Leon Zawadzki

N I T Y i M I T Y


Cykl ten był publikowany w roku 1999 w miesięczniku Czwarty Wymiar.
Od roku 2000 kontynuujemy publikowanie Nitów i Mitów wyłącznie w Logonii.
Pierwszym tekstem tylko dla Logonii jest Teomania.

* * *

Nic o nas bez nas

Ofiarom bałkańskiej tragedii poświęcam

L_rys.1.jpg (16215 bytes)Dzień był deszczowy, siąpiło od rana. O świcie dwie sarny przyszły pod dom, aby poszukać pożywienia i zabrały się, oczywiście, do obgryzania wiosennych pędów drzew owocowych. Zobaczyłem je z okna swojego pokoju i wyszedłem, aby zaproponować im coś na ząb i poprosić o pozostawienie drzew w spokoju. Uciekły, zwinne i nieufne.

W sali kominkowej ośrodka studiów astrologicznych zebrała się grupka uczniów. Wszedłem, aby się przywitać, młody aspirant wiedzy spojrzał na mnie i zapytał: Panie Leonie, gdzie Pan tak nauczył się sztuki interpretacji horoskopu?

Zanim zdążyłem pomyśleć, usłyszałem, że mówię: Wie Pan, może to było wtedy, gdy zastanowiłem się, dlaczego odwracam zawsze czajnik, stojący na kuchence gazowej, dziobkiem do ściany? Otóż tak postępowałem przez wiele lat, zdając sobie sprawę, że moje zachowanie jest irracjonalne i ma w sobie coś obsesyjnego. W końcu, tak myślałem, jest to obsesja nieszkodliwa, ale nie zadawałem sobie pytania: dlaczego takie jest moje zachowanie wobec czajnika?

Aż pewnego razu, byłem sam w swojej górskiej chacie, napaliłem w piecu, postawiłem czajnik z rozmachem na płytę kuchenną, a ponieważ mój kot zaczął miauczeć domagając się jakiejś strawy, postawiłem ten czajnik nie tak, jak powinienem. Nakarmiłem kota, odwróciłem się do czajnika i już miałem go odwrócić dziobkiem do ściany, gdy nagle coś we mnie krzyknęło: stop! zobacz, co robisz!

I zobaczyłem: jest wojna, mam pięć lat, idziemy z moim młodym kuzynem Gienkiem po nasypie kolejowym, w poszukiwaniu jedzenia. Jest po jesiennych wykopkach buraków cukrowych, przyglądamy się, gdzie poniewierają się na polach pozostawione buraki. Słyszę gardłowe glosy, śmiech i okrzyki, zbliżam się do skraju nasypu i widzę czterech żołnierzy niemieckich przy małym ognisku. Nim zdążyłem pomyśleć, że ci mężczyźni w porozpinanych mundurach, z karabinami niedbale odłożonymi na bok, są dla nas śmiertelnym zagrożeniem, czuję zapach smażonego boczku. Ta upajająca woń dobrego jedzenia jest w owej chwili, gdy głód skręca mi wnętrzności, silniejsza od mojego instynktu samozachowawczego, więc wdycham ją jak eliksir i wtedy jeden z tych żołnierzy mnie zauważa. Gwar i śmiech ustaje, żołnierz niedbale bierze karabin i zaczyna wdrapywać się na nasyp. Stoję jak zaczarowany. Żołnierz wyrasta przede mną, jakby od niechcenia repetuje broń, podnosi ją do ramienia i widzę lufę, która zionie mi prosto w oczy tajemniczym, niekończącym się tunelem. Wiem, że za chwilę wydarzy się coś ostatecznego, nieodwracalnego i że jest to tajemnica. Patrzę w ten tunel i nie mogę się poruszyć...

Czuję raptowne uderzenie w ramię i spadam z nasypu, na jego przeciwległą od żołnierzy stronę. Lecę koziołkując, wpadam w ostro kłujące zarośla, podrywam się i biegnę, znowu padam i biegnę... Słyszę gardłowy śmiech żołnierzy, ale nie słyszę wystrzałów. W tym śmiechu i krótkich, urywanych jak szczeknięcia okrzykach jest radosna wesołość i pewność, że ci, których głosy przetaczają się nade mną, mają prawo zabić mnie, ale mogą też nie zadawać sobie takiego trudu, skoro uciekam.

Ocknąłem się po biegu, w rozdartym sweterku, pokrwawiony i posiniaczony, ale jeszcze żywy. Okazało się, że Gienek, dosłownie w ostatniej chwili, pchnął mnie z nasypu i sam skoczył za mną. Dyszymy ciężko i uspokajamy się dopiero na przedmieściu.

Patrzę na czajnik i w czeluści jego dziobka widzę ten sam tunel i tę samą dziwną, nieodwracalną tajemnicę. Siadam na krześle przy stole, gapię się przez okno na beskidzkie wierchy i mruczę: musiała ci być jakaś mocna opozycja horarna, z radykalnymi tranzytami w moim horoskopie.

W sali kominkowej zrobiło się cicho, jakby w całym Wszechświecie zamarł na chwilę gardłowy śmiech "panów stworzenia". Znam ten dźwięk, słyszałem go w życiu tysiące razy i wiem, że nie jest to śmiech człowieka, lecz rechot w czarnej czeluści tajemniczego tunelu.

Po paru minutach dodaję nieśmiało: Oczywiście, była to lekcja astrologii, której w tamtej sytuacji jeszcze nie zrozumiałem. Ale przy piecu, w kuchni, byłem już dojrzałym człowiekiem i miałem za sobą kilkadziesiąt lat praktyki. Takich lekcji, z pogranicza życia i śmierci, wynikających z pytania być albo nie być, otrzymałem w tym życiu setki, aż zrozumiałem, że pytanie Szekspira jest wielce kokieteryjne. Po prostu nie można nie być. Nie-bycie jest złudzeniem. Wiem, że po drugiej stronie lufy karabinu czyli dziobka czajnika, może nie tak samo i nie taki sam, ale jestem.

Ukłoniłem się i już miałem wyjść z sali, gdy ktoś zapytał: - I co, przestał Pan odwracać czajnik dziobkiem do ściany? - Ależ skąd! - odparłem. - Teraz jednak robię to świadomie, czyli rozwijam się duchowo, czyż nie tak?

* * * * * * *

Pakty i fakty

Otrzymałem list od Czytelnika, który wprost zapytał: Moja pasją jest magia, wiedza tajemna. Dokąd mnie to zaprowadzi?

Długo wahałem się, czy i jak odpowiedzieć na to pytanie. Przejrzałem nawet ponownie książki i pisma o magii. Czytając niektóre artykuły mruczałem: w nowym piecu diabeł pali. Zastanawiałem się, czy porzekadło - nie taki diabeł straszny, jak go malują - ma sens i w tym przypadku.

W końcu, postanowiłem o to zapytać swojego psa. Ma on, jak twierdzą handlarki nabiałem, takie dziwne oczy. Ale nawet boginie serów, śmietany i pietruszki, na które ochoczo zagina parol straż miejska, nie wiedzą, że rozmowy z moim dalmatyńczykiem płci nadobnej są dla mnie niezbędne przy podejmowaniu decyzji.

Pies jednakże wypowiada się tylko wówczas, gdy jesteśmy w lesie sam na sam. - O co ci chodzi, czego się obawiasz? - zapytał, obgryzając korę uschniętego patyka. - Przecież wiesz - powiedziałem - o magii wypisują różne rzeczy. Czytałem nawet poradnik o procedurze sporządzania cyrografu czyli paktu z diabłem.

Błękitnooka dalmatynka, na którą handlarki wołają kropiata, przyjrzała mi się ironicznie i szczeknęła: - W samą porę, bo ci, co go właśnie zawarli na Bałkanach, nawet nie potrafią porządnie tego zrobić. Pakt z diabłem parafuje się własną krwią, a oni podpisują go cudzą. Co się tak gapisz, przecież razem oglądamy telewizję. A tak bez nawiasu mówiąc, to sam głośno czytałeś przy śniadaniu rozważania polskiego generała, że "Ta wojna nie jest wojną, gdyż zbyt wiele bowiem klasycznych reguł sztuki wojennej zostało tu naruszonych lub pominiętych". [Gazeta Wyborcza z 16 kwietnia 1999r.]. Diabeł by lepiej nie wymyślił.

- Ale wiesz - zauważyłem nieśmiało - co wolno generałowi.... No i sama rozumiesz: herezje, sekty, wiedza tajemna. Takie brewerie do Rzymu nie zaprowadzą.

Kropiata uniosła ogon zwycięsko do góry. - Tu cię mam! - warknęła. - Ta karczma Rzym się nazywa.

Wydawało mi się, że o swoim psie wiem wszystko. Okazuje się, że czytuje Mickiewicza. Zrozumiałem też, że pies o dziwnych oczach jest za. Ale co trzy głowy, to nie dwie. Pojechałem do małego domku, który przycupnął u podnóża wielkiej góry. Gospodarz siedział na drewnianym klocu i ostrzył siekierę. Nikt nie rozpoznałby w nim eleganckiego starszego pana, a już na pewno nie domyśliłby się, że ma przed sobą astrologa, który jeszcze za życia stał się legendą.

Pokłoniłem się. - Mistrzu - powiedziałem - co mam robić? - Nie wiem, co masz pan robić - odparł - ja robię, co trzeba. I podał mi siekierę, której ostrze błysnęło w słońcu. - Po co?- zapytałem. - Niech Pan Zastępów nie każe mi wiedzieć po co. Czy ja muszę myśleć? No powiedz pan, czy ja muszę myśleć?! Siekiera to siekiera. Ostrzyć trzeba. Jak jest siekiera, to się znajdzie drewno, jak będzie drewno, to się znajdzie ogień, jak będzie ogień, to można i zupę ugotować. Pan lubisz zupę?

- Mosze Damus - zauważyłem z lekkim zniecierpliwieniem - twoje przypowieści są mądre, ale nadal nie wiem, co robić z tą wiedzą tajemną.

- Nie ma wiedzy tajemnej - powiedział biorąc ode mnie siekierę i jeszcze raz sprawdził jej ostrość, a ja zauważyłem na jego dłoni wyraźną i głęboką bruzdę linii Saturna. - Co ma być tajemne? Człowiek? On nie jest tajemny, on bywa mądry albo głupi. Bóg? On też nie jest tajemny, on tylko jest. Pomilczał chwilę i nagle dodał: Nie ma nic tajemnego, są tylko kaktusy i siekiera. To co pana do mnie sprowadza?

- Magia - powiedziałem. - Widziałem znakomitych operatorów magicznych. Ja osobiście, do magii stosunek mam bardzo powściągliwy, żeby nie powiedzieć nadmiernie ostrożny. Dlaczego? Otóż uważam, że techniki magiczne są czymś w rodzaju hackerstwa energetycznego.

- No, złodziej to też zawód - powiedział Mosze Damus i odłożył siekierę. - A czym zajmuje się mag? On włamuje się do kosmicznego banku rezerw energetycznych. To chyba tak jakoś wygląda... Owszem, do każdego banku można się włamać. Jest to możliwe, tak samo jak włamanie się do systemu komputerowego, który chroni bazę danych lub istotną informację o przebiegach wydarzeń. Wiedza o tym, w jaki sposób włamywać się do takich układów i systemów, gromadzona jest od tysięcy lat i została doprowadzona do perfekcji. Ale zupy pan na tym nie ugotujesz - westchnął.

- A horoskop, mistrzu, horoskop?! - nieomal krzyknąłem.

- Co pan chcesz od horoskopu?! Horoskop to jest indywidualna karta kredytowa do tego banku, co się nazywa "Żyj i umieraj" i jest spółką co ma ograniczoną odpowiedzialność. Na tę kartę można pobrać to, co się należy. Jak pan chcesz i umiesz, to może nawet przyrastać na koncie i tak robi się dobry interes.

Zamyślił się, a ja, znając jego przyzwyczajenia, czekałem, wstrzymując oddech. Po dłuższej chwili powiedział: - Jeśli człowiek ma potrzebę, żeby ominąć przepisy, które regulują ruch przebiegów energetycznych, to korzysta z wiedzy o prawach natury i nazywa ją tajemną. Jeżeli zaś postępuje zgodnie z naturą rzeczy, chociażby z prawem, że Ziemia się obraca, to może spokojnie funkcjonować jako uczciwy poborca energii i płatnik podatku energetycznego. I wtedy masz pan ten swój horoskop.

Już chciałem coś powiedzieć, ale powstrzymał mnie ruchem ręki. - Natomiast, jeżeli zamiast horoskopu człowiek ma pretensję do Boga i rozgląda się, gdzie tu jest kasa i jakby ją obrobić, to ukraść też trzeba umieć, a jak nie, to wpadka. To samo przytrafia się operatorom magicznym. Jeśli nie potrafią, to wpadają, a policja kosmiczna sprowadza ich na ziemię. Potem przychodzą komornicy ubrani na czarno i załatwiają co trzeba, czasami bardzo szybko.

- Mistrzu - powiedziałem z uporem godnym lepszej sprawy - pisać, czy nie pisać?

- A pisz pan - przyzwolił Mosze Damus. - Tylko pisz pan prawdę, bo ten Sąd jeszcze nie jest Ostateczny.

* * * * * * * *

Gdzie duszy miło, tam ciało rośnie
o reinkarnacji

Reinkarnacja istnieje dopóty, dopóki trwa wiedza. W rzeczywistym bycie nie ma jej wcale ani teraz, ani nie było wpierw, ani nie będzie później. Jeden jest tylko Mistrz, a nim jest Duch.

Ramana Maharishi - Mędrzec z Góry Świętego Płomienia

Mówią, że reinkarnacja oznacza wędrówkę duszy, kołowrót wcieleń, cyklicznie powroty, gdy dusza indywidualna, otrzymując raz po raz imię i kształt, kontynuuje doświadczanie istnienia w konkretnej postaci. Co więcej, mówią, że kolejne wcielenia zależne są od poprzednich, bowiem żywot dobry i etycznie poprawny jest nagradzany, a postępowanie naganne prowadzi w kolejnym wcieleniu do sytuacji trudnych i dolegliwych.

Jest to wielce sympatyczna obietnica pewnej formy nieśmiertelności, która dla dobrych i odważnych oznacza nagrodę za wysiłki, a dla moralnie bezwolnych jest pocieszeniem, że będą mieli jeszcze możliwość odpracować swoje zaniedbania.

Gdyby to była tylko teoria, przy tym tak prosta i obiecująca, to moglibyśmy nią skutecznie się pocieszyć, albo uznać za fantazje umysłów leniwych, które zawsze mają czas, aby zdążyć na spotkanie z przeznaczeniem. I tak też pogląd ten jest najczęściej traktowany, ponieważ wszelkie ułatwienia są zazwyczaj pożądane i mile widziane.

Do naszego języka przeniknęło, z systemów religii i filozofii wschodniej, wiele pojęć, które tym chętniej są używane, im mniej zrozumiałe. Do takowych należą również pojęcia karmy i reinkarnacji. A przecież idea wędrówki dusz, która wyznawana jest w wielu kulturach i systemach religijnych, znana była także w kolebce naszej, europejskiej kultury.

"Mówią, że Pitagoras wypowiedział pierwszy myśl, iż dusza musi przejść przez cykl wcieleń, przechodząc w coraz inne istoty żywe. (...) Wieść głosi, że Pitagoras nakazywał swoim uczniom, aby wracając do domu zadawali sobie następujące pytania: Jaki błąd popełniłem? Co zdziałałem? Jakiego obowiązku zaniedbałem?" [Diogenes Laertios Żywoty i poglądy słynnych filozofów PWN, 1988].

Idea ta, bądź pogląd, wyznawane były i głoszone przez Platona, znane i uznane we wczesnym chrześcijaństwie, do którego przeniknęły z judaizmu i kabalistyki. Wiara w duszę wędrującą od wcielenia do wcielenia wyznawana jest przez ludzi jak Ziemia długa i szeroka, najczęściej za przyzwoleniem i zachętą kapłanów i czarowników, a dość często wbrew ich mniemaniom i zakazom.

Niestety, nie każdy człowiek tak od razu zdolny jest do zrozumienia reinkarnacji. Jest to prawda smutna, ale pożyteczna, jeśli wziąć pod uwagę proces dojrzewania duszy do zrozumienia samej siebie. A reinkarnacja jest organicznie powiązana z pojmowaniem istoty duszy i przeznaczenia.

Powiedzmy to sobie, tak z ręką na sercu, kto i jak często zastanawia się nad duszą jako taką, nad jej przeznaczeniem, nad warunkami jej ziemskiej, cielesnej egzystencji? Mówią, że w tych właśnie warunkach spełnia się ona aż do kresu, którym jest bezpośrednie, naoczne doświadczanie nieśmiertelności.

Mówią, że wiele zależy od tego, z czym człowiek się utożsamia. Człowiek słyszy przecież wezwanie, aby gotów był uznać swoją duszę za prawowitego dziedzica Ojca, w którego domu "komnat jest wiele".

Jeśli reinkarnacja jest wędrowaniem duszy, to aby ją zrozumieć, należałoby najpierw zastanowić się nad tym, kim lub czym jest ów Wieczny Wędrowiec. I najlepiej, a zapewne koniecznie należy to zrobić na własną odpowiedzialność. Warto przy tym wysłuchać doświadczonych teologów i filozofów, mistyków i praktyków kultury duchowej. Jednak żadnego z nas najmądrzejsze nawet uwagi i opinie nie uwolnią od samodzielnej odpowiedzi na zasadnicze pytanie: jeśli mam duszę, która wędruje (bądź tylko raz dane jej jest planetarne wcielenie), to czym lub kim ona jest, owa tajemnicza istota, która wszędzie mi towarzyszy i za którą wszędzie podążam?

A co, jeśli wnikając w ten problem, dowiemy się, że istnieją pewne możliwe, hipotetyczne odpowiedzi na to pytanie, np.: dusza to ja sam, jak najbardziej pełny, chociaż jeszcze niespełniony, ale zmierzający do spełnienia czyli doskonałości; albo - dusza to mój odwieczny, nieśmiertelny towarzysz, który równie zależny jest ode mnie, jak ja od niego, gdyż "jeśli go utracę, to go odzyskam, a jeśli go zachowam, to go utracę"; albo - dusza to nieustający potok doświadczanych wrażeń, dzięki którym postrzegam siebie jako istotę indywidualną.

Pouczenia, które otrzymujemy od teologów i psychologów, wyjaśniają wiele, ale nie wszystko. To małe coś, którego nam brakuje, gdy czytamy obszerne traktaty o duszy, to tylko, bagatela, doświadczanie bezpośrednie, naoczność, której nikt nam nie może zagwarantować aż do chwili, gdy sami ujrzymy własną duszę i usłyszymy jej wezwanie. Dopiero wtedy możemy zastanowić się, czy jest ona wędrowcem i wciela się, nawracając ponownie do koniecznych doświadczeń, czy też musi to zrobić raz a dobrze.

Dusza jest nieśmiertelna - tak powiadają teolodzy, nie tylko chrześcijańscy. "Dusza nasza jest substancją w sobie samej jedną i tą samą pośród odbywających się w niej zjawisk przejściowych. (...) Dusza nasza sama w sobie jest bytem prostym i jedynym, nie zaś złożonym z pierwiastków materialnych i rozciągłych, które by się mogły oddzielać jedne od drugich; a zatem jest ona istotowo różna od materii ciała, które ożywia" [Słownik apologetyczny wiary katolickiej, Warszawa, 1894, t.I].

O ile można intuicyjnie uznać, że powyższy pogląd jest dobrym wstępem do rozważań o naturze duszy, to o wiele trudniej jest się pogodzić, w oparciu o własne doświadczenie, z twierdzeniem, że "Życie naszej duszy nie jest złączone z życiem naszego ciała, z czego wynika, że na mocy swej natury dusza nasza żyje po śmierci ciała naszego" [tamże, t.II]. A już bardzo ostrożnie człowiek traktuje stwierdzenia takie, jak to, że "Przymioty Boga wymagają, aby nie niweczył naszej duszy" [tamże, t.II], ponieważ ocena "przymiotów Boga" zawsze wydaje się być ze strony człowieka nadmierną zarozumiałością.

W innym miejscu czytamy: "Dusza - tradycyjna nazwa psychiki człowieka, sumy właściwości i procesów psychicznych; w wielu religiach - niematerialny, niewidzialny, nieśmiertelny pierwiastek życiowy, wychodzący z ciała w momencie śmierci" [W.Kopaliński Słownik mitów i tradycji kultury, PIW, Warszawa, 1985].

Szanownego Czytelnika prosimy o cierpliwość, ponieważ jeśli mamy poważnie traktować temat naszych rozważań i siebie wzajemnie, to musimy zastanowić się, skąd się wzięło pojęcie reinkarnacji, a nawet dlaczego w ogóle pojawiło się w naszych umysłach i... duszach. W przeciwnym razie będziemy jak papugi powtarzać słowa fascynujące swoją odmiennością i zabarwieniem emocjonalnym, ale traktować je będziemy jak liczmany i, mówiąc językiem Melchiora Wańkowicza, wytrychy. A ja sam chciałbym wiedzieć, czy dusza tego wspaniałego publicysty i świetnego intelektualisty powróci, aby radować nas wyborną polszczyzną, której jakoś mi brakuje w tej taplaninie dziennikarskiej nowomowy. Bowiem tak chciałoby się usłyszeć, co mają do powiedzenia o dzisiejszych czasach dusze subtelne i wzniosłe, a tu ani słychu, ani widu. Więc chociażby z tego powodu chciałbym dowiedzieć się, gdzie i jak można będzie się spotkać ponownie z Mickiewiczem, Norwidem, Parandowskim, Tuwimem i wieloma innymi, za którymi tęskni moje oko, ucho i, co tu dużo mówić, tęskni moja dusza...

Idea, a może pomysł lub pogląd, że dusza jest nieśmiertelna, wypowiedziane zostały bardzo, bardzo dawno temu. O wschodnich koncepcjach duszy i kołowrocie jej inkarnacji jeszcze opowiemy, chociażby po to, aby publicyści hojnie szafujący dyżurnym zestawem pojęć i na wszelkie sposoby odmieniający słowo reinkarnacja, stali się bardziej zrozumiali dla nas, czytelników wierzących w nią i niewierzących. Nie o wiarę bowiem tutaj chodzi, lecz o zrozumienie.

Słownik języka polskiego podaje: "Dusza - ogół właściwości, dyspozycji psychicznych człowieka, władze duchowe człowieka; psychika, świadomość" [PWN, Warszawa].

Mędrzec hinduski, na pytanie o reinkarnację, odpowiedział: Reinkarnacja jest faktem, ale wiara nie ma tu nic do rzeczy.

Ramana Maharishi na pytanie: Czy mógłbyś nam pokazać tych, którzy umarli? odpowiedział: Czy znałeś twych krewnych przed ich urodzeniem, że chcesz ich widzieć po śmierci?

I jak tu się w tym wszystkim, Szanowny Czytelniku, zorientować, a przy tym nie zagubić swojej duszy, tym bardziej, gdy niezbyt dokładnie wiemy, czym ona tak naprawdę jest?

* * * * * * *

Serce Skorpiona

W sprawie pokoju żadna obca ofiara nie jest zbyt duża.

Karel Čapek

- Jak się pan czuje jako obserwator wydarzeń, które wiele lat temu pan przepowiedział? - zapytał mnie starzejący się już człowiek, który od czasu do czasu przypomina mi, że w ogóle cokolwiek przepowiedziałem. - Chodzi mi o wojnę w Kotle Bałkańskim. W 1993r. przepowiedział pan...

- Prognozowałem - powiedziałem - prognozowałem..

- A więc prognozował pan, że tak czy owak skończy się to interwencją zbrojną z zewnątrz. I że ta interwencja też nic nie pomoże, bo, jak się pan wyraził, nie można królika nauczyć latać.

Powiedziałem: - Wie Pan, chyba przy końcu 1992r. uważnie wysłuchałem wywiadu, którego udzielił polskiej telewizji Milovan Dżilas. Nawet nagrałem ten wywiad, ponieważ książka Dżilasa "Nowa klasa wyzyskiwaczy", za której wydanie autor zarobił trzy lata więzienia w podarunku od swojego najbliższego przyjaciela Josifa Broz Tito, była w swoim czasie podręcznikiem dysydentów antykomunistycznych. Dzisiaj jakoś nie mówi się o Dżilasie, bo jak wiadomo, od komunizmu uwolnili nas ci, którzy najgłośniej o tym gardłują. Dżilas natomiast już nie żyje i z tego powodu ma kłopoty z mówieniem. A ponieważ był to człowiek mądry, więc nigdy nie upominał się o swoją "działkę" z tytułu walki z komunizmem. W każdym bądź razie powiedział on wtedy, w wigilię 1993r., że bez interwencji z zewnątrz się nie obejdzie. Sprawdziłem jego słowa przy pomocy astrologii horarnej pytaniowej, i rzeczywiście...

- A czy pracuje pan nad prognozą astrologiczną nadchodzących wydarzeń? - zapytał mój sympatyczny rozmówca.

Zamyśliłem się. Owszem, pracuję nad zborną, uporządkowaną hierarchicznie, dynamiczną konfiguracją tych wydarzeń, gdyż w naszej przytomności dokonują się dzieje zarówno świata jak i astrologii o wyjątkowym znaczeniu.

Dla astrologa, wprawnego w rzemiośle i nawykłego do skupienia, jest możliwe ogarnięcie jednym rzutem oka dziejących się i nadchodzących wydarzeń. Ale pisanie o tym, przedstawienie zbornej wizji poprzez słowo, wymaga namysłu, aby przekazać w miarę dokładnie to, co zostało w błysku, czasami w oka mgnieniu, ujrzane.

Wyrwane z kontekstu horoskopu(ów): posadowienia, aspekty, dyrekcje, progresje, lunariusze, domy księżycowe, pasma posadowienia Księżyca itd., jak również wnioskowanie z horoskopu poszczególnego wydarzenia spektakularnego (np. napaści NATO na Jugosławię) lub osoby, może prowadzić li tylko do spostrzeżeń i prognoz, zasadnych co prawda, ale fragmentarycznych. Z tych puzzli można nawet ułożyć jakiś sensowny obraz całości, ale horoskopy przyczynkarskie nie są wystarczające, aby ogarnąć odległe horyzonty przyszłości. Dlatego w astrologii politycznej łatwiej jest prognozować przebieg kampanii czy bitwy, niż końcowy rezultat wojny.

Kiedy zwróciła się do mnie stewardessa PLL Lot, aby prognozować lot do Montrealu i z powrotem, to praca była lekka i przyjemna: start opóźni się o dwie godziny, ponieważ pierwszy pilot będzie miał kłopoty osobiste; na pokładzie będzie znaczna ilość dzieci; jeden z pasażerów w wieku 40-43 lat zasłabnie na serce itd. Potwierdziło się, a właścicielka horoskopu była świetnie przygotowana, miała zabawki dla dzieci i nawet konsultowała z kardiologiem pomoc dla nieszczęsnego pasażera, dostała stosowne porady i lekarstwa itd. Jeśli jednak chciałaby prognozy dla PLL Lot bądź Montrealu, to praca byłaby żmudna i wymagałaby o wiele więcej informacji, chociaż lot polskiego samolotu do Montrealu jakoś się ma w horoskopie do PLL i samego Montrealu.

To samo dotyczy horoskopu napaści NATO na Jugosławię, z którego łatwiej można odczytać skuteczność i przebieg ataków i kontrataków, niż losy wojny.

Czy wobec tego można się postarać o horoskop losów wojny? Owszem, ale uprzednio konieczne jest znalezienie istotnego motywu samej wojny, a nie pozorów, które są serwowane naiwnym. Uważam, że najlepszym tekstem, jaki się ukazał n/t tragedii bałkańskiej jest artykuł "Biznesczystki" w Gazecie Wyborczej z dn. 4 maja br. W tym artykule można znaleźć klucz do sytuacji i od razu jaśniejsze się staje, jakie - w horoskopie na 24 marca 1999r. godz. 20.15 Belgrad - jest znaczenie i rola Saturna w Byku. A ten element układanki na pewno może posłużyć do wnioskowania jaki będzie przebieg wydarzeń.

Astrolog musi spożytkować całą swoją wiedzę i skupienie, aby odnaleźć klucz do wydarzeń. Ale we wrotach do sytuacji na Bałkanach są co najmniej dwa zamki. Drugim kluczem jest decyzja ważniejsza niż moment napaści NATO, niż horoskopy Milosevica, Clintona itp. W dn. 25 kwietnia 1999r. w Waszyngtonie, na szczycie NATO przywódcy 19 państw zdecydowali: Sojusz Atlantycki będzie mógł prowadzić operacje wojskowe poza swoimi granicami, by bronić demokracji i praw człowieka.

Oto dwa klucze, które pasują do tego zamka: 1. biznes, który zdynamizował Bałkany; ale jak go ująć w horoskopy? oraz 2. akt hegemonizmu imperialnego (chciało by się powiedzieć demonizmu imperialnego) z dn. 25 kwietnia 1999r. w Waszyngtonie, w którym Polska również uczestniczy.

Jeśli do tych kluczy uda się uzyskać adekwatne horoskopy, to można prognozować na wiele lat przyszłości. Wtedy też horoskopy przyczynkarskie, takie jak Milosevica, Clintona, trzęsienia ziemi w Belgradzie, czy tornado w USA, znajdą swoje właściwe miejsce i wspomagać będą prognozę, wpasowując się w harmoniki.

Należy też wziąć pod uwagę, że interpretacje w astrologii politycznej mają swoje specyficzne, a ponadto częstokroć odrębne zasady i reguły, niż horoskop indywidualny. Np. horoskop Eichmana (albo Karadżica) może wykazywać wielkie sukcesy osobiste na skutek holocaustu, grabieży i morderstw, a nawet wiele lat skutecznego uchylania się od sprawiedliwości, co nie zmienia przebiegu wojny, której w znacznym stopniu ten bandyta patronował.

- A więc co pan widzi? - głos starszego pana wyrwał mnie zamyślenia.

- Zastanawiam się - powiedziałem. - Pracuję nad tym, jak już wspomniałem. Wkrótce zapewne zdołam przedstawić Panu wnioski prognostyczne.

Otóż, badając skutki nadchodzącego w dn. 11 sierpnia 1999r. zaćmienia Słońca, zwróciłem baczną uwagę m.in. na pasmo od 8.34'19" do 21.25'44" Skorpiona. To, tzw. pasmo posadowienia sygnifikatorów, ma przemożne znaczenie w sytuacji nie tylko dla Kotła Bałkańskiego, ale i dla całego świata cywilizowanego.

Mars bezpośrednio (tranzytem) zaatakował to pasmo w 1999r. po raz pierwszy podczas zaćmienia Słońca w dn. 16 lutego 1999r. A potem, aż do 21 sierpnia 1999r. Mars zrobi to jeszcze dwukrotnie, w tym z ogromną mocą 11 sierpnia 1999r. w tzw. Wielkim Krzyżu zaćmienia. Przy czym cała konfiguracja Wielkiego Krzyża wywiera na to pasmo nacisk, który porównać można tylko z astrologiczną sytuacją końca XVIII stulecia podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej.

Zajrzałem do swoich notatek, aby zasięgnąć opinii "starszych", czyli astrologów, którzy już z tego świata odeszli, ale mają nam jeszcze wiele do powiedzenia. I co znalazłem? Nacisk na to pasmo oznacza, według średniowiecznego dzieła Picatrix, magię spisków, wrogich ataków, operacji czarnej magii politycznej prowadzącej do wojen i rozdźwięków. Agrippa uważa, że to pasmo wywołuje zdrady, rozpad, bunt, spisek i zawsze ma związek z władcami i władzą. Arabowie nazywają to pasmo Sercem Gwiazdozbioru Skorpiona i uważają, że wpływa ono na zdemaskowanie wrogów, ale jest niezwykle niebezpieczne dla matek i macierzyństwa. Chińscy astrologowie uważają, że to pasmo należy do najbardziej niebezpiecznych: sąd, bankructwo, skandal. Hinduscy astrologowie twierdzą, że nacisk złoczynny na to pasmo pozbawia człowieka przyjaźni i wsparcia, ponieważ jest on nadmiernie zachwycony sam sobą. Judejscy astrologowie twierdzą, że to pasmo oznacza karę za zbrodnie. Kabaliści uznają to pasmo za ekwiwalent Arkanu XVI - Wieżę porażoną piorunem i władcę spadającego z niej "na łeb, na szyję".

Szanowny Czytelniku, uwagi starych mistrzów dotyczą sytuacji i osób, biorących w niej udział, niezależnie od tego, co oni sami o sobie mniemają...

Przeczytałem, zadumałem się i powiedziałem sobie tak: trudno, to co miało się stać, dzieje się. Jaka jest wola Nieba? Czy w tych warunkach można prognozę zrobić po staremu, w oparciu o tradycyjne podejście do interpretacji horoskopów?

Coś mi mówiło, że nie należy rezygnować z tradycyjnych metod analizy astrologicznej. I to samo wciąż mi mówi, że jeśli chcemy zobaczyć historyczny wymiar prawdy, to należy rozstać się z wieloma mitami, bo nadszedł czas, gdy same mity już nie wystarczą.

* * * * * * *

Astrologiem być...

Zaledwie parę dni przed zaćmieniem 11 sierpnia 1999r. rozmawiałem w Pradze z czeskimi astrologami, którzy opowiedzieli mi o konflikcie pomiędzy dwoma kierunkami badań astrologicznych - humanistycznym i tradycyjnie klasycznym. Po powrocie do domu poszedłem z moją dalmatynką do lasu na spacer i tak się nad tym problemem zadumałem, że Dalma warknęła: Może byś tak rzucił mi jakiś patyk, bo od tego myślenia zdrowszy nie będziesz.

Po powrocie do domu przejrzałem ponownie swoje notatki i listy od Czytelników. Pewien sympatyczny Czytelnik napisał do mnie: "Jeżeli dobrze obserwuję, to właśnie w astrologii odchodzi się od gatunku "astrologii wydarzeniowej", zastępując ją astropsychologią głębi, dzięki której próbujemy uchwycić to co duchowe czyli sens istnienia i działania".

Masz babo placek! - pomyślałem. Jakże łatwo używamy pojęć, których znaczenie staje się jasne dopiero po wielu latach studiów i praktyki. Astrologia wydarzeniowa jest pojęciem używanym w astrologii horarnej, a ta dzieli się na astrologię pytaniową, wydarzeniową i elekcyjną. Przy czym należy wyraźnie różnicować temat, w zależności od tego, czy sprawa bądź problem dotyczą osoby, grupy, organizacji, państwa lub narodu. W astrologii politycznej, na przykład, która stosuje też metody astrologii horarnej, metody rozpatrywania horoskopu politycznego są szczególne, zaś werdykt oparty jest na specyficznym interpretowaniu sygnifikatorów; zaś sama astrologia polityczna dzieli się na podgrupy tematyczne, z których każda ma swoją specyfikę.

Czytelnik pisze: "Dla mnie "prognozą" jest uchwycenie sensu całościowych przemian, jakie następują wokół nas, bez zbędnego wdawania się w szczegóły, które mogą czasem prowadzić do wróżbiarstwa a więc w ślepy zaułek".

Moje zdanie na ten temat jest odmienne. Oparte jest na studiowaniu astrologii klasycznej i usilnym praktykowaniu we wszystkich jej działach; na obserwacji konkretnej pracy mistrzów, którą mogłem podziwiać i zgłębiać dzięki ich życzliwości i wsparciu; na własnym doświadczeniu przy rozwiązywaniu problemów i podejmowaniu konkretnych werdyktów; na obserwacji wyników pracy tych moich uczniów, którzy umiejętnie korzystają z wiedzy i przyrodzonych zdolności (a zdolności te są zróżnicowane, zgodnie z dyspozycjami złoża karmicznego).

Astrolog powinien wdawać się w szczegóły i nie bać się posądzenia o wróżbiarstwo. Wiem, że jest to zadanie bardzo odpowiedzialne i... ryzykowne, ale "kto się wilków boi, ten do lasu nie chodzi". Bywa, że taki odważny astrolog natknie się na przysłowiowe wilki i wygryzą mu one to i owo, ale tylko tak powstaje autentyczna umiejętność profesjonalna. Taki astrolog-traper staje się fachowcem, bowiem zagłębiając się w las można zrozumieć co się w nim dzieje. Wilki zaś nie atakują człowieka bez powodu, chyba że już doprawdy nie mają nic smaczniejszego do zjedzenia.

Posądzanie astrologa o wróżbiarstwo jest zajęciem umysłów przyćmionych. Zazwyczaj słowo wróżbiarstwo traktowane jest z przymrużeniem oka, bowiem wielu dobrowolnych ślepców nie pojmuje, iż prekognicja wróżebna istnieje i ma swoje uzasadnienie. Owszem, w pracy astrologa pojawia się motyw autentycznego wróżbiarstwa, mianowicie akt jasnowidzenia, ewentualnie jasnosłyszenia, wyłaniający się ze szczególnego stanu natchnienia, który pojawia się podczas kontemplacji astralnej obiektów zwanych sygnifikacjami horoskopowymi.

Ptolemeusz pisze o tym już na wstępie swojego Centiloquium: 1.Każda przepowiednia winna być oparta zarówno na doświadczeniu, jak też na tradycji. Nikt - nawet mędrzec - nie potrafi uchwycić wszystkich form wydarzeń, konstelacje bowiem odsłaniają zaledwie ideę przewodnią danego wypadku, nigdy zaś jego sprecyzowaną postać. Praktykujący astrolog winien dlatego przede wszystkim przyswoić sobie zdolność wnioskowania. Lecz tylko natchnieni przez Bóstwo potrafią przepowiadać szczegóły. 2.Gdy badacz zechce wejrzeć w oczekiwane wydarzenie - nie znajdzie zasadniczej różnicy między samym wydarzeniem, a jego ideą. 3.Każde wydarzenie czy też wypadek jest zaznaczony przez gwiazdy w horoskopie urodzeniowym. 4.Umysł biegły w nauce odkryje prawdę znacznie szybciej, aniżeli jednostka wyszkolona w najwyższych gałęziach wiedzy

Dodam, że być "natchnionym przez Bóstwo" jest darem Niebios, ale jest, moim zdaniem, również efektem pracy w obecnym i poprzednich wcieleniach (to ostatnie jest, oczywiście, trudne do udowodnienia). Stan natchnienia może też być wypracowany dzięki określonej dyscyplinie ćwiczebnej, jeśli program ćwiczebny ujawnia i ugruntowuje takie umiejętności, dzięki dyspozycjom tkwiącym w naturze człowieka. Z mojego doświadczenia wynika, że tylko połączenie ugruntowanej wiedzy astrologicznej (por. p.4 Centiloquium) i umiejętności wchodzenia w stan natchnionej kontemplacji astralnej pozwala odczytywać szczegóły i widzieć zjawiskowy przebieg wydarzeń.

Bywa, że wyjątkowe umiejętności pojawiają się na skutek jakiegoś zdarzenia, zazwyczaj nagłego i częstokroć drastycznego, taką jest np. historia kobiety Rosjanki, operatorki suwnicy, porażonej prądem 30.tys. wolt, która przeżyła i stała się "żyjącym aparatem rentgenowskim".

Astrolog powinien dbać o stan wiedzy wielce konkretnej, zarówno przekazywanej w sztafecie pokoleń od mistrza do ucznia, jak i pomnażanej przez niego samego; wiedza ta zawarta jest w znakomicie opracowanych dziełach klasycznej interpretacji według reguł wnioskowania astrologicznego, np. Ptolemeusza, Morin de Villefranche'a. Powinien też zadbać o dyspozycję wewnętrzną do kontemplacji astralnej, która może być naturalna, ale należy o nią zadbać tak samo, jak uzdolniony pianista dba o sprawność techniczną i czyni to specyficznymi metodami praktyki ćwiczebnej.

Obserwuje się, niestety, że wielu uzdolnionych astrologów nie szanuje swojej dyspozycji naturalnej i potrafi ją roztrwonić na skutek niewłaściwego trybu postępowania, np. tocząc spory o wyższości astrologii humanistycznej nad klasyczną, bądź z powodu zazdrostek i zazdrości, które zatruwają mózg i niweczą natchnienie.

Co więcej, astrolog powinien szczególną uwagę zwrócić na higienę i dyscyplinę swojej codzienności, w której nieustannie styka się on z żywiołami. Takowa dbałość, w praktyce mistrzów astrologii hinduskiej, została doprowadzona do perfekcji poprzez ćwiczebne akty kontemplacyjne na pierwiastkach rzeczywistości.

Astrolog powinien pracować nad adaptacją przestrzenną, co pozwoli mu na właściwą orientację lokalizacyjną (polecam książkę Doroty Zarębskiej-Piotrowskiej Tajemnicze energie oraz dobre podręczniki feng-shuei); nad subtelną wibracją dźwięków prymarnych, szczególnie słowa, a tutaj wiele mógłby nauczyć się od znakomitych polskich aktorów (polecam Juliusza Tennera Technikę żywego słowa wyd. Lwów 1931); nad energią żywotną symbolu i gestu; nad subtelną wibracją barwy; nad subtelną wibracją emocji i uczuć; wreszcie, nad własnym charakterem (polecam dzieło Samuela Smilesa Pomoc własna wyd. Warszawa, 1879, tak, tak, tysiąc osiemset...).

Owe ćwiczenia, przytomnie i uporczywie powtarzane, pozwolą na osiągnięcie stanu, w którym możliwa jest kontemplacja astralna. Co to jest, czyli "czym to się je"? Kontemplacja astralna oznacza umiejętność przykucia uwagi do obiektu poznania, wypełnienie pola przytomności jednym obiektem poznania - w trwałym akcie przykucia uwagi - aż do stanu zwanego prądem kontemplacyjnym. Ćwiczenie takie prowadzi nieuchronnie do ugruntowania tej umiejętności tak, aby pojawiała się ona "na zawołanie".

Wysokim stanem kontemplacji astralnej jest modlitwa. Praca nad horoskopem jest modlitwą astrologa, kontemplującego boską doskonałość relacji Nieba i Ziemi, która przejawia się w przeznaczeniu i losach człowieka.

Analiza astrologiczna jest aktem kontemplacyjnym, w którym obiektem poznania staje się horoskop, postrzegany od idei wiodącej (dla sprecyzowanego tematu), zwanej przeznaczeniem indywidualnym i/lub zbiorowym, aż do pojawienia się wewnętrznej wizji wydarzeń, co zdarza się dość często, a jeśli się nie zdarza, to najczęściej z powodu zachwianej uważności.

Jest oczywiste, ze profesjonalizm astrologa wymaga spełnienia tych samych warunków, co każdy profesjonalizm, np. pisarza, poety, sportowca, inżyniera, dziennikarza, zaś każdy profesjonalizm ma swoja specyfikę, np. dziennikarz może sobie pozwolić na to, co dla sportowca jest zabójcze. Astrolog musi, tak czy owak, przestrzegać wielu zasad postępowania, włącznie z odżywianiem się, ubiorem, relacjami...

Astrologii, tak jak bycia poetą bądź uczonym, nie można tylko się wyuczyć. Oprócz zgromadzonej informacji "na temat" potrzebne jest jeszcze to coś, co piszącego czyni Żeromskim lub Haszkiem, a uczonego Bohrem lub Hawkingiem. Owo coś może się otwierać w procesach poznawczych i każdy ma prawo ku temu zmierzać.

Właśnie takie podejście do astrologii skłoniło mnie do opracowania, również dla siebie samego, nurtu astrologii świątynnej. Nie musiałem wyważać otwartych drzwi, ponieważ reguły praktyki ćwiczebnej nie ja wymyśliłem, są znane od tysięcy lat. W każdej epoce jednak astrologia świątynna musi znaleźć własne przełożenie, stosowne do warunków, aktualnego stanu wiedzy i umysłów.

Dlaczego świątynna? Ponieważ astrolog dokonuje skupienia na prawidłowościach i skutkach funkcjonowania Świątyni Boga, którym jest Wszechświat; ponieważ narzędziem pracy astrologa jest świątynia ciała psychofizycznego zwanego mikrokosmosem; ponieważ astrolog winien dbać o właściwe relacje z makrokosmosem, a takowe możliwe są tylko wtedy, gdy ugruntował on i utrzymuje odpowiedni stan wewnętrzny, w którym może kontemplować sprawcze funkcjonowanie wyższych Inteligencji w ich relacji z Ziemią i człowiekiem; ponieważ czuje on całym sobą, że jego istnienie i praca są powołaniem i stara się temu sprostać.

Tak to widzieli astrologowie, których dzisiaj postrzegamy jako twórców astrologii klasycznej. Sam z takiego nurtu się wywodzę, a mistrzowie moi pomogli mi ujawnić złoże karmiczne, a potem otoczyli mnie życzliwa opieką i wsparciem, gdy wyruszyłem do samodzielnej praktyki. Staram się, z błędami a jakże, pracować w tym nurcie i, na ile jestem w stanie, pomnożyć wiedzę, spłacając tym samym dług, jaki mam wobec moich Nauczycieli.

Opowiedziałem więc moim czeskim kolegom astrologom dowcip równie abstrakcyjny, jak spór o "właściwą" astrologię. W karawanie, przez pustynię idą dwa wielbłądy. Idą już tydzień, z nieba leje się żar, noce są chłodne. W końcu jeden z nich zwraca się do drugiego i mówi: wiesz, cokolwiek tam o nas wypisują, a pić się chce!

Jeśli Czytelnik uważnie przeczytał ten tekst, to mam nadzieję, iż zauważył, że konflikt pomiędzy astrologią klasyczną i humanistyczną jest burzą w szklance wody, która tak czy owak jest nam potrzebna, gdy chce nam się pić.

* * * * * * *

Odczepcie się od Nostradamusa

"Wielokrotnie przepowiadałem to, co się wydarzy, na wiele lat wcześniej nim przewidziane się spełniało! Również przyszłe wydarzenia, w krajach i miejscowościach uprzednio przeze mnie wskazanych, i objaśniałem to Bożą mądrością oraz natchnieniem, którym On mnie obdarzył; ale (...) nie chciałem, aby moja zdolność jasnowidzenia przyniosła szkodę nie tylko teraźniejszości, lecz i przyszłości". [M.Michel de Nostradamus w liście do syna Cezarego z dn. 1 marca 1555].

Przeznaczenie chroniło Nostradamusa przed inkwizycją, w jego obronie ostro i bez wahania wystąpiła Katarzyna Medycejska, król Francji Henryk II szanował go, wspomagał i otaczał opieką. Liczne jego przepowiednie spełniły się jeszcze za jego życia. Setki prognoz zdołano odczytać dopiero po tym, jak się sprawdziły. Mało komu starczyło wyobraźni, aby zrozumieć metafory i aliteracje centurii, jak chociażby imię Hister, które łączy w sobie: nazwisko Hitler, histeryczny sposób bycia dyktatora, histerię mas, które uległy jego demagogii oraz historyczne znaczenie hitleryzmu.

Nostradamus jest geniuszem. Genialność, "ta jedyna władza ludzka, przed którą bez wstydu można ugiąć kolana" [Cesare Lombroso Geniusz i obłąkanie PWN, 1987], jest stanem boskiego natchnienia, któremu organizm ludzki z trudem może sprostać. Nostradamus, dzięki zamiłowaniu do pracy i wyjątkowo rozważnej dyscyplinie osobistej, radził sobie z problemami, jakie dla ciała psychofizycznego niosą potężne fale proroczego daru; był lekarzem, cechował go zdrowy rozsądek, prowadził życie umiarkowane

Nostradamus w swoich przepowiedniach tylko raz wymienia datę terminalną: X.74. Au revolu du grand nombre septiesme,/ Apparoistra au temps ieux d'Hecatombe,/ Non esloigne du grand aage milliesme,/ Que les entrez sortiront de leur tombe. [Po upływie wielkiej liczby siedem/ Pojawi się w porę ich Hekatomba/ Nie można oddalić wielkiego wieku tysiąclecia, (lub: Nie wybijajcie wielkiego wieku na monetach,), /Gdyż wchodzący wyjdą ze swojego grobu (lub: Ponieważ w dojrzałym wieku wyjdą ze swego wiecznego ukrycia)].

Nostradamus stosował podwójny system datowania, więc niektórzy badacze przypuszczają, że chodzi o 7000 rok od Creation de Monde (Stworzenia Świata, ale uwaga: chodzi o świat tej ludzkiej historii, której datowanie profeta opiera na Starym Testamencie); Nostradamus obliczał czas narodzin Noego na 1506 rok od początku czasów, czyli początku historii ludzkości [List do króla Henryka II datowany: Salon, 22 czerwca 1558r.] Jeśli chodzi o powyższy czterowiersz, to badacze są zgodni, iż dotyczy on 2250r. według kalendarza juliańskiego.

...i teraz czas uśmiechnąć się z politowaniem, gdyż dobrze wiemy, że historia ludzkości ma o wiele więcej niż jakieś tam 7 tys. lat bez mała. Ale Nostradamus też dobrze wie, co mówi i pisze: Stary Testament zapowiada nadejście Zbawiciela, który - według Nostradamusa - "urodził się w 4173 roku plus minus 8 m-cy" [cyt. j.w.]. Według Nostradamusa, historia biblijna wraz z narodzeniem się Chrystusa weszła w nową erę - Kościoła Chrystusowego, który doświadczy ponownie wielkich prześladowań "w 1792 roku, que l'on croira etre une renovation de siecle" (który uważać będą za wiek odrodzenia) [cyt. j.w.]. A więc czas Wielkiej Rewolucji Francuskiej jest w tej wizji (wizji z 1558r.!) początkiem końca ery, lub jak dziś powiedzielibyśmy, epoki Ryb. Rok 2250 zaś jest właściwym astronomicznie początkiem tzw. ery Wodnika i w historii ludzkości staro- i nowotestamentowej oznacza Hekatombę. Zgadza się to z obliczeniami tych astrologów współczesnych, którzy dokładnie liczą. Warto na to zwrócić uwagę, gdyż nadal trwa faza przejścia od epoki Ryb do epoki Wodnika (szczegółowe obliczenia można znaleźć w mojej książce Astrolog, wyd. Aster, Kraków 1996). Wszelkie podniecające stwierdzenia, że "to już era Wodnika" są więc obecnie przedwczesne.

Jeśli więc Nostradamus mówi nawet o "końcu czasów" (nie o końcu świata!), to ze wszystkich jego wypowiedzi jasno wynika, że chodzi o koniec "naszego świata", koniec 7 tysięcy lat istnienia psychicznego i mentalnego kodu funkcjonowania tego świata, w którym Nostradamus przekazywał chrześcijańskiemu królowi Francji profetyczną wizję przyszłości aż do końca struktury i układu sił w znanym nam świecie. Nie trzeba być historykiem ani socjologiem, aby wyobrazić sobie, czym dla nas, z naszymi nawykami i schematami myślenia jest taka (!) transformacja i w końcu radykalna zmiana. Ale taka przemiana dokonuje się powoli, z oporami, histerycznie i krwawo, najczęściej z nadzieją, że powszechne ogłupianie pozwoli utrzymać w ryzach nieposkromione obroty młynów bożych, rzadziej ze zrozumieniem, że należy uszanować zamysł przedwieczny i odnaleźć się w tym procesie kosmicznej transmutacji ludzkości. Wszechświat będzie istniał i robił swoje zgodnie z prawami kosmicznego ładu i celu, Wszechświat nie przestanie istnieć i nie zmieni swojego rytmu tylko dlatego, że pokaźna część ludzkości ma o sobie jak najlepsze mniemanie.

Wielki hinduski astrolog Swami Śri Yukteśwar Giri, w swojej pracy z 1894r. pisze: "Począwszy od A.D. 499 Słońce zaczęło zbliżać się do wielkiego centrum, a ludzki intelekt zaczął się rozwijać. W czasie 1100 lat wznoszącego się Kali Yuga (Wieku Ciemnoty), czyli do 1599r. intelekt ludzki był tak zamroczony, że nie mógł pojąć elektryczności, czyli Sukshmabhuta, subtelnej materii stworzenia. Również w polityce, na ogół nie było pokoju w żadnym królestwie. W następnym okresie, czyli w stuletnim przejściowym Sandhis Kali Yuga, łączącym ten okres z następującym Dwapara Yuga, ludzie zaczęli pojmować rzeczy bardziej subtelne, pochodzące od pięciu rodzajow elektryczności, Panczatanmatra. (...) W 1899r. kiedy 200-letni okres Dwapara Sandhis się wypełni, zacznie się prawdziwa Dwapara Yuga, trwająca 2000 lat i da ludzkości na ogół pełne zrozumienie elektryczności. (...) [Potem nastąpi] okres 3600 lat, (...) ktory nazywa się Treta Yuga. Dharma, siła mentalna, jest wtedy w trzecim stadium rozwoju. Intelekt ludzki staje się zdolny zrozumieć boski magnetyzm, to źródło wszelkich sił elektrycznych, od których zależy istnienie stworzenia. Okres 4800 lat (...) nazywa się Satya Yuga. Dharma, siła mentalna, jest wtedy w czwartym stopniu rozwoju i dochodzi do pełni. Intelekt ludzki wtedy może zrozumieć wszystko, nawet Boga-Ducha, będącego poza widzialnym światem". [Śri Yukteśwar Giri Kaivalya Darshana - Święta Wiedza, 1894r.].

Śri Yukteśwar stosuje hinduski podział czasu na epoki, który uwzględnia, zgodnie z astrologią hinduską, precesję punktów równonocy. Nie mówi on, tak samo jak Nostradamus, o końcu świata, który postrzega jako cyklicznie zmienny. Nostradamus mówi o końcu jednego z cyklów w 2250r., natomiast Yukteśwar nie ma, jako hinduista, ograniczeń wynikających z chrześcijańskiego ujmowania historii jako jedynie możliwej koncepcji istnienia "naszego świata".

A gdy nastał rok 1999, o którym Nostradamus pisał w centuri X.72, to chociaż nie ma tam ani słowa o końcu świata, w publikacjach zaczęło się swawolne "ha, ha, Nostradamus powiedział, że to już koniec z nami, hi, hi!". I jak kalekie dzieci po Czarnobylu (to też jest epizod końca naszego świata) zaczęły wyrastać wielkie tytuły sążnistych artykułów, których motywem przewodnim było: no, zobaczymy, co też ten "prorok" naopowiadał! Ale będzie heca, jak się nie sprawdzi! Przykładów takiej głupawej ignorancji było tak wiele, że szkoda miejsca, aby je wszystkie tu przytoczyć. W lipcu Polityka wydała numer z wielkim kolorowym tytułem na okładce: Za pięć dni koniec świata. Nostradamus. Toż to pospolite naruszenie praw człowieka i obywatela Nostradamusa, gdyż jako żywo nigdy czegoś takiego nie powiedział ani nie napisał. A szkoda, bo artykuł, który ten tytuł zapowiada, jest rzetelny i zawiera wiele wartościowych informacji. Warto jednak wiedzieć, że Nostradamus to człowiek, a nie jakiś fantom w zamglonych umysłach. Jeśli nawet strona tytułowa ma przyciągać oko i kieszeń czytelnika, to jak czułby się redaktor naczelny, gdyby jakieś pismo walnęło na okładce brednię i podpisało je nazwiskiem redaktora? Procesik, odszkodowanko?...

Ale wszystkie rekordy pobiła Gazeta Bielska wyd. Gazety Wyborczej z dn. 12 lipca 1999r.: wersalikami główny tytuł na pierwszej stronie: NOSTRADAMUS TO CWANIAK. A w środku takie kwiatki: "Pani kochana, czy ja bym myła okna, gdyby miał być koniec świata? - dziwi się rumiana gospodyni z Katowic. (...) W delikatesach Piast w Gliwicach sprzedawcy nie zauważyli, by ktoś robił zapasy (to niby ma być argument, że ludzie nie wierzą w koniec świata, gdy jest to raczej dowód, że myślą "a po cholerę nam zapasy!" - LZ). Więcej klientów niż zwykle kupowało piwo. (Proponuję reklamę browaru: na tle charakterystycznej postaci Nostradamusa, który trzyma w ręku księgę z tytułem Koniec Świata kufel piwa EB i wielkimi literami: Ze mną nic ci nie grozi. - LZ. Proszę pamiętać o umowie i honorarium, które zamierzam przeznaczyć na stypendia dla utalentowanych astrologów). (...) Ksiądz Krzysztof Miera, przewodniczący Stowarzyszenia Gaude Fest, śmieje się na tę wieść. - To bzdura. W Ewangelii, która jest naszą księgą życia, zapowiedzi ponownego przyjścia Chrystusa nie są podawane z żadnym konkretnym dniem ani godziną. (Właśnie, koniec świata, zgodnie z eschatologią Kościoła, oznacza ponowne przyjście Zbawiciela, chociaż żyjąc z Chrystusem w sercu można zobaczyć, że jest on tutaj nieustannie obecny - LZ). (...) Wojciechowi Ornakowi zepsuł się w sobotę polonez. - Dla mnie to koniec świata jest już teraz. Gorzej stać się nie mogło..." itd. itp.

Każdemu może zepsuć się samochód (może być gorzej, oj, może! - jak powiedział zajadły optymista), ludzie mogą kupować więcej piwa (a jakże, z piwem raźniej), ksiądz może śmiać się (zamiast sprawdzić, kto dał taką plamę i parafował to nazwiskiem chrześcijańskiego proroka), ale nie wolno pisać, że "Nostradamus, XVI-wieczny jasnowidz, przewidział koniec świata na lipiec 1999r", bo nawet Nostradamus nie przewidział, że dziennikarze poważnej gazet będą wypisywać o nim takie androny, zaś obowiązkiem dziennikarza jest sprawdzać informację przed jej opublikowaniem. Czy owi dziennikarze (tekst podpisały trzy asy lokalnej bielskiej Wyborczej) mają nadzieję, że Nostradamus jest od nich głupszy tylko dlatego, że jest XVI-wieczny? W języku prawniczym powyżej zacytowany tytuł nazywa się naruszeniem dóbr osobistych, zaś w języku potocznym jak się nazywa, panie i panowie?

Ponieważ Nostradamus jest XVI-wieczny, więc zapewne nie będzie dochodził swoich praw i na to chyba liczyli autorzy artykułu. I kto tu jest cwaniakiem?

Nostradamus znał wyroki boże i wiedział, że Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy. Dokładnie przepowiedział, że jakiś pospolity żołdak otworzy jego mogiłę i zbezcześci zwłoki, ale człowiek ten w krótkim czasie potem zginie. I tak się stało, podczas Rewolucji Francuskiej.

Radzę, aby wszyscy, którzy zabawili się i zarobili na konto Nostradamusa, co rychlej sprawdzili swoje horoskopy. Jeśli zechcą, abym ja się tym zajął, to uprzedzam: zażądam, aby najpierw udali się w worku pokutnym do Salon i tam złożyli stosowną ofiarę. Nostradamus jest geniuszem, więc jak radzi Lombroso, na kolanach.

Można łagodniej: niech zamiast pleść głupstwa, zaczną czytać, rozmyślać, uczyć się.

* * * * * * *

Klucz w użyciu nie rdzewieje

Astrologiem zostaje się nie od razu, to wiadomo, ale mniej jasne jest, że autentyczny profesjonalizm wymaga pracy i przezorności.

We wczesnych latach praktyki astrologicznej moim ulubionym zajęciem było odczytywanie przeszłości. Skupiony nad horoskopem, który obliczałem tylko z daty urodzenia właściciela horoskopu, podnosiłem głowę znad tej kartki papieru i serwowałem zdumionemu rozmówcy szczegóły z jego życia. Byłem za to podziwiany, a jakże, sam też byłem sobą zachwycony za taką umiejętność i gotów pogłaskać się po głowie. Pomimo jednak śmiesznostek, które próżność zawsze sprowadza na nieszczęsnego zarozumialca, takowe ćwiczenie znakomicie sprawdzało umiejętności praktyczne. I chyba jedyną korzyścią z tej pysznej zabawy jest szybka orientacja co do faktów z życia właściciela horoskopu, które należy brać pod uwagę przy rektyfikacji jego horoskopu.

Z tej przygody wyciągnąłem też inny jeszcze, bardzo ważny wniosek praktyczny: astrolog powinien zająć się przede wszystkim horoskopem człowieka, a nie lubować się własnymi umiejętnościami. Kiedy sprawność techniczna bierze górę nad współczującym rozsądkiem, to coś bardzo ważnego ucieka, pozostaje w cieniu i do prawdziwego spotkania astrologa z właścicielem horoskopu nie dochodzi, chociażby ten ostatni otrzymał wiele pożytecznych informacji.

Gdybym nawet chciał opowiedzieć, jak zostałem ukarany za takie podejście do pracy, aby pojawił się jakiś moralitet, to nie mogę tego zrobić, gdyż nic takiego się nie wydarzyło. Może nie byłem aż tak lekkomyślny, jak mi się dzisiaj wydaje. Zapewne astrologia świątynna nieuchronnie wzięła górę nad sprawnością mojej "gimnastyki astrologicznej". No cóż, młodość, "mój bucik nie do pary", jak napisała Marina Cwietajewa. A może Urania, dobrotliwa nauczycielka, z czułym rozbawieniem patrząc jak jej wierny uczeń udaje osiłka, wybaczyła mi te młodzieńcze popisy: "wyrośnie z tego i chyba coś z niego będzie".

Owszem, doświadczony praktyk, odczytując przeszłość właściciela horoskopu, może odnaleźć w niej zalążki przyszłych wydarzeń. Przede wszystkim jednak powinien, na ile to możliwe, zebrać wszystkie informacje, które właściciel horoskopu zechce mu powierzyć.

Chodzi tu przede wszystkim o niezbędną oszczędność energii. Można potraktować zaglądanie w przeszłość jako sprawdzian umiejętności, sposób na nabranie pewności siebie, potrzebnej przy życiowo ważnych werdyktach, ale należy pamiętać, że skupienie i "czytanie z horoskopu" wymaga ogromnej ilości energii, której wydatkowanie najlepiej jest miarkować. Może jej bowiem po prostu zabraknąć, gdy astrolog z "podglądacza" winien przekształcić się w przytomnego sytuacji doradcę.

Profesjonalny astrolog postrzega swoje ciało jako oprzyrządowanie nawigacyjne. Jest ono czułym i wyjątkowo wrażliwym instrumentem, zasilane zaś jest energią zarówno biologiczną, jak i subtelną zwaną również duchową. Powinno też być odporne na tak zwane wpływy astralne, a służy temu umiejętność oczyszczania i powracania do stanu równowagi i skupienia.

Wielogodzinna praca przygotowawcza nad horoskopem, następnie samo spotkanie z właścicielem horoskopu jest wyczerpującym zajęciem, do tego stopnia, że nawet bardzo sprawny praktyk może po tej robocie znaleźć się na granicy wyczerpania i omdlenia. Właściciel horoskopu najczęściej nie zdaje sobie sprawy z wysiłku astrologa, tym bardziej, że skupiony jest na własnych sprawach i problemach.

Nie słyszałem o jakichkolwiek badaniach organizmu astrologa w trakcie jego pracy, a szkoda. Astrolog musi sam zadbać o gospodarowanie energią i regenerowanie organizmu.

Przede wszystkim potrzebne mu jest stosowne środowisko. Jeśli najbliżsi ludzie będą kiwać głowami, mając mu za złe jego "dziwactwa", to bardzo szybko znajdzie się on w skorupie, przez którą przebijać się, w dodatku codziennie, jest niesłychanie trudno, aż w końcu jego zdrowie zostanie poważnie nadszarpnięte.

Mój przyjaciel, wybitny polski astrolog-praktyk, zmarł w 49.roku życia i mówią, że z przepracowania. Rzeczywiście, pracował nadmiernie, ale obserwując jego codzienne życie, nie miałem wątpliwości, że nie sama praca go wyczerpuje, lecz bardziej lub mniej życzliwe otoczenie. Zmęczenie organizmu następowało nieuchronnie, a to z powodu różnicy poziomów wibracyjnych pomiędzy wrażliwą psychiką astrologa a pracą w niesprzyjających warunkach. Oddawał innym wszystko, nawet to, co miało służyć regeneracji jego sił.

Utworzenie właściwego środowiska nie jest sprawą łatwą i prostą, zwłaszcza jeśli człowiek zabiera się za astrologię, gdy zdążył już ubrać się we wszystkie społeczne uwarunkowania i podąża przez życie wyżłobionymi koleinami nawyków i obyczajów. Astrologia wymaga czasu, przestrzeni osobistej, niezależności i sensownie zorganizowanej niezależnej... samotności. Jeśli uzdolniony adept astrologii będzie zależny od humorów swojego otoczenia, zaś kłopoty dnia codziennego będą dyktować mu organizowanie własnego czasu, to o profesjonalizmie może on tylko marzyć.

Jeśli zdarzy się, że astrolog ma życzliwą, kochającą rodzinę, to może uważać się za wybrańca bogów. Najczęściej prawdziwą rodziną astrologa staje się grupa uczniów, którzy troszczą się o swego nauczyciela, ale przecież życie najlepszego nawet fachowca nie zaczyna się od nauczania. Sensowne nauczanie staje się możliwe, co najmniej, po 40.roku życia, a do tego czasu każdy zdąży zawiązać te parę supłów, które będą go trzymać na uwięzi, najbardziej wtedy, gdy zechce na dobre rozwinąć skrzydła.

Właśnie dlatego astrolog zazwyczaj szuka jakiejś samotni, oddalenia od przyziemnych kłopotów, bez których na dobrą sprawę można się obejść, gdy ma się coś naprawdę ważnego do zrobienia. Mówię o tym bez ogródek, bo widziałem i nadal oglądam wiele małych dramatów i nawet parę autentycznych tragedii, które pojawiły się "z tego klucza".

Jeśli ktokolwiek konsultuje ze mną swoje zamiary, aby "zostać astrologiem" (a w ostatnich latach takich osób jest sporo), to przede wszystkim przyglądam się, razem z nim, jego sytuacji życiowej, jego aktualnym układom, związkom i zobowiązaniom, a także zaszłościom, które mogą przygniatać go i krępować. Oczywiście, nawet wielce skomplikowane sytuacje życiowe nie dyskwalifikują człowieka jako ucznia astrologii. Trzeba jednak wyjątkowej siły charakteru, aby utrzymać się "na fali" nawet wówczas, gdy wszystko idzie w miarę składnie, a co dopiero, gdy jakaś Ksantypa lub złośnik o kurzym mózgu suszy człowiekowi głowę sprawami, które nie warte są kubła na śmieci.

Astrolog powinien liczyć się z tym, że jego pasja i studia nad astrologią tak czy owak będą go popychać do uniezależnienia się od gier społecznych. Jeśli będzie dostatecznie wytrwały, to doświadczenie, którego nabierze przy wychodzeniu na prostą, przyda mu się w astrologii praktycznej. Chodzi jednak o to, czy na tej wyboistej drodze nie nabawi się urazów, które przystroją jego praktykę w przeróżne tiki nerwowe. A należy pamiętać, że jeśli człowiekowi uda się wyrwać na swobodną przestrzeń i stać się gospodarzem własnego czasu, to nawyk życia w klatce społecznych uwarunkowań może odbijać się czkawką przez długie lata, nawet do końca życia.

Kandydata na adepta astrologii zapytuję również: - A o co tak naprawdę chodzi? Nie pytam, co chcesz osiągnąć, ale co chcesz zrozumieć? Jakie zobowiązania chcesz na siebie przyjąć i po co ?

Najczęściej kandydat na astrologa ciągnie już wóz pełen zobowiązań, albo ma pełno odcisków na mózgu od codziennych zmartwień. A jeśli jest to młody człowiek, który jeszcze nie zdążył się w to wszystko ubrać, to wystarczy, aby na skutek praktyki ćwiczebnej zaczął się "świecić", a już roje egzaltowanych panienek zawracają mu głowę planami wspólnej "świetlanej przyszłości". Wystarczy, aby dał się zwieść takiej syrenie i nie zobaczy on już gwiazd stałych jak swego własnego nosa, tym bardziej, że ona zrobi wszystko, aby być jedyną gwiazdą jego życia. Niebezpieczeństwo, tak, słusznie mówię, niebezpieczeństwo to dotyczy szczególnie mężczyzn, ale kobietom też się nielicho obrywa od "panów i władców" domowego zacisza.

Co więc ma robić kandydat na astrologa, aby sobie radzić z materią życia? Wiele zależy od jego horoskopu, czyli od warunków i możliwości, które otrzymał "z rozdania". W gruncie rzeczy chodzi o to, aby nie zmarnować daru i pomnożyć owoce, a więc... astrologiem zostaje się nie od razu, to wiadomo, ale mniej jasne jest, że autentyczny profesjonalizm wymaga pracy i przezorności.

* * * * * * *

Gwiazdy bledną przy Słońcu

Rzymianie około 25 grudnia obchodzili święto Solis Invicti - Niezwyciężonego Słońca, gdyż w tym czasie nastaje przesilenie dnia z nocą. Chrześcijanie mieli prawo upatrywać w tym symbol zwycięskiego Chrystusa, który tak wiele razy nazwał się zwycięskim światłem. Tak więc narodziny słońca zastąpili narodzinami Chrystusa. [Ks.Wincenty Zaleski SDB Rok kościelny, Wydawnictwo Salezjańskie, Warszawa 1989r.].

Na Wschodzie władcę nazywano Słońcem, Gwiazdą. Trzem magom, szukającym nowonarodzonego króla Żydów, ukazała się niezwykła Gwiazda i zaprowadziła ich do Betleem. Prorok Balaam zapowiedział nadejście Mesjasza: ...wschodzi Gwiazda z Jakuba, a z Izraela podnosi się berło. [Księga Liczb 24,17].

W 1999r. ingres Słońca w znak Koziorożca następuje w dn. 22 grudnia o godz. 08.32 czasu lokalnego.

Tradycja to sprawa poważna, ale zapewne jej nie naruszymy, jeśli w tym momencie umieścimy pod choinką nasze ciche życzenia, które wypowiemy głośno w stosownej chwili, gdy w wigilijny wieczór na niebie rozbłyśnie pierwsza Gwiazda. Potem radości będzie co niemiara, ale ja po cichu doradzam już dzisiaj, aby treść życzeń przygotować w głębi swego serca właśnie 22 grudnia około godz. 8:30. Następnie jeszcze raz je przemyśleć, gdyż w tym roku, akurat w tym samym dniu, ma miejsce pełnia Księżyca o godz. 18:30. A będzie to pełnia jak najbardziej sprzyjająca świętu rodzinnemu, Księżyc bowiem znajdzie się o tej porze w znaku Raka, którym włada. Księżyc w tym właśnie punkcie Zodiaku symbolizuje pełnię Macierzy Świata, Matki Syna Bożego - Miriam, po polsku zwanej Maryją.

I tak rozpocznie się misterium Bożego Narodzenia, które ma swoje tradycyjne daty i momenty, aczkolwiek warto wziąć pod uwagę dokładny czas impulsu przesilenia zimowego.

Gdy zaś tradycji stanie się zadość, będzie wielce wskazane, aby nasze życzenia utrwalić, nadając im - z woli Nieba - moc sprawczą w dniu 25 grudnia 1999r. od godz. 12:10 do godz. 12:30. Jak? Modlitwą, skupieniem, kontemplacyjnym stanem wzniesienia ku Bogu.

Czas to szczególny i postaram się pokrótce wyjaśnić tego przyczynę.

W Rzymie święto narodzin Chrystusa dnia 25 grudnia obchodzono od wieku IV, a na pewno już w roku 354, z którego pochodzi fragment homilii papieża św. Liberiusza na Boże Narodzenie.

W owym dniu gwiazda Sinistra znajdowała się w 6o51'37" Strzelca czyli dość daleko od pozycji Słońca w momencie przesilenia zimowego. Na skutek precesji gwiazda ta - w dniu 25 grudnia 1999r. - znajduje się w 29o45'01" Strzelca i tym samym Słońce, dokonując ingresu w znak Koziorożca, znajdzie się pomiędzy gwiazdą zwanymi Sinistra i mgławicą Spiculum. A są to gwiazdy o wiele mnie przyjazne i sprzyjające niż Gwiazda Betlejemska, której współrzędne, prawdę mówiąc, nie są nam znane. Tym bardziej, że nie wiemy na pewno, czy w ogóle była to Gwiazda, czy też inne zjawisko astronomiczne.

Sinistra zbliża się do pozycji zero Koziorożca i znajdzie się tam około 2017 r. Jej wpływ staje się coraz bardziej dojmujący, jeśli weźmiemy pod uwagę, że starożytni nazwali ją Złowieszczą.

Napisałem te słowa i zadumałem się. Nie, Szanowny Czytelniku, nie mam zamiaru źle wieszczyć, mam zamiar spożytkować wiedzę dla naszego wspólnego dobra i wskazać pewien sposób, który pomoże nam nawiązać prawdziwy kontakt z Gwiazdami, a poprzez stosowne modlitwy i skupienie dogadać się z nimi. Zbawiciel nam pomoże, ale jeśli sami ruszymy głową i, zamiast objadać się świątecznymi frykasami, połączymy w jedno nasze dobre życzenia z mocami Nieba, to zapewne będzie Mu łatwiej.

Sinistra, mała gwiazda w lewej ręce Wężownika, ma naturę Saturna i Księżyca. Przez astrologów uznana została za jedną z najbardziej złoczynnych gwiazd. Prowokuje do wykorzystywania wiedzy i władzy w celu panowania nad ludźmi. Nawet czynności pozornie religijne, uświęcone przez rytuał, pod jej wpływem stają się narzędziem zniewalania umysłów, prowadzą do masowej histerii religijnej, ideowej lub na tle uprzedzeń rasowych, etnicznych i środowiskowych do ostrych konfliktów. Wszelkie wyobrażenia, iluzje poznawcze, jedynie słuszne racje narzucane są ludziom jako obowiązujące, co w gruncie rzeczy służyć ma bogaceniu się elit, które wykorzystują swoje bajeczki o szczęściu i raju, aby panować nad rzeszami uwikłanych w codzienność ludzi.

Gwiazda związana jest z magią doktryn oficjalnych, a w efekcie zapowiada prześladowanie ludzi. Człowiek pod wpływem tej gwiazdy jest tajemnym wrogiem tych, których nie lubi. Despotyzm, mściwość za doznane krzywdy stają się powodem zniszczeń totalnych.

Jeśli człowiek nie zdoła wznieść się na wyższy poziom świadomości, będzie musiał spożywać owoce swoich czynów w ciągu całego życia, zaś jego postępowanie prowadzi w końcu do osamotnienia, przy czym zbuntuje on przeciwko sobie nawet rodzinę i krewnych. Panując nad ludźmi, bogacąc się, rosnąc w potęgę, pełen pychy staje się obcy dla ludzi, którzy ongiś ufali mu i razem z nim wierzyli w tego samego Boga.

Jeden z wybitnych astrologów napisał: Bardzo smutna gwiazda - nie pozwala na jasne, świetliste przeżycia.

Spiculum to nazwa otwartej gromady około 50. gwiazd na czubku strzały Strzelca, w kierunku ku centrum Galaktyki. Ma naturę Marsa i Księżyca. Powoduje ślepotę, dosłownie i w przenośni.

Gwiazda Spiculum w 354r. posadowiona była w 8o02' Strzelca, obecnie w 1999r. postrzegamy ją w 00o55'25" Koziorożca na szczycie X Domu klasycznego horoskopu Ziemi.

Spica znaczy Kłos, zaś spiculum to ziarenko, jądro, sedno. W realnym życiu z mgławicą tą związane jest porzucenie, opuszczenie, całkowite zapomnienie o człowieku, przebywającym w miejscach odosobnienia, w szpitalach, więzieniach, obozach... Człowiek staje się dla władzy, nauki i kultów religijnych obiektem doświadczalnym, prowadzone są badania nad jego naturą i przydatnością, zaś potem wyniki tych badań są wykorzystywane do zakrojonych na szeroką skalę zmian, nawet gatunkowych. Ze Spiculum związane są również wyjątkowo dokuczliwe cierpienia i niewygody, rozstrój psychiczny, głębokie stany depresyjne, samobójstwa, ograniczenia funkcji życiowych, przedwczesne starzenie się. Ziarno tkwi tutaj w tym, że całkowicie rozpada się fizyczna struktura istoty żywej i obnażona zostaje duchowa nijakość człowieka pospolitego, który ma tylko jedno wyjście: pracować nad stworzeniem nowej struktury swojej osobowości. Jeśli pójdzie na łatwiznę, to będzie wolał odwołać się do wiedzy, która "ma mu służyć" i zamiast niego dokonać cudu, np. zmienić jego kod genetyczny.

Z wpływem gwiazdy mgławicy Spiculum związane są dzieje walki o panowanie i władzę podczas dwóch wojen światowych dwudziestego wieku.

Jeśli więc w dniu 22 grudnia 1999r. zdołamy oczyścić, czy bodaj powściągnąć nasze uprzedzenia, lęki, obawy, złośliwości i małe ambicje, to budując dobre życzenia dla bliskich i tych mniej znanych nam bliźnich, zdołamy nie tylko wspomóc ich, ale postawimy tamę dla pazernej chęci dominowania nad ludźmi i zawłaszczania ich dóbr moralnych i materialnych.

A w dniu 25 grudnia, w samo południe, odwołamy się do dobroczynnych wpływów koniunkcji Słońca z gwiazdą Polis. W tym dniu będzie ona posadowiona w 3o12'51" Koziorożca. Jest to biała Gwiazda Potrójna w górnej części łuku Strzelca. Słowo polis oznacza po grecku miasto, ale nazwa zapewne pochodzi od koptyjskiego słowa polis czyli źrebię.

Gwiazda ta ma naturę Słońca, Jowisza i Merkurego. Jej wpływ jest nadzwyczaj dobroczynny: obdarza zdrową ambicją, powodzeniem, szczęściem we własnej ojczyźnie, stabilnym domem, dobrymi relacjami. Ongiś uważano, iż pod jej silnym wpływem człowiek staje się świetnym jeźdźcem i będzie panował nad końmi, obecnie zapewne człowiek będzie miał wiele dobrych maszyn i samochodów, będzie dobrym kierowcą.

Stymuluje również wysokie ambicje, pragnienie wojowania, subtelną percepcję i dominację, dużą pojętność i zasłużenie uzyskaną władzę.

Gdy patrzę na Twe niebo, dzieło Twych palców, księżyc i gwiazdy, któreś Ty utwierdził: czym jest człowiek, że o nim pamiętasz, i czym - syn człowieczy, że się nim zajmujesz? [Ps 8,4].

Szanowny Czytelniku, zechciej przyjąć moje najlepsze życzenia Świąteczne.

* * * * * * *

Teomania

Opowiadano kiedyś taką anegdotę: Dziennikarz przeprowadza wywiad z premierem Izraela. - Panie premierze, byłem już w gabinetach wielu premierów. Każdy z nich ma mnóstwo telefonów. A u Pana widzę tylko dwa aparaty, w tym jeden bez tarczy i przycisków. - To proste, - odpowiada premier - ten telefon jest normalny i daje mi możliwość połączenia z całym światem. A ten drugi łączy mnie z Panem Bogiem. - Ale dlaczego jest bez tarczy? - Bo u nas to jest rozmowa lokalna.

Nie wszyscy, niestety, mają tyle poczucia humoru. Coraz częściej i powszechniej na forum publicznym, w majestacie urzędów i wszelakiego obrządku występują właściciele telefonów bez tarczy, którzy mają swoją bezpośrednią linię do Pana Boga. Twierdzą przy tym, że wyłącznie oni mają prawdziwe informacje prosto z nieba. Z tego też powodu najlepiej widzą o co Panu Bogu chodzi. Ponieważ nie ma jeszcze zakazu niszczenia sprzętu telekomunikacyjnego, więc od czasu do czasu okładają się nawzajem, jak dzieci w piaskownicy łopatkami, słuchawkami po głowach i gdzie popadnie, krzycząc: Tato, a Pan Bóg powiedział!...

Owszem, coraz częściej, poważni zdawało by się, abonenci telefonii niebiańskiej, usiłują uzgodnić pewne podobieństwa co do wersji przekazu wiedzy boskiej i poleceń z Samej Góry. Mają jednak do dyspozycji, jako się rzekło, aparaty starego typu. Duch Czasu ich ponagla, więc każdy usiłuje udowodnić, że rozumie konieczność uzgodnień, ale tak naprawdę to robi wielką uprzejmość koledze, który podobny aparacik dostał od Ojca z okazji jakiegoś lokalnego święta.

Głos rozsądku podpowiada, że lokalne rozmowy z Panem Bogiem zależne są od warunków geofizycznych, tradycyjnych postaw światopoglądowych, doświadczeń historycznych (nie zawsze przyjemnych, a zazwyczaj trudnych i bolesnych), struktury organizmu i poziomu samoświadomości rozmówcy. Otóż, nawet dzisiaj, ten głos rozsądku nie na wiele się zdaje, ponieważ wielkie organizmy religijne uwzniośla obecnie mit wioski globalnej. A w takiej wiosce, jak to bywało ongiś, jest tylko jeden czarownik i biada każdemu, kto ma ochotę sobie brzdąknąć i połączyć się, bodajby na kocią łapę, z sekretariatem niebiańskiego TPSA.

W tej sytuacji może warto przypomnieć, że mniej więcej od 1528r. przez ponad dwieście lat krwawa gospodarka procesów o czary i sekciarstwo wygubiła około 9 milionów ludzi medialnych w Europie (stosowna bibliografia tematu jest bardziej obfita, niż obecna dokumentacja procesów lustracyjnych, ale jeśli ktoś ma cierpliwość i zdrowe nerwy, to chętnie służę). Prześladowania dotyczyły przede wszystkim osób sensytywnych o zdolnościach mediumicznych. Badacze tematu, w tym zawodowi psychiatrzy, są zdania, że w ten sposób w środowisku europejskiego gatunku homo sapiens wyniszczono w znacznym stopniu dziedziczenie zdolności medialnych. Stąd też, mniej więcej od drugiej połowy XIX w. Europa próbuje odbudować potencjał własnej sensytywności, zwracając uwagę na kultury i subkultury narodów Wschodu, gdzie fenomeny sensytywnych postaw i zachowań były szanowane, a w każdym razie tolerowane.

W świetle takich faktów można powiedzieć, że gwałtowne sprzeciwy wobec współczesnej medycznej interwencji genetycznej brzmią co najmniej obłudnie, bo nie jest przypadkiem, że sama genetyka wywodzi się z kręgu kulturowego, który ma na swoim koncie kilka skutecznie zrealizowanych programów wyniszczenia totalnego. Prosimy też wziąć pod uwagę, że ofiarami ostatecznego rozwiązania kwestii osobników mediumicznych w Europie były przede wszystkim kobiety! Tak, to owe słynne czarownice i wiedźmy, chociaż większość z nich to tylko nieszczęśliwe ofiary złości i zemsty sąsiadów, chciwości denuncjatorów, zaciekłości i głupoty sędziów; a także zwykłe znachorki, które pełniły swoją służbę medyczną bez dyplomów (skąd my to znamy?). Według statystyki skrupulatnych demonografów, na dziesięć tysięcy czarownic przypadał zaledwie jeden (!) czarownik, aczkolwiek badacze ci dodają, że wszystkie prawie media o niezwykłej sile oddziaływania to byli przede wszystkim mężczyźni (Home, Slade, Eglington, Crowley i in.).

I co z tym zrobimy, panie i panowie Europejczycy? Kobiety są z natury bardziej sensytywne od mężczyzn, i (mam swój telefon) - chwała Bogu! Jeśli więc za swoje odczucia i, niech będzie, wizje oraz nawet ekstazy lubieżne i histeryczne były tak okrutnie ukarane, to jak się ma historia ich cierpień do celibatu ich prześladowców? A także do tzw. walki o równouprawnienie kobiet? Może by tak się ktoś zajął tym problemem w naukowo dociekliwej Europie, na Boga!

Myślę o tym, ponieważ Neptun w znaku Wodnika spiętrzy nową falę mediumizu i wzmocni, tym razem elektroniczne formy przejawiania się nadwrażliwości, w tym wielce sensytywne objawy komunikacji z czwartym wymiarem rzeczywistości. A potem (w roku 2012) Neptun wejdzie w znak Ryb i wtedy dopiero zobaczymy nawiedzonych, przy których zblednie duch opata Trithemiusa, zaś Agrippa von Nettesheim powróci na Ziemię, żeby lepiej zobaczyć, co się dzieje.

Bowiem opat Trithemius w wieku XVI pisał o czarownicach tak: Gdyby nie było czarownicy, to czart sam nie zdołałby wykonać ani jednej ze swoich sztuk czarodziejskich. Posługuje się on mianowicie wolą szalejącej wiedźmy, jak artysta swoim narzędziem, i nie może bez niej zupełnie wywoływać dziwów. Ohydna przewrotność ich woli wprawia wiedźmy w rodzaj szału, który ogarnia całego ich ducha, i wtedy zbliżają się do szalejącej kobiety demony i wywierają żądane działanie. [Trithemius, cyt. wg. wyd. Scheible, Stutgard 1855].

Agrippa, uczeń Trithemiusa, trzeźwo patrzał na fenomeny: W sposób zupełnie naturalny, bez zabobonów i pośrednictwa duchów, może jeden człowiek przesyłać bardzo szybko drugiemu swoje myśli, choćby był od niego oddzielony znaczną, a nawet nieznaną sobie odległością. Ja sam znam tę sztukę i niejednokrotnie ją wykonywałem; opat Trithemius potrafi to samo i robił również udatne próby. [Agrippa von Nettesheim De occulta philosophia, ks.I].

Jasno z tego wynika, że w dzisiejszych warunkach wylęgania się bakcyla nerwic patogennych, opat miałby niebywałe pole do obserwacji czarownic szalejących na koncertach rockowych, dyskotekach techno lub skandując razem ze stutysięcznym tłumem: nie ma wolności bez częstotliwości!

Agrippa zaś zrobiłby dzisiaj karierę jako tzw. ekstrasens, a kto wie, czy nie nawiedził on ponownie (reinkarnacja?) naszej planety pod postacią Wolfa Mesinga, znanego telepaty z Polski rodem, o którym napisano takie rewelacje, że dzisiejsi spece od paranormalki wolą o nim nie wiedzieć, aby uniknąć porównań. Tym bardziej, że dojrzałe lata jego aktywności i pracy miały miejsce w Rosji, a tam, jak wiadomo, na niczym się nie znają i w nic nie wierzą.

Ale póki co, rozmyślając o czasach trudnych dla ludzi normalnych, a co dopiero nawiedzonych, przypomnijmy, że w psychiatrii sklasyfikowano ongiś pewien rodzaj neurozy i nazwano tę jednostkę chorobową teomanią. Znane jest występujące w psychice ludzkiej zjawisko, że człowiek, którego prześladuje los i który znikąd na ziemi nie może spodziewać się pomocy, z konieczności zwraca się o pomoc do nieba. Skłonny jest też słuchać tych, którzy twierdzą, że mają lepsze łącza z niebiańskimi mocami i z pewnym znajomym aniołem od niebiańskiej komputeryzacji.

Psychiatrzy twierdzą, że teomania zasadniczo nie różniła się niczym od innych epidemii tzw. wielkiej histerii, jak np. demonopatia. Demonopaci halucynowali i bredzili na temat szatana, teomani zaś na temat Ducha Świętego, - tamci mieli wzrok zwrócony ku piekłu, ci zaś ku niebu. Różnica ta jest (w tej neurosis - LZ) czysto formalna. I dziś rozmaici histerycy bredzą i halucynują, treść bowiem zarówno bredzenia, jak i omamów, znajduje się w ścisłej zależności od pojęć i warunków życia danej osoby. [wg.: dr Adam Wizel Wiek nerwowy w świetle krytyki Warszawa 1896r.].

Teomania została rozpoznana jako choroba, ale - jak to zwykle bywa - w konkretnej sytuacji historycznej. Impulsem do wybuchu epidemii było odwołanie, w październiku 1685r., przez Ludwika XIV edyktu nantejskiego, który od 1598r. na mocy praw nadanych przez Henryka IV gwarantował francuskim kalwinistom swobodę wyznania. Odwołanie edyktu wywołało okrutne prześladowanie protestantów. Dzieci gwałtem chrzczono i odbierano ich własnym rodzicom. Protestantów, opierających się nawracaniu, wtrącano do więzień, skazywano na tortury i odsyłano na galery. W tej sytuacji wybuchła epidemia teomanii, zaś dotknięci tą choroba wierzyli niezłomnie, że posiadają w sobie Ducha Świętego, który stanowi większą siłę, niż najgroźniejsze potęgi Ziemi. Podczas, gdy ogół powstańców bronił się, jak mógł, częstując dragonów i piechotę gradem kamieni i strzał, teomani z wściekłością wybiegali przed wojsko, dmąc na nie z całej siły i krzycząc wniebogłosy: tartara! tartara! Szaleńcy ci wierzyli, że tchem swoim zdołają zmusić wrogów do ucieczki. [Bruyes Histoire du fanatisme de notre temps, Paris, 1840].

Oczywiście, teomania to choroba ofiar. A może jest to również psychoza prześladowców, chociaż ci, według własnej mniemanologii, telefonicznie z nieba potwierdzonej, byli zupełnie zdrowi na duszy, umyśle i czasami nawet cieleśnie. Mistrz zen Ganto (828-887), zapytany: Jaka jest prawdziwa natura Buddy? odpowiedział: - Wielka ryba zjada małą rybkę. Dzisiaj mógłby powiedzieć: - Wielka sekta zjada małą sektę.

Epidemia panowała przez 21 lat, od 1686 do 1707 roku. Wszelkie środki zaradcze (?!), jak więzienie, tortury, kary śmierci potęgowały tylko grozę. Emigrując do innych krajów protestanci nieco się uspokoili i w tych warunkach epidemia zaczęła przygasać, ale wygasła dopiero w następnych pokoleniach, które urodziły się na bardziej przyjaznej ziemi.

Ci spośród teomanów, u których choroba była w największym stopniu rozwinięta, podlegali konwulsjom, ekstazom, urojeniom i posiadali dar improwizowania. [L.F.Calmeil De la folie consideree sous la point de vue pathologique..., Paris 1845].

Mówią, że człowiek to istota nieznana. Pogląd teomanów, że Duch Święty jest silniejszy niż potęgi tego świata, gdzieś w głębi przesłania jest na pewno słuszny.

Ale wyobraźmy sobie, że nie dobudzeni a wszystkowiedzący teomani zwyciężyli i zabrali się za urządzanie życia realistom, nawiedzonym telefonicznie mitomanom i zwykłym śmiertelnikom. Wówczas jedynym ratunkiem dla normalnych, myślących ludzi byłoby wsparcie Zbawiciela, który wyraźnie powiedział: królestwo moje nie z tego jest świata.

Chyba, że współcześni teomani zrobią coś takiego, jak jeden z sędziów, okrutnie wyrokujący w sprawach teomanów ówczesnych. Otóż, zadenuncjował on w końcu samego siebie twierdząc, że ma konszachty z diabłem i poniósł karę - spłonął na stosie. Co do wymiaru tej kary można mieć wątpliwości i odczuwać odrazę, ale co do konszachtów z diabłem? W końcu, z kim przestajesz...

www.logonia.org