do czasu rozkazują: Nie zatrzymywać się! Nie rozmawiać!
Na czwartym piętrze pracują śledczy. Okna też zakratowane, żeby więzień nie wyskoczył w czasie śledztwa albo w porywie szalonego oburzenia nie wyrzucił śledczego, co też się może wydarzyć. Po rozpoznaniu spacerniaka postanowiłem, że chodząc nie będę patrzył pod nogi, ale w niebo, idąc tak, by nie stracić rytmu.
Chodzę po tym spacerniaku w kółko ze swoim współwięźniem i w pewnym momencie...
...no więc, w pewnym momencie podnoszę głowę i widzę: w wykuszu okna jednego z gabinetów przesłuchań stoją trzy osoby, dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Bardzo uważnie przyglądają mi się i jeden z nich wyraźnie pokazuje na mnie. Kobieta przygląda mi się, a ja widzę, że tą kobietą jest JH. Poznałem ją w oka mgnieniu. Zauważyła, że ją rozpoznałem, cofnęła się i schowała się za jednego z tych mężczyzn. To wszystko. Nigdy więcej jej nie widziałem.
R: Jesteś na kursach przygotowawczych na studia...
GA: Po kursie na studia były jeszcze dodatkowe rozmowy kwalifikacyjne, po czym dowiedziałem się, że będę studiował na wydziale ekonomicznym Uniwersytetu Leningradzkiego. Pod koniec sierpnia spakowałem się i bliscy odprowadzili mnie na dworzec.
Byliśmy delegowani na studia wyższe do ZSRR przez polskie Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego. Mieszkaliśmy w akademikach, stypendium 80 rubli miesięcznie, co na tamte czasy i warunki, przy oszczędnym gospodarowaniu, powinno było wystarczyć. Stypendium oscylowało w granicach płacy średnio zarabiającego robotnika. Dochodził do tego prawie bezpłatny akademik, bo były to jakieś grosze.
Po studiach mieliśmy otrzymać dyplomy uczelni sowieckich, automatycznie nostryfikowane w Polsce, z czego dla jednych wynikało tylko tyle i nic więcej, a dla drugich coś innego. Później domniemywano, że każdy student, który był w Rosji Sowieckiej, na pewno został agentem KGB, co jest nonsensem. Owszem, studia w ZSRR kończyli działacze partyjni, pracownicy naukowi, społecznicy, ludzie sztuki np. Marian Konieczny, itd. Nie wszyscy się sprzedali, niektórzy wprost przeciwnie, dopiero po pobycie w Rosji sowieckiej przejrzeli na oczy. Było też paru doktorantów z polskiego aparatu partyjnego, typowi karierowicze, chociaż niektórzy wcale sympatyczni. Studia na tym samym wydziale rozpoczął wraz ze mną Daniel Passent, późniejszy felietonista Polityki.
R: Dlaczego wybrałeś ekonomię polityczną? Czy to była pasja, czy chodziło o coś innego?
GA: Po wojnie, z rozdania losowego, na które nie miałem żadnego wpływu, wyrastałem w środowisku działaczy partyjnych i państwowych, czyli nomenklatury komunistycznej. Ich partyjność mniej mnie interesowała, bardziej interesowała mnie, jeśli można tak powiedzieć, ich państwowość.
Od 1949r. czyli od 11 roku życia przysłuchiwałem się rozmowom dorosłych, widziałem ludzi elity rządzącej, o których mówiono później Oni. Jako młodzieniec słuchałem ich języka, poznawałem, chcąc nie chcąc, sposób ich rozumowania. Od czternastego roku życia zadawałem mnóstwo kłopotliwych pytań. Czytałem Biuletyn Specjalny PAP, który otrzymywali członkowie rządu i KC partii, a w którym wiadomości wyglądały inaczej niż w gazetach. Czytałem książki zakazane, takie jak Nowa klasa wyzyskiwaczy Dżilasa, Człowiek zbuntowany Camusa, Umysł zniewolony Miłosza, paryską Kulturę. Nawet w oficjalnych wydaniach znajdowałem fragmenty, które okazywały się kłopotliwe, gdy je przedstawiałem ojczymowi lub znajomym i zadawałem pytania. Byłem dociekliwy.
Interesował mnie mechanizm gry społecznej. Może słowo gry jest nie na miejscu, źle powiedziane, ale na pewno fascynował mnie mechanizm praw społecznych i ekonomicznych.
Wybór kierunku studiów brał się też stąd, że ekonomia polityczna była na pograniczu nauk ścisłych i humanistycznych. To było istotne. Można było pójść w kierunku nauk humanistycznych np. na rusycystykę. Mogły to być studia politechniczne, ale do tych nie miałem ani smykałki ani specjalnej ochoty. Byłem przeciętnym uczniem takich przedmiotów jak matematyka, fizyka czy chemia. Bardziej interesowały mnie nauki humanistyczne, ale bałem się też utonąć w ogólnych humanistycznych rozważaniach. Chciałem wiedzy, która z jednej strony dawałaby mi do ręki narzędzie poznania świata, a z drugiej strony nie ograniczała się w opisie świata do czystej matematyki.
W domu było bardzo dużo książek, wśród nich takie, o których Jesienin napisał: przy żadnej pogodzie ksiąg tych nie czytałem. Ale ja czytałem Marksa i Engelsa, dzieła Ricardo, Smitha, czytałem Hercena, Czernyszewskiego, Tuhan Baranowskiego, Lenina. Z bibliotek pożyczałem książki filozoficzne, czytałem Hegla, Kanta, zagłębiałem się w historię finansów, prądów politycznych, ruchów robotniczych, w dziejach socjaldemokracji i rewolucyjnego bolszewizmu. Czytałem bardzo dużo, starannie i w tej lekturze czułem się swobodnie. Nabierałem historiozoficznego spojrzenia na świat i społeczności ludzkie. Zresztą, widziałem na własne oczy i słyszałem na własne uszy ludzi, którzy byli częścią tej historii, niezależnie od tego, jak byli wtedy postrzegani bądź też później oceniani. Byli to ludzie, którzy tworzyli historię.
R: Czy, zanim trafiłeś na studia, był już w tobie zamysł, albo przeczucie, że pojawi się ktoś taki jak Gall Anonim?
GA: ...że będę robił to w ten sposób? Nie, nie miałem takich przeczuć. Literatura miała na mnie ogromny wpływ, naprawdę, mając dwanaście lat płakałem czytając opowiadania Orzeszkowej, przeżywałem Prusa, fascynował mnie Boy Żeleński, zachwycałem się Tuwimem i Staffem, i tak dalej. Miałem wyrobiony smak literacki, od czternastego roku życia nie można było mi już wcisnąć żadnego kitu literackiego. Nauczyłem się też czytać pomiędzy wierszami, w lot chwytać aluzję i niedopowiedzenie, żart i groteskę.
R: Ale już pisałeś?
GA: Najpierw była wojna, potem tuż po wojnie. A do 1949r. raczej kopałem piłkę i odrabiałem lekcje, od niechcenia, bez specjalnego wysiłku.
Urodziłem się w Oświęcimiu. Wojna i takie różne inne historie. Tamte sytuacje zagrały później w moim życiu z ogromną siłą. Mówię o psychice, o nastawieniu, o umiejętności postrzegania ekwiwalentnych powiązań wydarzeń z wczesnego dzieciństwa z późniejszymi etapami życia. Nazwałem to pętlą czasu.
Gdybym miał podzielić moje życie na okresy, to pierwszym niewątpliwie była wojna. Potem, od 1945 do 1949r. to drugi etap mojego życia. Wtedy też dowiedziałem się, że mój ojciec nie żyje, a kiedy matka wyszła za mąż za mojego ojczyma, znalazłem się w innej, wygodniejszej co prawda, ale obcej mi duchowo sytuacji. Potem 1949-55 czyli szkoła, 1955-62 studia. Czas od 1962 do września 1968r. był sprawdzianem młodzieńczej dorosłości i samodzielności. Potem wrzesień 1968, a więc pierwsze aresztowanie, aż do lutego 1970r., czyli do wyjścia z więzienia. Od marca 1970 do 1980 starałem się żyć jak wszyscy, ale nie bardzo mi to wychodziło...
...i potem od 1980 do 1997 - najdłuższy okres czasu, w którym ukierunkowany byłem na jeden cel.
Dojrzały Gall Anonim przypada na czas od 1968r. do 1980r., a więc 12 lat, jeden obieg Jowisza wokół Słońca.
R: Ale kiedy, tak naprawdę, urodził się Gall Anonim XX?
GA: Nosiłem go w sobie bardzo długo, zapewne od urodzenia. Ale tak, powiedzmy, od czternastego roku mojego życia zaczął się ujawniać, rozpierać i dawać znać o sobie. Wtedy był jeszcze początkującym neofitą, szkolnym filozofem, podwórkowym rowerzystą, który marzył o rowerze z przerzutką, a musiał zadowolić się starym, ciężkim gratem z przydziałów rodzinnych. Ów początkujący poeta był zmuszony jakoś układać sobie życie z zupełnie normalnym chłopakiem.
Gall Anonim, tak naprawdę jako Gall Anonim, ten wybuch, który później zadecydował o wielu sprawach w moim życiu, urodził się w nietypowy dzień, bo 29 lutego 1968r. w godzinach wieczornych po słynnym przedstawieniu Dziadów w Teatrze Narodowym w Warszawie. Był to moment, w którym wszedłem na falę, czy też fala mnie uniosła.
R: Ale to chyba narastało, prawda?
GA: Ona, fala, narastała. Gdybym dzisiaj miał powiedzieć dlaczego dałem się tej fali ponieść, to trzeba byłoby dokonać rozeznania w mojej wewnętrznej praktyce zwanej duchową. W 1956r. na studiach spotkałem przyjaciela i późniejszego nauczyciela - mistrza, starszego ode mnie tylko o rok, który pokazał mi inny wymiar życia. Otworzył to, co od dawna we mnie drzemało. Mówię o Igorze.
Mam wtedy 18 lat i spotykam po raz pierwszy żywego człowieka o szlachetnej i rycerskiej postawie życiowej, mówiącego pięknym językiem. Rodzi się przyjaźń. Igor wprowadza mnie w jogę, zaczynam praktykę jogiczną. Uważam, że ta praktyka wyniosła mnie na wysoką falę, gdzie można było doświadczać wszystkich dostępnych człowiekowi stanów, również najwyższych stanów poezji! Ale sam stan, to jeszcze nie wszystko, potrzebne jest doświadczenie, własny motyw i język.
Od pierwszego spotkania z Igorem upływa 12 lat (znowu obieg Jowisza) i... Wyobraźmy sobie jeźdźca, który pędzi na koniu, potrafi już w pełnym galopie przesiąść się na innego rumaka i w roku 1968, mając lat trzydzieści, nagle widzi wspaniałego konia białej maści, romantycznej polskiej poezji, który z rozwianą grzywą przebiega cwałem przez gmach Teatru Narodowego w Warszawie, a w tym momencie akurat tam się znajduje.
Jestem na tyle sprawny technicznie, że przesiadam się na tego konia. Wydaje mi się, że trzymając w ręku cugle nim powoduję, a to on niesie mnie ku przeznaczeniu. Popędziłem, być może nie na tym koniu, w czeluść własnego przeznaczenia. Tak to dzisiaj widzę.
R: Dlaczego nie na tym koniu?...
GA: Ponieważ w tej sytuacji romantyzm pasował jak pięść do nosa, dosłownie, bo romantyków władza odławiała jak karpie w sadzawce, siecią i bez sentymentów, a potem karp dostawał tłuczkiem bezpieki w łeb. Romantyzm jest szczególnym rodzajem entuzjazmu, bezsilnym wobec pragmatyki władzy, która od wieków postrzega romantyzm jako skowyt prężnej młodości nad przepaścią istnienia. Ale jest w romantyzmie moc magiczna i na niej można polegać. Ta moc uruchamia falę, wznosi ją i w końcu fala ta staje się potężną siłą uderzeniową. Jestem przekonany, że my sami nie mieliśmy żadnych szans wobec systemu, z którym przystąpiliśmy do walki. Ale wyczuliśmy moment a Duch Czasu podpowiedział nam co mamy robić, jaki nadać kształt temu, co wibrowało w ludzkich duszach, wisiało w powietrzu. Przecież nie tylko my jedni...
Falę spiętrzała również magiczna moc ćwiczeń jogicznych, ostro potężnej kontemplacji wizjonerów. Nabożne skupienie wzywające odkupienia przemieniło stan świadomościowy ujarzmionych ludów w konkret. Nasze ćwiczenia duchowe, plan, który się z nich wyłonił w 1962 (wielka koniunkcja planet w znaku Wodnika) i towarzyszące mu układy planetarne 1964 roku, a także przemiany polityczne stworzyły sytuację kolejnej Wiosny Ludów. Zaczęła się ona w 1968r., akurat wtedy wsadzano nas do więzienia, posyłano na katorgę w gułagu. Potem znowu 12 lat obiegu Jowisza i w Polsce eksplodowała Solidarność. Jeszcze raz 12 lat i przestał istnieć, przynajmniej formalnie, Związek Sowiecki. Jeśli liczyć od 1962r., gdy wyruszyliśmy ku gwieździe naszego przeznaczenia, to potrzebnych było prawie 30 lat, jednego obiegu Saturna, aby dokonało się to, co stało się naszym celem strategicznym w 1962. I w znacznej mierze jest to zasługą romantyzmu, jeśli pojmować go jako przeczucie przeznaczenia.
R: Ale splendory dostały się komu innemu.
GA: Nam one nie są potrzebne, co więcej, mogłyby uniemożliwić nam ostre widzenie rzeczywistości. Lud wynosi swoich przywódców, obiecnych dajmitów jak napisałem w Snujawidzie. Naszym zadaniem było prostowanie drogi, a nie kroczenie po niej w glorii i chwale, ze sztandarami zwycięstwa. Nas takie fetysze nie nęcą. Dlatego też Moc powierzyła nam to zadanie.
R: Ale wróćmy do tego, co było wcześniej.
GA: Praktyka jogiczna w Petersburgu, przyjaźń z Rosjanami przekształciły się, w naturalny sposób, w stworzenie organizacji antykomunistycznej. Opracowaliśmy program tej organizacji, program wyjścia z morderczej sytuacji systemu. Było to w latach 1960-62. Potem kontynuowaliśmy tę pracę, ja w Polsce. Zdawałem sobie przecież sprawę, że wyruszyliśmy tylko w parę osób. Garstka silnych, inteligentnych, wysportowanych, duchowo rozwiniętych młodych mężczyzn wyrusza przeciwko systemowi. To było bardzo romantyczne. Nawet wtedy, w 1962 roku, trzeźwo patrząc, było w tym szaleństwo doskonałe. Najzwyczajniej w świecie, z marszu ruszyliśmy przeciwko potężnemu mocarstwu, przeciwko jego systemowi kolonialnemu. Stany Zjednoczone były równie potężne czy równie groźne, ale my nie żyliśmy w Stanach Zjednoczonych, nie mieliśmy tego problemu. W Stanach moglibyśmy włączać się w życie polityczne zgodnie z prawami kodeksu postępowania obywatelskiego, w granicach przyzwoitych możliwości. Natomiast tutaj byliśmy ludźmi, którzy albo mogli zaistnieć w ramach systemu, co budziło w nas obrzydzenie, albo musieliśmy ten system zmienić, żeby poczuć się ludźmi. Widzieliśmy, że ten system jest zbrodniczy.
R: A jak było z planem?
GA: A, plan! Długo pracowaliśmy nad planem. Nie byliśmy, jak to mówią Rosjanie, jakimiś urwigłowami, którzy rzucają się nagle z motyką na Słońce czy z piórem na skałę. Dokładnie opracowaliśmy plan, przede wszystkim merytorycznie. Mieliśmy opracowaną strategię, założenia organizacyjne, taktyczne.
Kiedy wiele lat potem czytałem o losach organizacji młodzieżowych, w których za cara w Petersburgu brali udział Polacy, to zauważyłem, że myśmy postępowali w podobny sposób.
Tutaj trzeba by opowiedzieć nie tyle o systemie, bo o tym wiele już napisano i prawdy i bzdurnych nonsensów, lecz o wystroju tej epoki. O tym, dlaczego moi rosyjscy przyjaciele byli tak bardzo zainteresowani tym, co mam do powiedzenia i przekazania. Polska, z ich perspektywy, jawiła im się jako kraj nieomal wolny, gdzie można było pozwolić sobie na takie rzeczy, o jakich w Rosji człowiek nie ośmielał się pomyśleć.
R: Przygotowując się do naszej rozmowy czytałam te dokumenty. Zapisaliście, w programach i manifestach, swój punkt widzenia, to jak widzicie ówczesną sytuację i to, co należy zrobić i zmienić, co powinno się dokonać. Liczyliście na to, że ten plan się powiedzie?
GA: Tak. Wiem, że to brzmi jak wyznanie Szaleńca. Wiesz, Arkan Zero Tarota. Opracowaliśmy szczegółową analizę systemu i stworzyliśmy program.
Igor opracował Program Wszechrosyjskiego Społeczno-Chrześcijańskiego Związku Wyzwolenia Narodu. Ja napisałem Program Wyzwolenia Narodu Polskiego i List Otwarty.
Opowiadając o tym widzę, że bardzo trudno jest przekazać w skrócie kilkadziesiąt lat życia, które było pełne wydarzeń znaczących zarówno dla mnie, jak dla moich przyjaciół, dla bliskich. Na życie składają się półtony, krótkie akordy, pasaże, jakieś dziwne sytuacje.
Kiedy myślę o Gallu Anonimie XX, to widzę siebie jako dwunastoletniego chłopca leżącego na podłodze w bibliotece domowej, gdzie jest mnóstwo różnych książek, czytającego Mickiewicza, usiłującego odnaleźć, poczuć rytm i kadencję wiersza. Inaczej czyta się wiersz leżąc na podłodze i starając się sobie pewne rzeczy wyobrazić, a inaczej słucha się tego w teatrze. Fascynujące, że czytając Mickiewicza w wieku chłopięcym, nie czytałem literatury, ale miałem wrażenie, że czytam samego siebie, że to są moje doznania.
Byli tacy poeci, z którymi się utożsamiałem, ale byli i tacy, którzy w żaden sposób nie mogli mnie wprowadzić w stan utożsamienia. Czytając Mickiewicza, Tuwima, Leśmiana mogłem się z nimi utożsamić.
R: Czy, kiedy czytałeś poezję, narodził się w Tobie poeta?
GA: Usiłowałem pisać. Mając lat trzynaście, czternaście, szukając rytmu, rymu pisałem różne rzeczy, ale pod wpływem pisarzy, poetów. Nazbierało się tego dość dużo.
Bywałem w domach swoich kolegów, pamiętam doskonale rodzinę Andrzeja Zabłudowskiego, jego rodziców panią Izabelę i Tadeusza, który był jednym z szefów PWN-u. To była rodzina, gdzie przychodząc oddychało się najwyższym poziomem przygody intelektualnej. Moi koledzy... Bolesław Rajski, Maciej Jodłowski, Alik Gersten, Maciej Koźmiński, Andrzej Biernacki, Krzysztof Kowalewski, z którym przeżyłem kilka śmiesznych, szkolnych przygód. Koleżanki szkolne Ewa Legiec, Irena Zglinicka, Ewa Szymanowska, Danuta i Basia Wojtalówny, Barbara Borys...
R: Można powiedzieć, że nasiąkałeś...
GA: Ja nie nasiąkałem. Coś się otwierało! Dawałem z siebie i brałem. To było inne pokolenie niż Twoje, niż pokolenia obecne. To były dzieci urodzone tuż przed wojną, roczniki 1937, 1938. Ludzie, którzy jako małe dzieci przeszli ponure, straszne koleje losu w czasie wojny. A kiedy ich rodzice, opiekunowie zaczęli zajmować poważniejsze pozycje społeczne, to te dorastające już dzieci bardzo dużo czasu poświęcały uczeniu się. Widziały w nauce coś bardzo ważnego. Czasy były takie... Nie mieliśmy wątpliwości, iż tylko uczenie się, poznawanie, szukanie praw pomoże nam odnaleźć się w tej gmatwaninie dziejowej, w chaosie poplątanej historii. Dla nas, dzieciaków wojny, był to dziwny chaos. Wojna nie była dla nas opowieścią i legendą. Ocieraliśmy się o śmierć, wiedzieliśmy co to głód, walka, wierność i podła zdrada, znaliśmy z doświadczenia gwałtowne przejścia od małych dramatów do wielkich tragedii, płakaliśmy nad naszymi zmarłymi, cieszyliśmy się, że ktoś ocalał i żyje. Wojna? Musisz szybko dojrzewać, nie masz innego wyjścia. Albo będziesz uważny i przeżyjesz, albo... Jeden niewłaściwy ruch groził śmiercią, a może i gorzej, umieraniem w cierpieniach, bo nagle znikną rodzice i zostaniesz sam. Setki razy jesteś w sytuacji, kiedy matka jest nieobecna i nie wiesz czy wróci. W takich sytuacjach bardzo szybko się dojrzewa, zwłaszcza jeżeli jest się dzieckiem. Głód, to jest też bardzo duże przyspieszenie rozwojowe podczas wojny. Wiesz, że jesteś głodny, nie możesz podejść do kredensu czy lodówki i wziąć sobie coś do jedzenia. Głód to niesłychany nauczyciel. Okrucieństwo, które widzisz na każdym kroku. Śmierć, z którą musisz się otrzaskać. Sytuacje nagłych zmian życiowych, w których trzeba podejmować błyskawiczne decyzje. Decyzje podejmują nie tylko dorośli, my też musieliśmy to robić. Brak normalnych zabaw, zabawek. Wszystko musisz organizować sobie sam. Przedziwne zabawy rówieśników, którzy naśladują dorosłych i bawią się w coś bardzo okrutnego. Napisałem o tym parę drobiazgów, takich jak Woda sodowa u fryzjera.
R: Drobiazgów?
GA: Tak, w sytuacjach ekstremalnych decyduje drobiazg. Potem, gdy wojna się kończy i masz trochę fartu, masz co jeść, jest ciepło, sytuacja staje się jako tako ustabilizowana. Wiesz kto żyje, kto nie żyje, kto wróci, kto już nigdy nie wróci. Musisz pogodzić się z nową sytuacją.
Dla ludzi dorosłych, którzy pamiętali czasy pokoju, wojna była nieszczęściem. Zapewne była też modlitwą, błaganiem o szczęście w nieszczęściu. Była też wspomnieniem, tak, kiedyś było fajnie, człowiek borykał się to z tym, to z tamtym. Nieszczęście wojny nadchodzi nagle, zawsze jak śnieg na głowę, jak mówią Rosjanie. Natomiast dla nas, dzieci, wojna to była sytuacja normalna. To trzeba dobrze zrozumieć. My, dzieci urodzone tuż przed wojną, dojrzewające podczas wojny, w samym gąszczu jej okrutnych praw, nie mieliśmy żadnego odniesienia do normalnego życia. Dla nas normalne życie pojawiło się jako kontrast do nienormalności, do której byliśmy przyzwyczajeni i uważaliśmy ją za coś normalnego. To, że znikają nagle ludzie, to, że nie ma co jeść, wokół panuje strach, upokorzenie, upodlenie, to dla nas było czymś normalnym. Jeżeli ktoś był w twoim życiu i zniknął, no to był i zniknął.
Jeśli w normalnym życiu masz dwadzieścia, trzydzieści lat, ktoś jest w twoim życiu i nagle znika, to tylko rwać włosy z głowy, łapać za broń i stawać do walki albo wpaść w czarną dziurę depresji. Ale moje pokolenie to ludzie, którzy potrafią podejmować ryzyko. Jako dzieci nieustająco żyliśmy w rwącym potoku przeznaczenia, który cię niesie i musisz podejmować ryzykowne a nawet ryzykanckie decyzje.
Bardzo cenię to, że moje dzieci mają poczucie stabilizacji. Ale popełniłem koszmarny błąd wobec własnych dzieci. Przez wiele lat uważałem, że problemy życiowe, które dla nich oznaczały destabilizację, to bułka z masłem w porównaniu z tym, co ja w ich wieku, jako dziecko, uznawałem za naturalne. Teraz rozumiem, że jest to zależne od punktu odniesienia. Usiłuję wyrównać straty, ale czas jest nieubłagany, nie wszystko da się naprawić. Być może na tym polega gra losowa pokoleń.
R: Wróćmy do małego chłopca czytającego Mickiewicza.
GA: Gdy miałem szesnaście lat, matka mojego kolegi Maćka Jodłowskiego zapytała mnie, czy chciałbym swoje wiersze, pokazać prawdziwemu poecie Leopoldowi Lewinowi. Był taki poeta. Nie żyje już, niestety. Przeszedł obozy sowieckie. Był tłumaczem literatury niemieckiej, tłumaczył Heinego. Był komunizującym poetą.
Zgodziłem się, z drżeniem serca. Pani Jodłowska przekazała Lewinowi wiersze, a potem byłem u niego. Odbył ze mną długą rozmowę na temat moich wierszy. Kiedy dzisiaj wspominam, to widzę, jak dużo mi wtedy pomógł, chociaż gdy wychodziłem od niego, to nie wiedziałem, jak się wraca do domu, w którą ulicę mam skręcić. Nie zostawił suchej nitki na większości moich "utworów". Wygłaszał dowcipne sentencje, na przykład w którymś z wierszy użyłem słowa wszak, na co powiedział: Nie używaj takich słów. Wszak może to być wesz rodzaju męskiego. Pod jakimś wierszem postawiłem datę i napisałem w lesie czy też na polanie. Lewin powiedział: Nie pisz takich rzeczy, to jest pretensjonalne. Tym bardziej, że najlepszy pomysł może przyjść w klozecie. Nigdy nie wiesz. Nie napiszesz przecież: data, w klozecie. Jego uwagi były dla mnie ważniejsze, niż kolegium redakcyjne. Chociaż, nie wiem, czy dzisiaj mając lat 61, nie napisałbym pod jakimś wierszem: w klozecie.
Jeżeli piszesz dla ludzi, zrozumiałem to dość wcześnie, powinieneś być taki sam jak oni i umieć wyrazić to, co im jest trudno wyrazić. Wszystko powinno być zwyczajnie niezwyczajne. Może być dowcipne, z polotem, głębokie, ale pisz dla ludzi tak, żeby każdy mógł cię zrozumieć, a jeśli nawet musiałby w ty
m celu dokonać pewnego wysiłku, to pisz tak, żeby ten wysiłek był dla niego potrzebny, twórczy i pożywny. Jeśli piszesz o sprawach profesjonalnych, gdy nie każdy cię zrozumie, to wyraźnie zaznaczaj, że rozmawiamy o jakiejś regule. Kiedy ilustrujesz swoje rozważania przykładem, to niech on będzie taki, żeby zainteresowany twoimi rozważaniami człowiek mógł to zobaczyć i mieć z tego pożytek. Dzięki stosownie dobranym przykładom czytelnik otrzymuje wgląd w sens twojej wizji czy myśli.Jeżeli szukasz właściwej kadencji frazy, dobrych określeń dla wyrażenia treści, zrób to tak, jakbyś wykonywał robotę za kogoś prostego, zwyczajnego, kto nie podjął takiego wysiłku, ale miał na to ochotę. Ja tak czytałem Mickiewicza,
jego wiersze, np. mówiąc dobranoc nie dałbym ci zasnąć... Słowa te są proste i zwyczajne, ale jest w kadencji tej frazy cud poezji.Najtrudniej jest wyrażać wyższe stany duchowe, taka umiejętność nie każdemu jest dana. W polskiej poezji są wiersze, które umiejętność tą wzniosły na szczyty duchowego słowotwórstwa. W szkole uczą nas różnych bzdetów o wieszczu narodowym, ale nie słyszałem, aby przybliżano nam głębię strof Mickiewicza w wierszu Widzenie: Dźwięk mię uderzył, nagle moje ciało...
Jeśli słowo jest naprawdę zgodne z treścią wewnętrzną, a niełatwą jest taka umiejętność, czytelnik to zobaczy i uszanuje. Jeśli natomiast będziesz udawał i coś modził, to choćbyś nie wiem, jak się starał, czytający wzruszy ramionami.
Fala, na której się nadaje... Są tacy, którzy czują jakieś pobudzenia, a
le nie potrafią temu sprostać. Jeden człowiek w naturalny sposób potrafi spojrzeć na coś z wysoka, a inny musi sobie dobudować koturn, wleźć na dzwonnicę, żeby na to popatrzeć.Wszystko, co napisałem do 28 roku życia... zniszczyłem.
R: Tak?
GA: Tak. Spaliłem.
R: Dlaczego? Uważałeś, że to jest niedobre?
GA: Zgromadziłem w kilku pudłach wszystko, co napisałem. Siedziałem nad tym, siedziałem... i poczułem, że muszę się od tego uwolnić. Całkowicie. Tak, poczułem, że nic z tego nie może zostać. W piwnicach domu, gdzie mieszkaliśmy, była kotłownia. Wszystko spaliłem, wiersze, szpargały, notatki. Uwolniłem się od naśladownictwa, od niedojrzałości, zauroczeń.
R: Czy zamiarem było oczyszczenie?
GA: Tak. Wszystko, co napisałem do roku 1967, zniosłem w trzech pudłach do kotłowni i...
Pamiętam ten moment, zapach tego dnia. Dogadałem się z palaczem w kotłowni, wrzuciłem wszystko do ognia. To, co się zajęło ogniem, to były próby, było w nich mnóstwo zapożyczeń, cudzych wpływów, choćby nawet wspaniałych. Powiedziałem sobie: albo będziesz mówić własnym głosem, albo przestań pisać. Minęło jeszcze parę lat, nim naprawdę zacząłem mówić własnym głosem
R: Wydaje mi się, że z wiekiem, wraz z upływem czasu coraz trudniej jest mówić własnym głosem.
GA: Niektórzy zaczynają mówić własnym głosem dość wcześnie, a są tacy, którzy powoli do tego dochodzą.
R: I nic nie zostało po tym całopaleniu?
GA: Zostały Listy z wieczności, ale tam też jest trochę zapożyczeń. One zostały. Zostawiłem Syna człowieczego, parę sztuk teatralnych... Kiedy dzisiaj się temu przyglądam... To jeszcze nie było mówione w pełni własnym głosem. Tak naprawdę, to dopiero około pięćdziesiątego roku życia poczułem, że są rzeczy, które tylko ja mogę zrobić i tylko ja mogę napisać. Przestałem się nawet obawiać, że ktoś mi poderwie temat.
Obecnie wiem, że mam napisać i zrobić tylko to, co ja mogę napisać i zrobić. Czasami myślę, że zbyt długo zwlekałem.
R: Czy teraz jeszcze piszesz wiersze?
GA: Bardzo rzadko. Czasami piszę jakiś żartobliwy wiersz. Latem ubiegłego roku zacząłem pisać wiersze cyklu Czarownice. Proza jednak wzięła górę.
Od 1976 roku byłem na indeksowanej wolności.
R: Co to znaczy?
GA: Bezpieka mnie pilnowała. Pracowałem wtedy w przedsiębiorstwie warszawskim jako główny specjalista do spraw organizacji przedsiębiorstwa i główny informatyk. Miałem swój pokój, początkowo dzieliłem go z dwoma inżynierami, z których jeden był przyzwoitym pijaczkiem, a drugi zwyczajną bezpieczniacką szują. Miałem tam swoje biurko, maszynę do pisania i czasami przepisywałem swoje teksty. Kiedyś wezwał mnie dyrektor, a ja zostawiłem wśród papierów parę moich wierszy i kiedy wróciłem to tych wierszy nie było. Niewątpliwie ukradł je szpicelek P. Uznałem - ukradł to ukradł. W parę dni potem dostałem wezwanie do bezpieki. Przyjął mnie taki młody gnojek i mówi: Panie..., Pan znowu pisze. Ja na to: A co, to jest zabronione? On mówi: Nie, nie, ale Pan miał już z nami problemy. No i my nie chcielibyśmy znów mieć z Panem problemów. Mówię: Jak będziecie mieć ze mną problemy to mi o tym powiecie. Na razie, nawet jeżeli ja piszę, to piszę do szuflady. Tak w Polsce postępuje wielu ludzi.
Jak stamtąd wyszedłem, dostałem kontrolowanego szału. Zrobiłem kopie wszystkiego, co napisałem. Dwa komplety przekazałem swoim znajomym, a cztery inne poszły do Kazimierza Brandysa, Stanisława Różewicza, Zbigniewa Herberta i Jerzego Andrzejewskiego. Z tej czwórki odezwał się tylko Brandys.
R: To wtedy odbyła się rozmowa z Kazimierzem Brandysem i potem próba publikowania w Zapisie?
GA: Tak, to wtedy Wiktor W. raczył się wyrazić podobnie, jak kiedyś wyraziła się prokurator Bardonowa odpowiadając na moje pytanie: Dlaczego prokuratura w takim świetle przedstawia moją osobę, mimo, że fakty tego nie potwierdzają? Ozwała się w trybie orzekającym: Dlatego, że prokuratura ma takie zdanie.
Bardzo dużo nauczyła mnie przyjaźń z Josifem Brodskim. Ale to było wiele, wiele lat wcześniej.
R: Po groźbach bezpieki nie bałeś się rozpowszechniać swoich wierszy?
GA: Przyjmowaliśmy wtedy taką postawę: jak ci grożą, to krzycz. To znaczy, że kiedy grozili, należało natychmiast publikować to, co chcieli zamknąć. Wtedy byli bezradni. Mogli z tego zrobić hecę, ale to już szło w świat.
Kiedyś człowiek, który pomagał mi przerzucać za granicę materiały groźne politycznie, sam zaproponował, że przerzuci także wiersze. Trafiły one do Herlinga-Grudzińskiego. To, co otrzymałem drogą okólną od swojego przyjaciela, który rozmawiał z Herlingiem-Grudzińskim o moich wierszach, po prostu mną wstrząsnęło. Herling-Grudziński bez żadnej motywacji, ani literackiej, ani politycznej, odmówił ich publikowania wierszy w paryskiej Kulturze. Uważałem, że o tym powinien był decydować Giedroyc jako naczelny, a z tego, co wiem, do niego wiersze te nie dotarły. Powtarzam, informacje te otrzymałem z drugiej ręki.
Takie to były próby, a trzeba pamiętać, że decydując się na publikowanie za granicą albo w Zapisie, należało się spodziewać, że wezmą cię na rożen.
W tym czasie pracowałem nad astrologią, ćwiczyłem jogę, żyłem pełnią swoich problemów, błędów i wybaczeń.
W tym też czasie napisałem Pułapkę Stachury, teksty o jodze integralnej.
R: Jaka jest, tak naprawdę, przyczyna tego, że nie opublikowano twoich wierszy? Czy jest to przeznaczenie, czy też wtedy nie był to jeszcze ten czas?
GA: Myślę, że złożyło się na to wiele przyczyn i można odczytywać je na różnym poziomie. Spróbuję to uporządkować. Po pierwsze, w polskiej poezji mamy poematy narodowe, są wiersze związane z chwilą dziejową np. Będziemy chodzić po swych własnych schodach Staffa, Chcieliście Polskę no, to ją macie Gałczyńskiego, albo Broniewski: Kiedy przyjdą podpalić dom, dom w którym mieszkasz Polskę.
Ale nie ma refleksyjnej poezji obywatelskiej o wysokiej temperaturze. Może to, co pisał Tuwim: rżnij karabinem w bruk ulicy, twoja jest krew, a ich jest nafta.
R: W poezji rosyjskiej jest poezja obywatelska i ona bardzo silnie działa. Czy można mówić o wpływie takiej właśnie poezji rosyjskiej na to, co pisałeś?
GA: Niewątpliwie. Wzrastałem w jej atmosferze. Setki godzin słuchałem poetów i bardów rosyjskich, którzy byli moimi kolegami, przyjaciółmi. Recytowali, śpiewali siebie i innych. Była też grupa poetów skupiona wokół Achmatowej - mistrzyni, opiekunki i nauczycielki. Chcieli mnie zabrać ze sobą w odwiedziny do Anny Andriejewny, ale ja się bałem.
R: Bałeś się?!
GA: Tak. Ona była, co ja mówię, ona jest magiem. Języka, poezji.
Gdybym natomiast spotkał Marinę Cwietajewą... Napisałem dla niej wiersz: mógłbym być wyrobnikiem twoim...
Wiersze moje były zbyt mocno nasycone, do tego stopnia, że ich czytanie sprawiało trudność. Jest to projekcja stanu napięcia wewnętrznego, który nie tak łatwo jest znosić na co dzień. Myślę, że tu tkwi główna przyczyna.
Stan. No i niewątpliwie przeznaczenie. Został powołany do życia Gall Anonim XX. Ale nie miał konkretnego adresu. A tego ludzie potrzebują, muszą mieć namiar na konkretnego człowieka. Byłem poetą, jogiem, astrologiem, dysydentem, ekonomistą, informatykiem, trenerem szachów, pracownikiem przedsiębiorstw. A tak, byłem też tłumaczem, przekładałem dzieła ekonomiczne oraz wiersze i poematy. Która z tych postaci jest prawdziwa?
R: W takim razie, czy Gall Anonim XX jeszcze istnieje?
GA: Gall Anonim istnieje, jak najbardziej! Ale wiesz, kiedy cytuję Galla Anonima XX, to mam wrażenie, że to nie ja, że to są słowa jakiegoś poety, którego chyba znam dość dobrze.
R: Co się dzieje z GA, skoro tak mało pisze w tej chwili?
GA: Powiedzmy, napisał swoje i uznał, że może kiedyś jeszcze coś napisze. We mnie jakby się skończył. Chociaż wiersze, które dzisiaj piszę sygnuję gaxx, jako ciągłość postaci.
Kiedy mnie sądzono to odpowiadałem za kilka spraw jednocześnie. Ale najciekawsze jest to, że kiedy sądzono mnie za Galla Anonima, to czułem, że przyczepili się zupełnie bez sensu, ponieważ... to nie ja.
Rozumiem dlaczego nie publikował mnie tak zwany wróg. Natomiast bardziej interesowało mnie, dlaczego nie wydawał mnie współtowarzysz walki. Doszedłem do przekonania, że przyczyną była bezpośredniość i ostrość tych wierszy. To nie była nuta cichego kwilenia...
R: A dzisiaj, jak oceniasz swoje wiersze?
GA: Kiedy je pisałem, przygniatała nas wszystkich ciężka bryła. Spod tej płyty grobowej usiłowałem coś powiedzieć, ale w takiej sytuacji z człowieka wydobywa się wściekłe burczenie, ironiczne mamrotanie, albo po prostu krzyk. Człowiek rad jest, że w ogóle może wydobyć z siebie jakiś głos. Coś tam się udało przekazać. Moje dzieci czytają to i zadają pytania. Kiedyś przyszły z takim wierszem:
I brudną pianą nad skażoną wodą
osiada władny duch, mocarny duch narodu,
i nie tajemna więź go łączy z nurtem,
lecz drobiazg spraw odsprzedawanych hurtem,
i już nie głębia męczy go podskórna,
a siła wirowania ludzkodurna,
i już nie w prawdę patrzy jak w zwierciadło,
tylko powtarza ślepe abecadło,
strunami szarpie ociemniałą ciszę
i chore niebo, chory sam kołysze.
i zapytały: kiedy to napisałeś i co tu chodzi?
R: I co im powiedziałeś?
GA: Odpowiedziałem pozornie nie na temat. Przypomniałem sobie, jak śledczy na Rakowieckiej, w śledczym dwunastym pawilonie MSW, robił mi klasówkę z polskiego. Protokolarnie. Polegało to na tym, że czytał głośno moje wiersze, które bezpieka zdobyła podczas różnych rewizji (teraz to się nazywa przeszukaniem) i po każdym wierszu pytał: Co pan (śledczy wyrażali się per pan, chyba było to tak zwane podejście psychologiczne do przesłuchiwanego) chciał przez ten wiersz powiedzieć? A dla mnie ta sytuacja była w to mi graj, bo waliłem bez ogródek wszystko, co leżało mi na sercu i wątrobie.
R: I co śledczy na to?
GA: Szrajbował, czyli pisał, ino mu ręce latały nad klawiaturą maszyny. Był niemożebnie zadowolony, taki materiał! Anty taki, anty siaki, czyli operatywnie rzecz biorąc, antypaństwowy. A ja, czyli Gall Anonim XX, byłem takoż niemożebnie zadowolony.
R: Zadowolony?!
GA: Nie rozumiesz duszy poety. Wyobraź sobie: nareszcie mam pilnego czytelnika, to po pierwsze. Po drugie, nareszcie mogę wypowiedzieć się prozą, łopatologicznie wykładając, co myślę o tym ich przedsionku do raju na Ziemi. Po trzecie, ileż to razy musiałem w szkole wiedzieć co poeta miał na myśli, chociaż nie bardzo rozumiałem, po co ta cała maskarada umysłowa, gdyż to, co miał na myśli, wyraził chyba najlepiej jak umiał, pisząc swój wiersz. W dodatku, skąd ja mam wiedzieć, co poeta miał na myśli, raczej chodziło o to, co polonistka ma w głowie na ten temat. A tu, po raz pierwszy, mogłem doprawdy wiedzieć, bo to ja miałem na myśli, a śledczy chciał, żebym mu to przełożył z polskiego na nasze. Ale przede wszystkim, cóż to za wspaniała ekwiwalencja historyczna: siedzimy razem ze śledczym w więzieniu, to znaczy ja siedzę, a on każe mnie doprowadzać na te korepetycje z polskiego, i prowadzę wykład o swoich wierszach dla jednego słuchacza, który skrzętnie zapisuje każde moje słowo. Zupełnie jak na jakimś wielce znanym uniwersytecie, powiedzmy Cambridge, gdzie poeta wykłada o treści swoich utworów, a kilku studentów, no niech będzie, że tylko jeden słuchacz tego seminarium, jest całkowicie pochłonięty moją wizją świata i poezji, w dodatku notuje wszystko, bojąc się uronić choćby jeden odcień z mojej wypowiedzi. A na oknach kraty, na korytarzach i w dyżurkach klawisze, w celach więźniowie i z tej lekcji polskiego ja też wrócę pod celę. To była nobilitacja, uznanie, świadectwo niepodważalne: tak, panowie i panie, oto słowo wolne.
R: Czy postrzegasz swoje życie jako przygodę, do tego stopnia, że w więzieniu cieszysz się z bezpieczniackiego studium swoich wierszy?
GA: Cieszę się?! To przesada! Ależ!...
Fascynuje mnie samo zjawisko życia tu, na Ziemi. A że ono
zaprowadziło mnie do więzienia, to czyja wina? W końcu gdzieś trzeba się
wypowiedzieć, czyli, jak mówią psychoterapeuci, odnaleźć swoją tożsamość. Nigdzie
nie jest powiedziane, że tożsamość odnajduje się w salonach i kawiarniach
literackich.
Byłem sobą. Wielu ludziom to się nie podobało. Wielu ludziom to się bardzo podobało. Niosłem wszystko, diamenty i pył węglowy, śmieci i cudowne odkrycia. Wszystko to niosłem razem.
* * * * * * *
R: Przeczytałeś?
GA: Tak.
R: Co sądzisz o tekście naszej
rozmowy, który opracowałam?
GA: Tekst jest dobry, miejscami nawet lepszy... Ale uśmiałem się!
R: Dlaczego?
GA: To nie ja.
R: Czy zgodzisz się na publikację?
GA: Zgoda. Ludzie i tak zobaczą to,
czego nie ma.
Tak samo jak nie widzą tego, co jest.
aneks
Sąd dla m. st. Warszawy VI Wydział Karny
3 lipca 1969
Warszawa
Przewodniczący Sądu: Oskarżony [Gall Anonim XX], o co prosi Wysoki Sąd?
[Gall Anonim XX]: By uzasadnić to, o co proszę, pragnąłbym, aby Wysoki Sąd zechciał mi poświęcić dokładnie 7 minut czasu.
Przewodniczący: Proszę.
[Gall Anonim XX]: Wysoki Sądzie, nie zamierzam, oczywiście, polemizować z wystąpieniem pani prokurator. Jej pogląd jest poglądem człowieka i obywatela. W związku z przemówieniem pani prokurator pozwolę sobie wyrazić gorące pragnienie, byśmy wszyscy szczęśliwie żyli w takich warunkach, w których podobna wymiana poglądów nie odbywałaby się na sali sądowej.
Wysoki Sądzie, w swoich wyjaśnieniach starałem się zdać Wysokiemu Sądowi sprawę z sytuacji, w której się znajdowałem i z motywów, które mną kierowały. Nie byłem jedynym, który znalazł się w tej sytuacji i nie byłem jedynym, którego postępowaniem kierowały te same motywy.
W moim Liście otwartym pisałem o tej sytuacji, to znaczy o dyktaturze oligarchii partyjnej, o jej wyłącznej własności i kontroli nad podstawowymi środkami produkcji, zmonopolizowaniu wszystkich dziedzin życia społecznego, politycznego i kulturalnego, utworzeniu i celebrowaniu kultu religii państwowej, które to funkcje pełni marksizm-leninizm, ograniczaniu podstawowych swobód obywatelskich i ludzkich, w szczególności swobody słowa, druku, twórczości.
Ta sytuacja w naturalny sposób powoduje reakcje ludzi myślących i czujących. Na tę sytuację reagowali moi przyjaciele w Związku Radzieckim - Igor O., Eugeniusz W., Michaił S. i inni skazani przez sądy radzieckie wyrokami od 8 do 15 lat.
Po długoletniej wspólnej pracy - lekturach, dyskusjach doszliśmy do skrystalizowanych wniosków. Podstawową ideą, która nami kierowała i kieruje są niezbywalne prawa człowieka do rozwoju duchowego i do warunków, które by ten rozwój zapewniły. Warunki te wymagają przekształcenia dyktatury oligarchii partyjnej z monopartyjnego kapitalizmu państwowego w naszych krajach w strukturę społeczno-polityczną opartą na wolności i demokracji. Uważamy, że struktura personalizmu społecznego, o której pisaliśmy w naszych opracowaniach, jest właśnie taką strukturą i gwarantuje, że pojęcia wolności i demokracji nie będą miały tylko charakteru deklaratywnego, jak to ma miejsce w aktualnej rzeczywistości. Podstawową cechą personalizmu społecznego, w naszym pojęciu, jest zagwarantowanie jednostce rzeczywistej autonomii ekonomicznej przy jednoczesnym uniemożliwieniu odrodzenia stosunków kapitalistycznych.
Chcąc realizować postawione sobie cele człowiek musi działać za
pomocą tych środków, którymi dysponuje. Uważam się za pisarza i pragnąłem, żeby idee, które mną kierują, znalazły odbicie w mojej twórczości literackiej.Zamierzeniem utworu Słowianie czyli Dziadów ciąg dalszy jest przedstawienie dramatów ludzkich, które dzieją się dlatego, że jednostki pod presją gwałtu zadawanego ich prawu do wolności poszukują dróg wyjścia.
Inne utwory, takie jak Współczesność, tragifarsa Polowanie i cykl wierszy są również literacko-filozoficznym ujęciem problemów wynikających z otaczającej nas rzeczywistości.
Jakichkolwiek fałszywych wiadomości mogących wyrządzić istotną szkodę interesom państwa polskiego nie rozpowszechniałem. Do winy się nie przyznaję.
Wysoki Sądzie, ponieważ:
| to, co nazywa się w naszej ojczyźnie obecnie wolnością i demokracją jest zamaskowaną formą dyktatury oligarchii partyjnej, | |
| jestem przeświadczony, że rozszerzenie marginesu wolności i demokracji jest możliwe, lecz wymaga długotrwałego rozwoju świadomości jednostki i społeczeństwa, | |
| wierzę, że rozwój swobód demokratycznych musi nastąpić a rzeczywiste spełnienie praw przyznanych przez konstytucję PRL i Powszechną Deklaracje Praw Człowieka jest nieuniknione i ponieważ tych procesów nikt nie jest w stanie zatrzymać, | |
| moja sympatia jest po stronie wszystkich zamykanych w więzieniach za głoszenie swych poglądów, jest po stronie Igora O. i jego współtowarzyszy, | |
| gdy przewoziłem program Wszechrosyjskiego Społeczno-Chrześcijańskiego Związku Wyzwoleniu Narodu oraz inne prace rosyjskich pisarzy powodowała mną przyjaźń i podziw dla szlachetności i odwagi znanych i nieznanych mi intelektualistów rosyjskich, | |
| gdy opracowywałem tekst nazwany Programem Wyzwolenia Narodu Polskiego kierowałem się wewnętrznym przekonaniem o konieczności dokonania takich zmian, które gwarantowałyby rzeczywiste poszanowanie godności i praw człowieka, | |
| gdy pisałem List otwarty i rozpowszechniałem go pragnąłem jedynie podzielić się ze swymi rodakami poglądami, które uważam za słuszne, | |
| uważam, że tylko określona przez prawo rzeczywista autonomia ekonomiczna jednostki przy jednoczesnym uniemożliwieniu bogacenia się jednych kosztem drugich jest realnym gwarantem poszanowania godności i praw człowieka, | |
| uznaję prawo pisarza do głoszenia tego, co czuje i myśli i ponieważ prawo to gwarantuje mi konstytucja PRL i Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, | |
| jestem pisarzem i pisząc dramat Słowianie byłem posłuszny nakazowi wewnętrznemu i wiem, że ten głos wewnętrzny nie może być zaduszony, | |
| we wszystkich pracach i utworach nie zawarłem jakiejkolwiek fałszywej wiadomości, lecz jedynie moje poglądy, które wynikają z powszechnie znanych faktów, | |
| wolność głoszenia poglądów jest podstawowym warunkiem kultury duchowej, w której wartości wierze i pragnę im służyć, | |
| jednym z naczelnych motywów mojego postępowania jest mówienie prawdy, | |
| ponieważ prawda nie boi się interpretacji |
o nic nie proszę Wysokiego Sądu.
Sygn.akt.VI Kp 1215/69
WYROK W IMIENIU
POLSKIEJ RZECZYPOSPOLITEJ LUDOWE
[fragmenty]
Dnia 2 lipca 1969 roku
Sąd Powiatowy dla m. st. Warszawy w Wydziale VI Karnym
w składzie następującym : (...)
(...) rozpoznawszy sprawę (...)
(...) za czyn opisany w punkcie I z mocy art.23 parg.1 dekretu z 13 marca 1946 r. /Dz.U.Nr.30 poz.192/ skazuje go na karę 3 /trzech/ lat więzienia, a z mocy art.47 parg.1 k.k. orzeka wobec niego utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na okres lat 2 /dwóch/.
NK.I. 4120/65/69
Warszawa dnia 29 grudnia 1995 r.
SĄD NAJWYŻSZY(...) Lektura przedmiotowych
opracowań dowodzi bowiem, że wyrażone w nich poglądy (...) zawierały naukową
analizę ówczesnych wynaturzeń ustrojowych we wszystkich jego sferach (politycznej,
ekonomicznej, gospodarczej oraz podstawowych praw i swobód
obywatelskich) oraz merytorycznie słuszną, rzeczową
krytykę systemu i metod rządzenia krajem.
Podkreślić należy, iż słuszność tych poglądów, ocen i postulatów potwierdziły w pełni historyczne doświadczenia ostatnich lat, związane z dokonaną transformacją ustrojową nie tylko w Polsce ale i pozostałych krajach Europy środkowo-wschodniej.
(...) wnoszę o zmianę zaskarżonych wyroków i uniewinnienie oskarżonych.
prof. dr hab. Adam STRZEMBOSZ
Sygn.akt II KRN 214/95
WYROK W IMIENIU
RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIE[fragment]
Dnia 17 kwietnia 1996 r.
Sąd Najwyższy w Warszawie Izba Karna (...)
*******
- Opowiem o tym, jak mi Bóg miły, gdy zamknie się pętla czasu - obiecał GA XX w 1969 r., w celi więzienia na Rakowieckiej.A w pięciu tomach akt sądowych oczekiwały wtedy na rozprawę, aresztowane razem z autorem:
W 1976 r. GA XX został ponownie wezwany przez SB na rozmowę prewencyjną. Młody służbista, wertując notatki, przenikliwie spojrzał na podejrzanego i powiedział: - Mamy informacje, że pan znowu pisze! GA XX zapytał niewinnie:
- A czy to jest zabronione? i usłyszał odp